Opowiadanie SF: „Druk biologiczny”

2

Druk biologiczny
Wojciech Ostrycharz

 

< Poprzednia strona

 

Dach

Reprezentantka linii znieruchomiała. Kartki, które trzymała w ręku rozsypały się po podłodze, a zaraz potem dołączył do nich długopis, trochę wolniej wysuwający się z ręki. Stała jak sparaliżowana. Nie była na to przygotowana i nie wiedziała jak powinna zareagować. Od początku jej pracy w zawodzie taka sytuacja nie miała jeszcze miejsca, zresztą od początku istnienia firmy nic takiego nigdy się nie wydarzyło. Autoryzacja była tylko formalnością, by w świetle aktualnego prawa wszystko się zgadzało. To, co teraz zaszło, było precedensem. Wydruk odmówił zniszczenia oryginału, a przecież istnienie tego samego człowieka, z tymi samymi wspomnieniami, myślami, wiedzą i planami, było wielce niedopuszczalne, tak ze względów etycznych, jak i bezpieczeństwa. Na jej twarzy malowało się przerażenie. W głowie miała jedno słowo… „anomalia”. To nie wróżyło nic dobrego i nasuwało jej niezliczone pytania. Jakie będą konsekwencje? Czy osoba stojąca przed nią zostanie usunięta, wrzucona do niszczarki niczym źle wydrukowana kartka? Pierwsza ofiara linii LST? „To będzie sensacja w mediach ziemskich i nie tylko. Przełożeni na pewno nie będą zadowoleni”, pomyślała. Od lat postępowała zgodnie z procedurą i miała wgrany zestaw reakcji na każdą możliwą sytuację. Zżerała ją rutyna. W tej pracy nie było niespodzianek. Sama zresztą szkoliła nowych pracowników. Teraz jednak czuła strach. Jeżeli wydruk zachował się nieprzewidywalnie, to może zaszedł jakiś błąd? Pierwszy raz. Czy jest nieobliczalny? Do czego jest zdolny? Przecież procedura synchronizacji zakończyła się sukcesem.

Kobieta ocknęła się i przykucnęła w pośpiechu, zbierając kartki. Ręce jej drżały. Henry stał nad nią, obserwując z góry. Powoli zrobił krok w jej kierunku. Monika znowu znieruchomiała. Wstrzymała nerwowy oddech. Miała gęsią skórkę, a na jej skroni pojawiła się kropelka potu.

 

– Proszę zakończyć procedurę wyjścia – powiedział Henry zdecydowanym tonem.

 

Kobieta nie zdążyła zebrać z ziemi wszystkich dokumentów. W milczeniu wstała, cofając się powoli z twarzą skierowaną w kierunku pasażera, jakby miała przed sobą niebezpieczne, drapieżne zwierzę, które tylko czeka na to, aż jego ofiara się odwróci, by zaatakować.

Henry czuł jej strach. Spanikowana kobieta mogła zniweczyć jego plan. Dlaczego trafił akurat na nią? Pomyślał nawet, że być może wierzyła w to, co mówiła o wydrukach, że nie są to prawdziwi ludzie.

 

– Proszę dokończ procedurę – powtórzył pełen obaw.

 

Odkąd sam w swojej firmie odkrył drobne przesunięcia czasowe niezgodne z umową o transporcie ludzi, miał wątpliwości. Był skłonny uwierzyć w teorie spiskowe, rodzące się w jego umyśle. Nigdy wcześniej nie dawał dojść do głosu absurdalnym pomysłom w swojej głowie, że być może jest oszukiwany, przez kogoś lub przez system, którego przecież jest częścią. Nie dopuszczał do siebie myśli, że być może jakaś nieznana nieprzychylna siła steruje jego losem wedle swoich potrzeb. Uważał to za typowe dla ludzi prostych z niskim poziomem świadomości, wynikającym z braku wiedzy i znajomości zasad funkcjonowania systemu.

 

– Dokończ procedurę wyjścia – szepnął.

 

Nieczęsto nachodziły go wątpliwości, a gdy tak było z pomocą przychodziła mu jego wieloletnia partnerka, a od dwóch lat żona, Anna. Otwarta, mądra i inteligentna osoba, dławiąca w zalążku wszelkie absurdy, przychodzące mu do głowy. Była trochę jak dobra dusza, potrafiąca zjednać sobie każdego. Miała cenną zdolność zachowywania dystansu i obiektywnej oceny, dlatego ufał jej całkowicie. Pragnął się z nią zestarzeć, cokolwiek to znaczyło. Teraz nie było jej w pobliżu.

