Opowiadanie SF: „Druk biologiczny”
Druk biologiczny
Wojciech Ostrycharz
< Poprzednia strona | Wróć na początek
Odkrycie
Wysiadł ostrożnie. Budynek był opustoszały. Nie było żywej duszy, jakby wszyscy zostawili to, czym aktualnie się zajmowali i wybiegli w pośpiechu. Na frontdesku stała jeszcze gorąca kawa. Henry domyślał się, że prawdopodobnie uruchomiona została jakaś wyjątkowa procedura. Szarpnął Monikę za ramię i szepnął:
– Co tu się dzieje? Chcecie mnie usunąć?
Jej wargi drżały, a w oczach pojawiły się łzy.
– Ja tu tylko pracuję, nic nie wiem, mam tylko dostęp do podstawowych informacji o pasażerach. – Po jej poliku spłynęła łza. Jeżeli była aktorką, to naprawdę niezłą.
– Ja nic nie wiem, puść mnie… proszę – jęknęła.
– Gdzie reszta personelu?
– Ewakuacja, wszyscy udali się do komór ewakuacyjnych.
– Zostajesz ze mną.
Milczała przytakując, a z jej mokrych od łez oczu biło kompletne zagubienie. Teraz Henry był jeszcze bardziej pewny, że to właśnie ją pamiętał ze szkoły. Miał nawet wrażenie, że stoi przed nim mała zapłakana dziewczynka, która zgubiła mamę, a do tego ktoś właśnie ukradł jej ulubioną lalkę, do której zwykle przytula się, gdy się boi. Spojrzał na nią jak na córkę, której nigdy nie miał i mieć nie będzie. Brak możliwości posiadania potomstwa, nie sprawiał, że nie posiadał instynktu ojcowskiego czy jakiegokolwiek ludzkiego odruchu. Objął ją ramieniem i powiedział spokojnie:
– Nie martw się… wszy… wszystko będzie dobrze.
Jego głos zadrżał. Mimo to Monika wciąż przytakująco kiwała głową. Prawdopodobnie gdyby w tym momencie powiedział „pociąg pośpieszny wjedzie na peron trzeci, prosimy o odsunięcie się od torów” lub cokolwiek innego, zachowywałaby się tak samo. Bała się go i nie traktowała jak człowieka. Był przecież wydrukiem. Równie dobrze mógłby pocieszać ją robot kuchenny. Nie miała wobec niego współczucia, a już na pewno nie byłaby mu w stanie zaufać. Gdy jednak Henry z wytrzeszczonymi oczami złapał ją za rękę i wymamrotał „musimy się szybko schować”, bez większego oporu dała się wciągnąć pod blat masywnego biurka frontdesku.
Siedzieli skuleni w sobie, jak gdyby chcieli stać się niewidzialni. Oczywiście Henry miał pewne predyspozycje w byciu niezauważanym, więc skulał się w sobie prawdopodobnie w nieco mniejszym stopniu niż Monika. Wstrzymali oddech i wytężyli słuch. Nie słyszeli nic. Żadnych odgłosów, jakby nikogo tam nie było.
Po chwili zaczęli płytko oddychać, mając wrażenie, że odgłos ich powolnego oddechu jest jedynym dźwiękiem, jaki niesie się po pomieszczeniu. Henry przyglądał się teraz z bliska skulonej obok niego kobiecie. Wyglądała zadziwiająco młodo jak na swój wiek. Na jej twarzy nie było jeszcze widocznych zmarszczek, tak jak u niego.
– Ile masz lat? – szepnął, powątpiewając, czy to ta sama osoba, którą pamiętał.
– Trzydzieści jeden.
Henry zdziwił się. Wyglądało na to, że nie wiedziała ile lat ma naprawdę. Musiała być co najmniej w jego wieku, przecież pamiętał ją z równoległej klasy. Jak to możliwe, czyżby kłamała? A może to nie ona?
– Jesteś w moim wieku, pamiętam cię ze szkoły – postanowił skonfrontować swoje przypuszczenia. Monika wciąż zaciskała pięści. Oczy nadal miała zamknięte niczym chowające się dziecko, które myśli, że jest niewidoczne dla innych, gdy samo nie patrzy.
