Opowiadanie SF: „Druk biologiczny”
Druk biologiczny
Wojciech Ostrycharz
< Poprzednia strona | Wróć na początek
Podróż
Rysiu cieszył się, że tego dnia został zwolniony z lekcji wcześniej na prośbę rodziców. Zdziwił się nieco, gdy tata podjechał po niego wypożyczonym samochodem.
– Tato, mama mówiła, że teraz ona będzie mnie wszędzie wozić.
Ojciec przewrócił oczami jak rozkapryszone dziecko.
– Pewnie miała na myśli, że do momentu, aż się lepiej poczuję – odpowiedział synkowi, powstrzymując nerwy.
– A czujesz się już lepiej? – zapytał chłopiec, zapinając pasy.
– Oczywiście – uciął temat uspokajająco, przymykając powieki.
Syn wyciągnął tablet.
– Tato, a wiesz, że masz sobowtóra?
– Jak to? – zaciekawił się Henry, zwolnił i spojrzał na syna w lusterku.
Mały mówił pod nosem, nie odrywając wzroku od ekranu tabletu
– Wtedy jak mieliśmy ten wypadek, to w aucie obok był taki sam pan. Wyglądał identycznie jak ty tato. Nawet też cię zobaczył, ale chyba mu się to nie spodobało. – przerwał, rozglądając się teraz przez okno.
– Tato, a gdzie my jedziemy? To nie jest droga do domu.
Anna wybiegła z domu bez słowa po tym, jak dowiedziała się o romansie męża. Myśli plątały się w jej głowie. Dlaczego to zrobił? Teraz mieli w końcu rodzinę, o którą tyle walczyli. To nie miało sensu. Przecież rodzina była dla niego najcenniejsza. Czyż nie?
Zbiegła po schodach i wyszła na ulicę. Szybkim krokiem dotarła do swojego służbowego samochodu. Na drogę spadały już pierwsze płatki śniegu i zaraz znikały na czarnej, mokrej powierzchni asfaltu. Podała głosowo adres do nawigacji i ruszyła.
Po drugiej stronie ulicy jej uwagę przykuł zaparkowany ciemny samochód z mężczyzną w środku. Przejeżdżając, patrzyła z niedowierzaniem. Kierowca do złudzenia przypominał Henry’ego. Odwrócił głowę, kiedy spostrzegł, że jest obserwowany. Pewnie coś jej się przywidziało, przecież była w stresie. Gdy go minęła, ciemny samochód ruszył w przeciwnym kierunku. Odprowadziła go wzrokiem.
Opuściła osiedle i wyjechała na krajową jedenastkę. Kontrolka ostrzegająca o możliwym oblodzeniu drogi zaświeciła się, mimo to zwiększyła prędkość. Miała przed sobą długą podróż, a chciała zdążyć przed nocą. Silnik wył na wysokich obrotach, wycieraczki poruszały się cyklicznie w górę i w dół.
Pierwszy raz od ponad dziesięciu lat miała ochotę zapalić. Co takiego miała tamta kobieta, czego jej brakowało? Jasne, nie była już najmłodsza i czasem przynudzała, opowiadając o swojej pracy. Kiedyś był to dobry wspólny temat, ale z czasem się wypalił, gdy kariera wyhamowała.
Anna wrzuciła wyższy bieg i dodała gazu, zostawiając w tyle innych uczestników ruchu.
Kiedyś lubiła czytać, grać na skrzypcach, śpiewać. Teraz nie miała na nic czasu, ani siły. Czytała tylko książeczki dla najmłodszych, za to codziennie. Kiedyś całkiem nieźle tańczyła, a Henry lubił sposób, w jaki się poruszała. Całkiem nieźle. Wszystko, co robiła, robiła całkiem nieźle. W pracy szło jej całkiem nieźle. Była całkiem niezłą matką. Za to Henry był wspaniałym ojcem. Zawsze wspaniały i zabawny. Łza pojawiła się w kąciku jej oka. Wycieraczki poruszały się coraz szybciej. Zwiększyła prędkość.