 

– Zaczekaj – powiedział spokojnie do wycofującej się Moniki, co wystraszyło ją jeszcze bardziej i sprawiło, że wybiegła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

 

Wiedział, że procedura wyjścia była formalnie zakończona, brakowało jednak autoryzacji spanikowanej ankieterki, na którą był teraz wściekły. Wiedział, że to w sądzie powinno wystarczyć. On zakończył przecież procedurę ze swojej strony. Wszystkie synchronizacje są też nagrywane. Co, jeżeli ktoś zostawił sobie furtkę prawną i spróbuje udowodnić błąd transferu danych? Nie, to niedorzeczne, przecież był żywym dowodem i miał prawo się bronić, a nawet jeśliby nie miał, to nie dał autoryzacji na dematerializację, więc pozwie ich z bazy, gdy tylko go odhibernują. W końcu miał to zaplanowane. W zaistniałej sytuacji miałby pełen pakiet i rozdawałby karty. Ale czy na pewno? Czekał już zbyt długo, obsługa, medycy i prawnicy powinni pojawić się minutę temu. „Co oni kombi…?” Włosy zjeżyły mu się na całym ciele, chociaż w pokoju było ciepło.

 

– Uciekaj – usłyszał irracjonalny, wewnętrzny głos, wydobywający się z głębokiej podświadomości. Nigdy nie ufał przeczuciom, zawsze miał wszystko pod kontrolą, przemyślane i zaplanowane.

– Uciekaj!

Jego instynkt był kompletnie uśpiony i nie używał go od lat, ale teraz odczuwał go i słyszał wyraźnie jak nigdy przedtem.

– Na co czekasz?!

Ogarnął go strach przed samym sobą. Nigdy nie działał w ten sposób, tym bardziej czuł, że coś jest nie tak. Co, jeżeli naprawdę zaszedł jakiś błąd?

Rozejrzał się panicznie po pokoju. Był w samym szlafroku, na boso, a tuż obok drzwi stały buty.

– Zostaw to, biegnij!

Zerwał się z miejsca. Wybiegł na taras. Zawahał się. Na skok było zdecydowanie za wysoko. Śmierć na miejscu lub trwałe kalectwo. Zsuwanie się w dół po gzymsach – zbyt powolne. Spojrzał na pobliskie drzewo. Ponownie się zawahał.

– Na dach! – podpowiedział instynkt.

 

Wszedł na barierkę, stanął na palcach i z trudem złapał się krawędzi dachu. Nie było gdzie postawić nogi, więc musiał się podciągnąć. Z mozołem wgramolił swe ciało na tyle, żeby złapać się idących po ścianie przewodów, a potem wsadził jedną nogę na dach.

Usłyszał otwieranie drzwi pokoju. Szybko wsunął się na lekko spadzistą powierzchnię zadaszenia i przylgnął do niej. Nie słyszał kroków, ale wiedział, że ktoś tam jest.

 

Dach był mokry, woda spływała z niego strużkami. Ostrożnie zaczął przesuwać się, a właściwie pełznąć niczym robak pod górę. Nie miał żadnego doświadczenia w czołganiu się po dachu skośnym, jednak miał wrażenie, że idzie mu całkiem nieźle. Powierzchnia brzucha dawała całkiem dobrą przyczepność, gdy przesuwał dłonie i stopy. Na wystającym metalowym obiciu, wieńczącym spadzistą część, zobaczył wiszący skrawek białego materiału. Dotarł tam i zaczął wstawać dość nieudolnie. Już miał się wyprostować, ale instynktownie zatrzymał się. Przykucnął i odhaczył swój szlafrok od metalowego zwieńczenia. Był z siebie dumny, że przewidział zagrożenie. Mimo brudu, przemoczenia i wielu zadrapań, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech satysfakcji. Wstał pewnie, a wtedy porywisty podmuch wiatru zaczął napierać na niego z impetem. Szlafrok powiewał jak peleryna superbohatera. Z trudem łapał równowagę, zasłaniając przy tym chaotycznie rękami to, co nie powinno zostać odsłonięte. Z powierzchni dachu poderwały się mokre, żółtoczerwone jesienne liście i po chwili wyglądał równie dumnie, jak lodówka kolekcjonera magnesów. Pochylił się wreszcie do przodu, pokonując opór wiatru i w ślimaczym tempie „pędził” co sił na drugi koniec budynku. Gdy tam dotarł, zauważył, że jego sytuacja specjalnie się nie poprawiła. Nadal za wysoko na skok, złażenie po gzymsie zbyt ryzykowne, a drzewa wcale nie było. Zamknął oczy i wsłuchał się w głos instynktu.