– Nie znaliśmy się, ale byłaś w moim roczniku. Nie pojechałaś na wycieczkę szkolną i dlatego przez pewien czas chodziłaś na zajęcia do mojej klasy.
Otworzyła oczy.
– Pamiętam jak wybiegłaś ze łzami w oczach z lekcji historii, kiedy nauczyciel przedstawiał rzekome dowody na to, że holokaust nie miał miejsca – westchnął cicho.
– Myślałem, że płaczesz z powodu wycieczki. Dopiero jakiś czas później zrozumiałem, dlaczego naprawdę wtedy wyszłaś – dodał.
Monika momentalnie przestała płakać, opanowała się i spojrzała na Henry’ego, jakby próbowała sobie coś przypomnieć.
– Przecież ty jesteś po czterdzie… – urwała.
Wyjrzała spod biurka. Sięgnęła mały, cienki jak zeszyt laptop, znajdujący się na blacie nad nimi. Był wciąż włączony. Uniosła ekran i zalogowała się w pośpiechu.
Henry wyszedł spod biurka. Rozejrzał się i podszedł ostrożnie do głównego wejścia. Bez skutku nacisnął na klamkę. Drzwi były zamknięte, znajdowali się w pułapce. Na zewnątrz wiatr zabawiał się stertami liści, jakby jesień trwała tam od zawsze.
Monika siedziała już przy biurku i pospiesznie przeglądała dane pasażerów. Ułamek populacji korzystającej z LST to jednak nadal spora liczba, biorąc pod uwagę, że ilość ludzi na ziemi i poza nią nieustannie rosła. Wprowadziła imię i nazwisko swojego byłego męża. Jego dane widniały teraz na ekranie.
Stanley Bartuś. Wiek czterdzieści pięć lat.
Oparła się na krześle, odsuwając głowę z niedowierzaniem. Henry stał za nią, dla niego już wcześniej było jasne, że Monika musi być co najmniej w jego wieku. Kto wie, być może również ona, tak jak on, jest wydrukiem, kopią samej siebie. Zastanawiał się przez chwilę czy jest możliwe, że zeskanowano ją bez jej wiedzy lub skasowano jej pamięć. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nie znała swego prawdziwego wieku. Prawdopodobnie myślała teraz o tym samym. Podziwiał z jakim spokojem akceptowała kim jest. Patrzył na nią z pewną satysfakcją, jak na członka Ku Klux Klanu, który właśnie dowiedział się, że też jest czarny.
– Czy możesz zobaczyć dane wyższego poziomu? – zapytał, chociaż znał odpowiedź. Monika wpisała komendę, by wejść w system zarządu, jednak przywitało ich oczywiste pole z hasłem, którego nie znali. Gapili się na nie i migający w nim kursor w milczeniu, jakby właśnie godzili się z losem laboratoryjnej myszy. Monika wyprostowała się na krześle, a jej ręce wróciły wolno do panelu.
– Mój były mąż. On też tu pracował. Był jednym z architektów systemu LST.
Nie znała wszystkich haseł swojego męża, ale to jedno zapamiętała, bo zawierało imię kobiety, dla której ją zostawił.
N9A8T7A6L5I4A3 – wpisała. Ich oczom ukazał się komunikat, który przyspieszył bicie serca… Pełny dostęp.
– Sprawdź umowy – wyszeptał podekscytowany Henry. Dla niego było to źródło informacji, które znał i rozumiał najlepiej. Monika weszła w dział umów. Pierwsze znalazła umowy pracownicze, dlatego szybko odszukała swoje nazwisko i otworzyła plik. Zaczęli czytać.
Po minięciu standardowej formuły ich uwagę przykuło zdanie: „Wyrażam zgodę na użycie wydruku kopii mojej osoby w celach zawodowych na rzecz linii Light Speed Travel za wynagrodzeniem ustalonym w załączniku nr1 umowy. Podpisano: Monika Nowicka-Bartuś”.
