Opowiadanie SF: „Druk biologiczny”

2

Druk biologiczny
Wojciech Ostrycharz

 

< Poprzednia strona | Wróć na początek

 

 

Henry usiadł obok niej. Patrząc na ten dom, zdawał sobie sprawę, że teraz dla Moniki jest on wszystkim. Wspomnieniami szczęśliwych lat, syna, całego życia. Jest jej jedynym punktem odniesienia na tym świecie.

Nastała cisza, z drugiego pokoju dobiegały odgłosy zachwytu ich syna nad modelami. Z kuchni natomiast brzdęk czajnika, sygnalizujący, że woda już się zagotowała. Po chwili do pokoju weszła Monika, niosąc na tacy trzy parujące filiżanki z pudełkiem herbaty ekspresowej, sokiem i cukiernicą pośrodku. Postawiła je na ławie przed gośćmi. Obróciła się i podeszła do komody, na której stał zakurzony żaglowiec. Wyjęła z niej ciastka korzenne. Zdążyła położyć je na stole, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.

 

– Duży ruch jak na tę porę – zażartowała, kuśtykając w kierunku drzwi – zazwyczaj nawet za dnia nikt tu nie przychodzi.

 

Henry wstał nerwowo, przebierając palcami. Anna wzięła filiżankę ze świeżą herbatą, którą miała teraz przed sobą i napiła się. Henry wyjrzał na ulicę przez okno, odsuwając zasłony. Ciemny samochód stał na swoim miejscu tam gdzie wcześniej. Po przetarciu szyby, Henry wytężył wzrok. Na cienkiej warstwie śniegu dostrzegł świeże ślady prowadzące z zaparkowanego pojazdu do wejścia, przy którym Monika odpinała już łańcuch antywłamaniowy.

 

– Stój! – wyszeptał głośno Henry. Monika spojrzała w jego kierunku.

– Nie otwieraj – dodał.

– Dlaczego? – zdziwiła się, spojrzała przez wizjer, a później ponownie na Henry’ego.

– To pański brat – powiedziała i chwyciła za klamkę, gdy ta sama poruszyła się i stojący na ganku mężczyzna odepchnął drzwi.

– Nie mam brata – wyszeptał Henry, kiedy do domu wdarł się już drugi zarośnięty i niechlujny Henry. Monika odsunęła się w kierunku, w którym wisiał płaszcz z istotną zawartością w wewnętrznej kieszeni. Stojąc tyłem do szafy, powoli i bezgłośnie ją otworzyła.

 

Mężczyzna, który właśnie wdarł się do środka, będący niechlujną i zarośniętą wersją Henry’ego, trzymał w ręku niewielki, stary rewolwer pięciostrzałowy smith&wesson z krótką lufą. Henry stał oniemiały, patrząc na swojego sobowtóra, o którym to zapewne wcześniej opowiadał mu syn.

Wiedział, że prawdopodobnie jest to inny wydruk z jego zapisu. Udało mu się jakimś cudem zbiec z tamtego nieszczęsnego laboratorium. Może został wydrukowany jako inny pasażer w którejś przypadkowej placówce LST i jakimś szczęśliwym trafem udało mu się wydostać. Może unikał obławy i ukrywał się nawet latami? Nie wiadomo, kiedy i w którym cyklu udało mu się zbiec.

Anna upuściła filiżankę na podłogę. Zdesperowany zarośnięty mężczyzna, będący kopią Henry’ego, patrzył teraz na jej męża swoimi szalonymi oczami i drżącą ręką powoli unosił rewolwer. Henry zdawał sobie sprawę jak wielki gniew musiał nosić w sobie ten zaszczuty jak bezdomne zwierzę człowiek, który teraz nie mógł nawet wydusić słowa i łkał, wydając z siebie tylko pojedyncze dźwięki, jakby walczył z kneblem. Sam, podobnie jak stojący przed nim desperat, nie raz bił się z myślami. W duchu cieszył się z wypadku, w którym zginął jego poprzednik. Wcześniej źle życzył Monice i wyobrażenie zemsty zawitało już w jego umyśle, a nawet zdążyło się rozgościć. Jednak miał Annę i syna, czyli wszystko, o czym zawsze marzył i co skutecznie odgradzało go od rozległych pustkowi szaleństwa.

Facet, stojący przed nim, nie miał nic. Miał tylko rewolwer, który ściskał teraz mocno swoimi drżącymi, zmęczonymi rękami. Ten potwornie samotny gość z pewnością nie był już ugodowym pacyfistą, któremu obojętna była własna materia i to czy otoczenie zwraca na niego uwagę. Nie był już łagodnym, bezkonfliktowym człowiekiem jak kiedyś. Tamten człowiek nadal siedział na wygodnym, masywnym, drewnianym krześle, patrząc z tarasu laboratorium na czerwony ocean liści. Ten stał właśnie na progu drastycznych zmian z szeroko otwartymi oczami.