 

Cisza… Jakby kolega w jego głowie znudził się imprezą i zmył się wcześniej, zanim zrobi się dziwnie. Nie miał już odwrotu. Przecież nie wróci i nie powie: witam państwa, byłem na dachu, strasznie tam wieje, mam nadzieję, że długo państwo nie czekali, nie traćmy czasu i przejdźmy do wypełniania dokumentów. Nawet jego szeroki, urzekający uśmiech, którego używał niezwykle rzadko i tylko na specjalne okazje, mógłby tutaj nie pomóc.

Spojrzał za siebie w stronę, z której przyszedł. Zobaczył drzewo, a właściwie górną część jego korony. Z tarasu by nie doskoczył, ale tu było wyżej, a do tego miał rozbieg i leciałby z wiatrem. Przygotował się do startu niczym uczeń na WF-ie, ten uczeń, który ma piątki z reszty przedmiotów.

Zaczął rozbieg. Mierzył każdy krok, jakby przynajmniej skakał tam codziennie. Przebierał nogami coraz szybciej, wiatr pchał go w plecy. Nie wiedział, że potrafi biec z taką prędkością. Poczuł palenie w piersi od częstego, głębokiego oddechu. Serce waliło mu jak szalone. Krawędź dachu zbliżała się w zawrotnym tempie. Skoncentrował wzrok na czubku drzewa.

 

-Stój! – usłyszał głos instynktu, jak gdyby tamten nie opuścił imprezy, a tylko przysnął z nudów.

 

„Chyba żartujesz” pomyślał i zaczął gwałtownie hamować, a właściwie kłaść się na podłożu, by w ostatnim momencie podjąć próbę złapania się czegokolwiek. Chwycił się, ale nie utrzymał ciężaru, bo reszta ciała, całą masą, bezwładnie poleciała dalej i upadła z hukiem. Poczuł mocne szarpnięcie i zatrzymał się w miejscu, ponownie przylegając, tym razem tyłem, do mokrego zadaszenia. Adrenalina działała, ale mimo to odczuwał już skutki swojej akrobacji. Spojrzał na swoje ciało. Był cały nagi i podrapany, na szczęście wszystko było na swoim miejscu.

Zerknął w górę i zorientował się, że jego szlafrok, na którym teraz wisiał zaczepił się w miejscu, gdzie wcześniej oczami wyobraźni widział urwany skrawek materiału.

 

Przeszło mu przez głowę coś, co szybko odrzucił, mówiąc do siebie:

„Myśl pozytywnie, nie myśl o upadku… nie spadnę, nie spadnę. W obliczu upadku myślenie – nie spadnę – jest w gruncie rzeczy wciąż myśleniem o spadaniu”, filozofował, gdy szlafrok rozpruł się, pozostawiając ciężar jego osoby plecom, piętom i pośladkom. Nie udźwignęły. Zsuwał się nieubłaganie w kierunku tarasu. „Może jednak powrót nie był takim złym pomysłem?” Poczuł uderzenie w pięty na krawędzi dachu, jęknął i zatrzymał się.

Otworzył oczy, spokojnie przeturlał się na brzuch, po czym w ciszy, z pełną akceptacją własnej sytuacji, kolejny raz przyjął rolę robaka, która wychodziła mu do tej pory najlepiej. Gdy ponownie, tym razem bez satysfakcji, wpełznął na górę, głos w jego głowie przywitał go słowem:

– Okno.