Jej szczęka nieświadomie osunęła się. Nabrała powietrza do krzyku, ale żaden dźwięk nie przechodził jej przez gardło. Czuła jakby ktoś ją złapał za szyję i dusił. Z trudem przełknęła ślinę i nadal milczała. Życie przeleciało jej przed oczami. Miała swoje wspomnienia, ale ona, tu i teraz, istniała tylko po to, żeby pracować na jakąś inną nią, żyjącą gdzieś tam, która prawdopodobnie leży i odpoczywa albo realizuje się i spełnia swoje marzenia. O czym marzyła? Nie umiała sobie przypomnieć, już dawno pogodziła się z losem i przyzwyczaiła do codziennej rutyny. Jak mogła sobie to zrobić?
Henry wiedział, że ich los został przesądzony, w momencie, w którym poznali te informacje. Nikt z odrobiną rozumu nie pozostawi ich przy życiu. Wychylił lekko głowę ponad blat i rozejrzał się. Było pusto. Za oknami liście co jakiś czas uderzały w szybę, przyklejając się do niej na krótka chwilę, a następnie opadając bezwładnie.
Monika zaczęła wyświetlać umowy wszystkich pracowników placówki z zawrotną prędkością, by potwierdzić swoje przypuszczenia.
– Wszyscy… – wydobyła z siebie wreszcie, jakby poczuła niewielką ulgę, że nie jest sama, a tragedia dotyczy również jej niczego nieświadomych kolegów i koleżanek.
– Wszyscy pracujący tutaj ludzie to nieświadome wydruki – Tym razem powiedziała to tonem wskazującym na to, że dotarło do niej, że to jednak nie jest dobra wiadomość.
Zanim Henry zdążył poprosić, by wyświetliła dane klientów, Monika przeskoczyła folder danych personalnych i włączyła panel zarządzania. Żaden z pracowników nie miał dostępu do tych informacji. Włączyła główne procedury, cele i projekty placówki. Widniał tam tylko jeden tytuł: Projekt: AUTORYZACJA Henry Kowalski.
Patrzyli teraz na zapis procedury, a także skomplikowane schematy blokowe algorytmu analizy i skamienieli. Ich oczom ukazała się zawiła struktura, z której wynikało, że zarówno personel, do którego należała Monika, jak i obiekt badań, którym był Henry, są skanowani, drukowani, a następnie usuwani. Wszystko powtarzane jest nieustannie w wielokrotnych cyklach. Bóg jeden wie, jakie badania i manipulacje przeprowadzali na mózgu i pamięci Henry’ego.
– Jak to możliwe, że używają mojego skanu? – zapytał Henry.
Monika otworzyła dane i umowy klienta.
„Wyrażam zgodę na użycie wydruku kopii mojej osoby w celu badania jakości usług i zadowolenia klienta na rzecz linii Light Speed Travel za wynagrodzeniem ustalonym w załączniku nr1 umowy. Podpisano: Henry Kowalski.”
Henry zamknął oczy. Próbował, ale nie umiał nic sobie przypomnieć. Domyślał się, że prawdopodobnie zrealizował swój plan i wyciągnął od linii LST niemałą sumkę. Poszedł na ugodę i podpisał to, co teraz mieli przed oczami. Do badań wykorzystali jego zapis sprzed skoku. „Jak mogłem sobie to zrobić” pomyślał.
Obydwoje milczeli. Zdawali sobie sprawę, co to oznacza. Zostali uwięzieni w pętli programu badań, a ich życie trwało dokładnie jeden cykl. Dla tego systemu byli tylko podstawionymi danymi. Celem ich życia było wypełnienie ankiety, a właściwie ostatniej decyzji w niej zawartej. Złej decyzji. Odmowy autoryzacji, oznaczającej powtórzenie cyklu. Zrozumieli, że Linie LST przygotowały tę procedurę, by znaleźć metodę na nielegalne wpływanie na decyzje klientów i by zachowywać czyste konto bez niepotrzebnego rozgłosu. Drukowali tu swojego klienta wielokrotnie, do testów.