Rezydencja, do której zmierzała teraz Anna znajdowała się w górach. Monika kochała je od zawsze i gdy tylko pojawiła się możliwość nabycia pięknej willi z wysokim spadzistym dachem, grubym kamiennym kominem, stylizowanej na dawną górską zabudowę, skakała z radości. Willa umiejscowiona była na wzniesieniu u podnóża wysokich gór. Rozpościerał się z niej przepiękny widok na położone niżej jezioro otoczone świerkowymi lasami oraz na krętą drogę dojazdową, momentami prowadzącą tuż przy stromych urwiskach, na których drzewa rosły praktycznie na pionowej ścianie. Duże płatki śniegu spadały wolno, unosząc się na wietrze. Zachodzące słońce odbijało się jeszcze w tafli wody, kiedy powoli zaczęły zasłaniać je potężne cumulusy. Kłębiące się chmury zaczęły owijać szczyty gór ciasnym uściskiem, by po chwili przysłonić je całkowicie. Nisko nad willą rozpościerał się teraz płaski, szary sufit szczelnie zasłaniający niebo. Atmosfera gęstniała. Mgła spowijała okolicę niemal nieprzeniknioną bielą. Widoczność zmniejszała się w oczach. Słońce zaszło i nastała ciemność.
Henry spojrzał na syna siedzącego z tyłu, który spał jak suseł. Ten widok uspokoił go na krótką chwilę. Niepokój był jednak silniejszy i wzrastał w nim powoli i nieustannie.
Czy uda mu się zdążyć przed Anną, by powstrzymać ją przed rozmową z Moniką? Marne szanse. Miał do niej sporą stratę, a do tego wypożyczony samochód rzęził jak stary gruchot.
Zastanawiał się, co powinien zrobić, gdy dojedzie na miejsce. Zabierze stamtąd Annę i porozmawia z nią na spokojnie, na osobności. Powie jej o wszystkim i ona wróci do niego. Otwierając się przed nią, odbuduje wzajemne zaufanie. Co jeżeli ona uzna go za niebezpiecznego i zgłosi to komuś? Ale czemu miałaby uznać go za niebezpiecznego?
Pogłośnił wiadomości pogodowe. W górach obfite opady śniegu, ruch może być utrudniony, a drogi mogą być oblodzone i nieprzejezdne, więc może jest szansa, że Anna nie dojedzie. W razie gdyby coś jej się przytrafiło, mógłby zawsze wydrukować ją z ubezpieczenia, które zaktualizowała zaraz po ostatnim wypadku. Może to by nie było takie złe… Gdyby tak się stało, na pewno drugi raz nie popełniłby tego błędu i nie powiedziałby jej o romansie, bo to z pewnością nie był najlepszy pomysł.
To niedorzeczne. Dlaczego miałaby nie dojechać?
Może lepiej, gdy już będzie na miejscu, zostawi syna w samochodzie, a sam pójdzie, wygarnie wszystko jak jest i postawi sprawę na ostrzu noża. Jeżeli przejdzie jej przez myśl, żeby go wydać, to pożałuje… Jednak nie może szantażować żony, to absurdalne. Poza tym jest możliwość, że będą musieli rozmawiać przy Monice.
W radiu ze starociami The Rolling Stones grał właśnie kawałek „Time is on my side”.
Jeśli zdążyłby na miejsce przed Anną, do jej spotkania z Moniką mogłoby w ogóle nie dojść, gdyby… Moniki się pozbył. I tak zasłużyła sobie na zemstę za podpisanie umowy z LST. W górach o wypadek nietrudno, one nie wybaczają błędów. Ludzie zresztą też tego nie robią… Niby wybaczają, ale jednak pamiętają. Nie mógł powiedzieć Annie prawdy, na pewno nie teraz, nie przy Monice. Musiał wymyślić jakąś bajkę. Coś tymczasowego, a później jej wszystko wyjaśni. Skłamał, że ma romans z Moniką, bo… Ponieważ… Kompletnie nic nie przychodziło mu do głowy. Jeżeli one będą razem, to pójdzie po Annę z Rysiem. Przy dziecku nie podejmą niewygodnej konfrontacji. A co jeżeli coś potoczy się nieprzewidywalnie? Może lepiej, żeby dziecka tam jednak nie było.