 

 

Monika chodziła po pustym biurze, próbując ochłonąć i zebrać myśli. Większość personelu wyszła szukać zaginionego pasażera. Coś się działo i nikt nie chciał przegapić takiej hecy. Linie właściwie nie były przygotowane na taką ewentualność. Była oczywiście ochrona, ale główna jej część składała się z sektora zabezpieczeń sieciowych w postaci kilku informatyków i administratora. Byli też strażnicy uzbrojeni w paralizatory, ale to jednak nie było typowe lotnisko. Żeby coś tu wnieść, trzeba by pokonać zaporę sieciową oraz dodatkową drobiazgową kontrolę danych. W podstawowym pakiecie ludzie drukowani byli nago. Bagaż drukowany był w zupełnie innym dziale, o ile w ogóle, bo pasażerowie zwykli przesyłać swoje graty bezpośrednio na drukarki domowe. Oczywiście można by przesłać nawet żołnierza w pełnym ekwipunku, ale do tego potrzebne były odpowiednie dyrektywy i musiałyby zostać spełnione specjalne warunki, jak chociażby stan wyjątkowy lub alert terrorystyczny. W takim wypadku wojsko mogło interweniować nawet w ciągu 15 minut. Tak przynajmniej wynikało z oficjalnych danych. To, co mógł zainicjować dany pracownik, zależało od jego pozycji i uprawnień.

 

Monika myślała o swojej rodzinie. W końcu wadliwy wydruk pytał ją o dzieci. Z trudem łapała oddech. Podeszła do okna, by wpuścić trochę powietrza. Gdy rozchyliła rolety, jej oczom ukazał się koszmar. Za oknem ostatniego piętra budynku, na którym znajdowało się biuro, na parapecie stała ludzka postać. Cała podrapana, oblepiona liśćmi, pomazana brudem i zaschniętą krwią. Postać ta, zawinięta niezgrabnie w podarty, brudny szlafrok, który kiedyś prawdopodobnie był biały, wyglądała jak męczennik, który właśnie postanowił objawić się pracownikom biurowym niższego szczebla. Przyjrzała mu się i oniemiała.

Henry z błagalnym wzrokiem pukał w dźwiękoszczelną szybę i wskazywał na klamkę okna, mówiąc coś, czego nie mogła usłyszeć. Bała się, że skoro znalazł ją tutaj, to prawdopodobnie znajdzie ją wszędzie. Miała niewiele czasu. Wybiegła i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Henry stał na parapecie. Wiatr wiał w kierunku fasady budynku i przypierał go do szyby. Cieszył się, że wieje. Tkwił tak w bezsensownej, patowej sytuacji, do której zaprowadził go instynkt, ale przynajmniej czuł, że żyje. Wyglądał prawdopodobnie jak inwestor giełdowy po wielkim krachu, który stracił wszystko i skończył na ulicy, a teraz wjechał na ostatnie piętro, by świat sobie o nim przypomniał. Jednak świat miał to gdzieś, a przynajmniej nikt go nie widział, oprócz Moniki, która właśnie uciekła.

Stał tak na parapecie i nie wiedział, co zrobić. Czuł się kompletnie bezradny. Zupełnie jak kiedyś, gdy lekarz oznajmił jemu i jego żonie, że pomimo ich wieloletnich starań nigdy nie będą mieli dzieci. Nie stworzą rodziny. Popadł w rezygnację i w tym momencie nigdzie mu się już nie spieszyło. Przebywając na zewnątrz, za zamkniętym oknem, poczuł się jak szary gołąb, który wylądował właśnie obok niego, z równie bystrym co on wyrazem na swojej ptasiej twarzy.

 

– Idź w bok.

W tym momencie pomyślał, że jego instynkt, jest jednak kompletnym idiotą. Przesuwał się małymi krokami po parapecie. Okna ciągnęły się przez całą elewację, nie było tarasu jak po drugiej stronie budynku. Nie patrząc w dół, minął opustoszałe biuro, a potem narożnik.

– Spójrz w dół – usłyszał wewnętrzny głos.

 

Nie chciał tego robić. Wiedział, że jego lęk wysokości spotęguje się. Spojrzał jednak, bezgranicznie ufając instynktowi, który do tej pory zawiódł go tylko 5 razy. Zakręciło mu się w głowie, ale kątem oka zauważył rusztowanie, sięgające piętra niżej. Zsunął się na nie zwinnie niczym na wpół nadepnięty pająk. Był bezpieczny.