Monika, trzymając się za biodro, stała przy szafie blisko napastnika. Miała już w ręku nóż.

 

– Zaczekaj, to nie może się tak skończyć! – krzyknął Henry. Wydawało mu się, że w jednym momencie zrozumiał istotę obłędu sytuacji, w jakiej się wszyscy znaleźli – ja też uciekłem z tego laboratorium.

 

W tym momencie Monika wykonała ruch w kierunku napastnika.

 

 

Rysio siedział w pokoju obok. Pokój był trochę zakurzony i staromodny, ale piękny i bardzo podobał się chłopcu. Na półkach stały liczne modele statków. Fascynowało go, jakie miały rozmaite konstrukcje i rozmiary. Przyglądał się z zainteresowaniem krępym lodołamaczom, podłużnym kontenerowcom, opływowej łodzi podwodnej oraz niesamowitym, w oczach dziecka, pancernikom naszpikowanym niezliczoną ilością luf przeciwlotniczych. W środku stał lotniskowiec, na którego pokładzie znajdowały się szczegółowo wykonane małe samoloty, a w ich przezroczystych kabinach siedzieli piloci. Kiedy mały to zobaczył, bezwiednie otworzył buzię z zachwytu. Pod sufitem, na linkach wisiały rozmaite maszyny. Myśliwce, bombowce, starodawne dwupłatowce, a nawet niesamowity trójpłat z czerwonym śmigłem na przedzie. Modele miały flagi japońskie, amerykańskie, brytyjskie i niemieckie.

Wszystko to pobudzało jego wyobraźnię. Chłopiec był podekscytowany, gdy zauważył, że wieże dział okrętu obracały się, a lufy podnosiły ku jego uciesze.

Rozpoczęła się bitwa morska. Poustawiał okręty po swoich dwóch stronach, wycelował lufy odpowiednio względem siebie i zaczął zabawę. Wziął do rąk samoloty. Zwinny myśliwiec zataczał szerokie koła wokół masywnego, powolnego, dwusilnikowego bombowca, wydając przy tym nieco cieńszy dźwięk przez nos dziecka. Bombowiec wydawał niski pomruk i posiadał trzy karabiny. Wszystkie się obracały.

Na twarzy Rysia pojawił się szeroki uśmiech zadowolenia. Myśliwiec zatoczył koło, a działo cały czas podążało za nim, sterowane zręcznie jedynym wolnym, małym palcem u ręki podtrzymującej kadłub bombowca.

Dostał. Seria pocisków przeszyła kadłub myśliwca. Z silnika poleciał czarnym dym i samolot zaczął spadać. Na skrzydłach pojawiły się płomienie. Dzielny pilot szybko otworzył kabinę i wyskoczył na spadochronie, który otworzył się w samą porę i uratował go.

Bombowiec w tym czasie przygotowywał się do zrzutu ładunku na okręt pancerny. W ogniu dział przeciwlotniczych trząsł się na lewo i prawo. Wtedy do pokoju weszła pani i na jednej z półek postawiła kubek ciepłego soku.

 

– Dziękuję – powiedział do niej grzecznie.

– Nie ma za co – mrugnęła, uśmiechnęła się i wyszła.

 

Komora ładunkowa otworzyła się i z samolotu wyleciały bomby. Pilot niezwłocznie przyciągnął ster do siebie z całych sił, by unieść ciężki samolot z pięcioosobową załogą na pokładzie i wyprowadzić go ze strefy ostrzału. Samolot ociężale i z wielkim trudem dźwigał się. Ostrzał był intensywny i nieprzerwany, ale bomby w końcu dosięgnęły celu, niszcząc działa przeciwlotnicze umieszczone na okręcie. Samolot był lekko uszkodzony, ale poderwał się wyżej. Pilot i jego towarzysze byli uratowani.

Bomby wybuchały na pokładzie pancernika, niszcząc wieżyczki ciężkich karabinów przeciwlotniczych. Jedna z nich wleciała przez komin do kotłowni, co unieruchomiło statek. Na szczęście ostatnia wpadła do wody tuż za burtą, bo ona na pewno przepołowiłaby okręt. Marynarze odetchnęli z ulgą. Mieli rannych w swoich szeregach, ale nikt jeszcze nie zginął.

Rysiu usłyszał odgłos dzwonka do drzwi dochodzący z pokoju, w którym byli mama i tata.