Wjeżdżali już pod górę krętymi drogami. Henry spojrzał ponownie na śpiącego syna. Zaczął przypominać sobie miłe chwile, kiedy starali się z Anną o dziecko. Wspólny czas, podróże, rozmowy, plany. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz usłyszał jej poczynania na skrzypcach. Naigrywał się z niej, lecz gdy odłożyła smyczek poczuł się malutki. Przypomniał sobie to uczucie, gdy cały świat stawał się niesamowity u jej boku. Bez niej był nikim.
Zgasił silnik i ponownie spojrzał na Rysia. Spał jak zabity. Nie chciał go budzić. Pójdzie tylko po Annę i zaraz wrócą. Po cichu wyszedł z samochodu.
Konfrontacja
Rysiu obudził się chwilę po tym, gdy ustał przyjemny, kołyszący go do snu, dźwięk silnika. Gdy silnik działał, potrafił przespać nawet najdłuższą podróż. Przetarł oczy i spojrzał z niedowierzaniem. Odpiął pasy i wyszedł z auta.
Biały puch pokrył już dokładnie mało ruchliwą górską ulicę. Powierzchnia była idealnie biała, a on, jako pierwszy zostawiał na niej swoje czarne ślady. Nabrał śniegu w małe rączki, zlepił go w kulkę i cisnął przed siebie. Nie widział nawet gdzie upadła.
Odwrócił się w stronę blasku świateł. Widział jeszcze w oddali sylwetkę taty i pobiegł w jego kierunku. Mgła była gęsta, a wiatr zawodził tak głośno, że nie słyszał własnych kroków. Podążał teraz za oddalającym się cieniem swojego ojca.
Henry stanął przed wejściem do willi. Spojrzał na zegarek, była pierwsza w nocy, jednak w środku paliło się światło. W oknie widział zarys poruszających się postaci, co oznaczało, że mieszkańcy jeszcze nie śpią. Puste auto Anny zaparkowane było przed domem. Przyjechała wcześniej i śnieg zdążył zasypać już ślady opon. Przez mgłę zauważył światła samochodu jadącego w tym kierunku krętą droga dojazdową. Był jeszcze daleko. Kto to mógł być o tej porze? Czyżby już dogadały się, wszystko odkryły i wezwały pomoc? Właściwie od początku trasy miał wrażenie, że ktoś za nimi jedzie.
Nadjeżdżający samochód zatrzymał się na końcu ulicy i zgasił światła. Henry w pośpiechu podszedł do drzwi i zadzwonił. Z wnętrza dobiegały dźwięki zbliżających się kroków. Spojrzał jeszcze raz na samochód, który stał w oddali. Nikt z niego nie wysiadał.
Drzwi domu otworzyła Monika. Spodziewał się jej, ale gdy zobaczył jej twarz, był zaskoczony i nie mógł się odezwać. Była w jego wieku, ale mocno się postarzała. Kąciki oczu spowijały zmarszczki, a w jej wzroku nie było już tej arogancji i energii, którą dostrzegał wcześniej, gdy spotkał jej kopię w laboratorium. Widział w niej za to coś innego, jakby smutek i… cierpienie. Stała przed nim niezbyt atrakcyjna, nieco skurczona w sobie kobieta, niemająca nic wspólnego z tym, co zobaczył wcześniej w sieci na jej profilach i nie była to kwestia makijażu, którego teraz nie miała.
Uśmiechnął się nieśmiało. Nie w ten sposób jak wtedy, gdy przywitała go w laboratorium. Tym razem jego uśmiech był lekko wymuszony i udawany. Monika nie odwzajemniła go.
– Jest pan mężem Anny? – zadała ozięble pytanie.
– Tak – odparł równie chłodno.
– Proszę – zaprosiła go do środka, wskazując kierunek ręką. Odsunęła się przy tym, lekko kulejąc. Gdy wszedł, z korytarza zobaczył Annę siedzącą w pokoju. Patrzyła na niego w milczeniu.