 

 

 

Winda

 

Monika wypadła na korytarz. Pobiegła w kierunku windy z prędkością, jaką umożliwiają kobiecie w obowiązującym stroju biurowym buty na niewysokich obcasach. Wcisnęła przycisk przywołujący windę i tu było gorzej. Winda nadal stała na parterze. Prawdopodobnie jej drzwi na dole wciąż były otwarte. Patrzyła błagalnym wzrokiem na cyfrę zero, oznaczającą parter. Wciskała nerwowo przycisk w sposób, w jaki używało się telegrafu, by alfabetem morsa przekazać komuś na drugim końcu świata pilną, priorytetową informację wagi państwowej o treści „puść tę windę”.

Ktoś tę wiadomość odebrał, zero zmieniło się w jedynkę. Monika poczuła ulgę, ale to tylko jeden drobny sukces na drodze do jej wielkiej ucieczki. Potrzebowała jeszcze minimum pięciu takich sukcesów. Pięć pięter, tyle dzieliło ją od psychicznego komfortu. Sekundy dłużyły się jak na porannym zebraniu w pracy, na którym zabrakło kawy, wody i paluszków. Była przerażona, bo wyświetlało się dopiero piętro pierwsze.

„Jest!”. Drugie piętro. „Udało się”, pomyślała, jakby właśnie przetrwała najcięższy poniedziałek w swojej pracy.

 

Jej praca nie była lekka, ale na to nigdy nie narzekała. Najbardziej dobijający był głos niespełnienia, głos zawodu dochodzący z głębi niczym głos jej matki, która liczyła na to, że Monika, jako pierwsza kobieta w rodzinie osiągnie sukces, o którym nie marzyli mężczyźni, ba, który nawet nie przeszedł im przez głowę, bo mieli za mało ambicji i za niskie aspiracje.

Teraz na widok cyfry 2 poczuła to, co pracownik korporacyjny czuje we wtorek, czyli „błagam, niech już będzie środa”.

Trzecie piętro. Nie do wiary, że środa to dopiero połowa tygodnia.

Monika była dobrze zapowiadającą się programistką podobnie jak jej mąż, którego poznała na studiach. Wówczas pomagała mu w nauce. Była od niego zdolniejsza i lepsza, ale potem się pobrali, pojawiły się dzieci, on poszedł do przodu, a ona została w miejscu. W końcu odszedł i zostawił ją z dwójką maluchów i tyle. Mama raczej nie była dumna.

Obejrzała się w kierunku korytarza. Cisza… Żałowała, że szefostwo nie ogłosiło stanu alarmowego. Prawdopodobnie chcieli zatuszować sprawę i pozamiatać wszystko pod dywan. W takiej sytuacji ona poniosłaby największe konsekwencje, oprócz błędnie wydrukowanego pasażera oczywiście.

Spojrzała na windę, czwarte piętro. W czwartek pracownik biurowy myśli już tylko o piątku.

Piąte piętro, patrzyła z niedowierzaniem. Udało się. Wbiegła do windy i odetchnęła z ulgą, jakby była po całym tygodniu pracy. Jej służbowy komunikator zawibrował, przypominając o nieprzeczytanym zarządzeniu. Spojrzała na niego. Natychmiastowa ewakuacja. A jednak, stan alarmowy został ogłoszony. Wejście zamknęło się za nią. Była bezpieczna. Winda mozolnie przesuwała się w dół. Na 3 piętrze zatrzymała się. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, ujawniając za nimi przerażające oblicze człowieka oblepionego liściem jesiennym. Nie widział jej jeszcze. Rozglądał się dookoła, jak człowiek szukający toalety.

Monika rzuciła się do wejścia windy, próbując je powstrzymać i zamknąć płasko rozłożonymi dłońmi. Nic z tego. Drzwi niczym bezduszny biurokrata powoli, jednostajnie wykonywały założony z góry proces.

Henry zobaczył ją. Cofnęła się i przylgnęła do lustra w głębi kabiny. On wyprostował się elegancko w stylu dyrektora spotykającego w biurze świeżo zatrudnioną pracownicę. Wszedł, winda zamknęła się za nim, po czym zapytał.

 

– Na które piętro?

 

Nie odpowiedziała.

 

 

Czytaj dalej >>

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 16 Średnia: 4.5]
Zobacz także
2 komentarze
  1. Szymon

    Bardzo fajne, dobrze poprowadzone opowiadanie.

  2. Sommer

    Muszę przyznać, że dobre. Parę razy rozwalił mnie humor autora, dokładnie taki lubię.

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.