 

Okręt płonął, ale szalupy ratunkowe były całe. Kapitan stojący na mostku widział już nadpływające torpedy. Zarządził natychmiastowe opuszczenie pokładu. Wszyscy marynarze rzucili się do łodzi ratunkowych. Zabrali ze sobą rannych. Zaczęli opuszczać łodzie, gdy pierwsza z torped minęła o włos dziób okrętu. Odetchnęli z ulgą. Wszyscy byli już w szalupach i czekali na kapitana, gdy kolejna torpeda trafiła w sam środek okrętu i rozerwała go na dwie części. Statek poszedł pod wodę, a dzielny kapitan razem z nim. Marynarze gapili się w fale, wypatrując z nadzieją, czy nie wypłynie z głębin na powierzchnię, gdy rozległy się strzały.

Prawdziwe strzały. Chłopiec drgnął, upuszczając z ręki malutkie koło ratunkowe. Wstał powoli, gdy usłyszał trzy kolejne głośne huknięcia, dochodzące z drugiego pokoju. Stał w miejscu i bał się. Usłyszał kroki. Ktoś chodził szybko po mieszkaniu, mocno tupiąc. Chciał się schować, ale ze strachu nie mógł się ruszyć, gdy do pokoju wszedł tata, podbiegł do niego, złapał i szybko wziął na ręce. Zasłonił mu oczy i wybiegli razem. Nagle zrobiło mu się zimno, poczuł na sobie śnieg i mroźny wiatr. Tata trzymał go blisko, Rysiu czuł jego nieprzyjemny kłujący zarost i dość nieładny zapach.

 

Ojciec wsadził malca do samochodu, szybko obiegł auto i wsiadł od strony kierowcy. Roztrzęsioną ręką wyjął kluczyki. Zaklął nie mogąc włożyć ich do stacyjki, ale po chwili odpalił i ruszył.

Koła mieliły w miejscu, z trudem łapiąc przyczepność, ale wreszcie samochód przesunął się do przodu. Dostali się na środek ulicy i odjechali. Ojciec złapał za telefon, wykręcił numer i przyłożył słuchawkę do ucha.

 

– Chciałbym zgłosić napad z bronią – powiedział Henry.

 

 

 

Epilog

 

 

Anna obudziła się i otworzyła oczy. Była przykryta lekką szpitalną kołdrą. Przy jej łóżku stał Henry z synem. Uśmiechali się do niej. Przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej podszedł bliżej.

 

– Pragnę poinformować panią, że została pani wydrukowana z ostatniego dostępnego zapisu pani osoby zgodnie z umową ubezpieczeniową. Poniosła pani śmierć, w wyniku odniesionych ran postrzałowych, w trakcie napadu. Ostatni skan aktualizowała pani 74 godziny temu, dlatego nie będzie pani pamiętać tylko ostatnich 3 dni i dwóch godzin.

 

Ostatnim, co pamiętała Anna był zakup zestawu komandosa dla Rysia, a potem udali się, by aktualizować ubezpieczenie. „Na całe szczęście”, pomyślała.

 

– Znajduje się pani w siedzibie firmy ubezpieczeniowej Neverending Life. Proszę nacieszyć się rodziną, a potem zapraszam do siebie na procedurę synchronizacyjną – zakończył pracownik.

– Dziękuję – powiedziała do nieznajomego i spojrzała na Henry’ego – co się stało?

Henry odprowadził wzrokiem wychodzącego przedstawiciela ubezpieczeniowego.

 

– Dostaniemy spore odszkodowanie od linii LST kochanie.

Wynikająca z błędów i zaniedbań korporacji śmierć Anny, jako osoby postronnej, dawała im podstawy do roszczeń.

 

– O ile niczego z nimi nie podpisywałaś.

 

Spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko. Jednak jego twarz wyglądała smutno, uśmiech był napięty, a oczy miał szklane, jakby zbierało mu się na łzy. Nie wiedziała, czy byłyby to łzy szczęścia czy smutku, gdyby pojawiły się w końcu w jego oczach. Jednak nic takiego się nie stało. Założyła, że z pewnością byłyby to łzy szczęścia.

 

Koniec

 


WOJCIECH OSTRYCHARZ – informacje o autorze

Animator, rysownik i reżyser krótkich filmów animowanych. Ukończył studia techniczne z zakresu mechaniki, jednak na co dzień pracuje w branży rozrywkowej przy wizualnej stronie gier i filmów. Więcej możecie dowiedzieć się na stronie autora www.artwaystudio.net.


Zobacz także:

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 16 Średnia: 4.5]
Zobacz także
2 komentarze
  1. Szymon

    Bardzo fajne, dobrze poprowadzone opowiadanie.

  2. Sommer

    Muszę przyznać, że dobre. Parę razy rozwalił mnie humor autora, dokładnie taki lubię.

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.