– My tylko na chwilę, syn śpi w samochodzie, a jest zimno – powiedział Henry, uśmiechając się sztucznie. Monika, patrząc ciągle w kierunku otwartych jeszcze drzwi wejściowych, tym razem uśmiechnęła się szczerze, pokazując wyraźniej gęstą siatkę zmarszczek wokół oczu. Pochyliła się lekko.
– Jak masz na imię? – zapytała.
Zza drzwi dobiegł cichy głosik.
– Rysiu, szukam taty.
Chłopiec drżał lekko z zimna.
– Wejdź do środka jest tutaj – tym razem mówiła nadzwyczaj ciepłym głosem.
Rysiu wszedł do środka, a Monika objęła go jedną ręką, drugą zamykając drzwi.
– Napijesz się herbatki albo ciepłego soczku? – zapytała chłopca, ignorując zupełnie dorosłych.
Mały spojrzał na tatę pytająco.
– Naprawdę musimy lecieć – niecierpliwie i pouczająco wtrącił ojciec, patrząc na syna.
– Niech państwo odpoczną, przebyli państwo długą drogę. Proszę dać mi płaszcz – podeszła do Henry’ego, utykając lekko. Henry chciał ją uprzedzić, ale nie udało mu się. Zabrała odzienie z jego ramion, w międzyczasie chwytając wieszak. Oddał płaszcz w jej ręce i w tym momencie na podłogę wypadł duży nóż kuchenny. Stali wszyscy przez chwilę skonsternowani w zupełnej ciszy. Monika schyliła się, trzymając za biodro i podniosła go. Wsadziła nóż z powrotem do wewnętrznej kieszeni płaszcza, po czym odwiesiła okrycie do zamykanej na klucz szafy.
– Proszę usiądźcie – powiedziała.
W rogach korytarza Henry dostrzegł pajęczyny. W pokoju było czysto, ale półki pokrywała warstewka kurzu. Kichnął lekko, ręką zasłaniając twarz.
Na komodzie w rogu pokoju stał model żaglowca. Gdy Rysiu go spostrzegł, otworzył szeroko buzię i podbiegł, by przyjrzeć się z bliska.
Model robił wrażenie. Był misterny. Gęsta, dokładnie odwzorowana sieć linek zdobiła maszty. Pokład pokryty był ręcznie wycinanymi zapałkami. Malutki ster, również zrobiony ręcznie, miał nawet okucia namalowane srebrną farbą udającą metal. Po obu burtach, na wysięgnikach, wisiały malutkie szalupy ratunkowe.
– Zbieracz kurzu – oznajmiła Monika – mój syn go zrobił.
Uśmiechnęła się, patrząc na chłopca.
– Podoba ci się? – zapytała.
– Bardzo! – odpowiedział podekscytowany Rysiu.
– Jeżeli chcesz, pokażę ci więcej w jego pokoju.
– Nie nie, naprawdę, proszę go nie budzić, już wychodzimy – zareagował Henry.
– Proszę się nie martwić, nie ma go. Pokażę mu te modele i zaraz przygotuję coś na rozgrzanie.
Wzięła Rysia za rączkę i kuśtykając poprowadziła do drugiego pokoju. Henry spojrzał pytająco na siedzącą na kanapie Annę.
– Jej syn nie żyje, jej dzieci zginęły w wypadku. Nie wiedziałeś? – przerwała w końcu niezręczną ciszę.
Henry milczał.
– Nie skanowała dzieci. W ogóle była temu przeciwna, aż do wypadku – mówiła dalej lekko ściszonym głosem.
Nieświadomie podniosła ze stołu pustą filiżankę i nerwowo obracała ją w dłoniach.
– Po ich śmierci udostępniła swój skan do badań, by przyczynić się jakoś do rozwoju tej technologii – kontynuowała po krótkiej przerwie.
Bardzo fajne, dobrze poprowadzone opowiadanie.
Muszę przyznać, że dobre. Parę razy rozwalił mnie humor autora, dokładnie taki lubię.