Henry w milczeniu chwycił stojące obok krzesło. Stanął naprzeciw szklanych drzwi, za którymi szalał wiatr, porywający w górę sterty kolorowych liści. Zamknął oczy, jakby modlił się lub rozmawiał ze swoim przeznaczeniem. Wziął duży zamach i z całej siły cisnął krzesłem w kierunku szyby. Krzesło leciało przez całe pomieszczenie i obracało się w powietrzu powolnie. Miał wrażenie, że trwało to niezwykle długo. Gdy uderzyło w powierzchnię szyby, nogi krzesła wygięły się, jakby były z plasteliny. Rozległ się głośny huk. Krzesło odbiło się i upadło na podłogę z mniejszym już trzaskiem.
Nic. Mały ślad na szybie. Czekał z nadzieją, że być może z niemal niewidocznej rysy pojawi się za chwilę małe pęknięcie, luka w strukturze, która powiększy się, a następnie zamieni w pajęczynę. Ta natomiast pokryje całą powierzchnię i z hukiem rozwali szkło na miliony kawałków, ofiarując im wolność. Niestety. Nic takiego się nie stało. W złości zaczął rzucać w drzwi przedmiotami, które miał pod ręką. Ponownie chwycił krzesło i używając go jak narzędzia, uderzał nim w szybę z całych sił, aż zmęczył się i zasapał.
Monika nie odeszła w tym czasie od komputera. Zerknęła przez chwilę na opętanego dzikim szałem Henry’ego. Wyglądał zabawnie i tym razem to ona miała wrażenie, że patrzy na małpę w zoo, bawiącą się patykiem, którym raz po raz rzuca w szybę klatki oddzielającej zwierzę od obserwatora. Sprawiło jej to krótkotrwałą przyjemność.
Sama, mimo tego małpiego hałasu, skupiona była na rozpoznaniu możliwości. Nie mogła zmienić procedury, która przesądzała o ich losie. Przejrzała algorytm analizy i manipulacji. Na danych mózgu i pamięci Henry’ego z ostatniego skanu wykonywany był kolejny proces, więc nie miała dostępu, by go zmienić, sprawić, by w kolejnym cyklu pamiętał cokolwiek z tego, co zaszło w poprzednim. Czy istniała jakaś możliwość zachwiania stabilnością tego procesu? W końcu byli już tu na dole, więc coś do tej pory poszło nie tak.
„Instynkt?”, przemknęło jej przez głowę.
Szybko przełączyła się na zapis splotu słonecznego, który odpowiedzialny jest za podświadomość. Na tym obszarze nie były aktualnie wykonywane żadne analizy, ani procedury manipulacyjne. Monika dopisała kilka krótkich komend i wymusiła w ten sposób aktualizację splotu słonecznego na ostatnim dostępnym skanie Henry’ego. Patrząc na zapis kodu miała wrażenie, że ktoś wcześniej już próbował to zrobić.
Prawdopodobnie nie miało to żadnego znaczenia, jednak dawało im cień szansy, że w kolejnym cyklu lub cyklach, podświadomość coś mu podpowie, o ile w ogóle ktoś taki jak on posłucha głosu instynktu.
Henry w tym czasie ucichł już. Siedział bezradnie na podłodze oparty o drzwi, które przed chwilą próbował sforsować. Obserwował krzesło leżące teraz naprzeciw niego, jakby próbował wymyślić, jak jeszcze można posłużyć się tym wspaniałym narzędziem.
Monika zalogowała się do systemu zarządzania budynku i otworzyła drzwi. Rozsunęły się, a opierający się o nie Henry wypadł na zewnątrz. Wiatr wtargnął do środka z impetem, wmiatając ze sobą tyle liści, że nagle w pomieszczeniu zrobiło się kolorowo. Henry podniósł się i spojrzał na Monikę ze zdziwieniem i podziwem, z którym kiedyś patrzył na swojego ojca lepiącego z plasteliny trzygłowego smoka. Włosy Moniki powiewały na wietrze. Widząc minę Henry’ego, uśmiechnęła się szczerze. Poczuła się wreszcie doceniona, jakby właśnie z podziwem patrzyła na nią mama.
Bardzo fajne, dobrze poprowadzone opowiadanie.
Muszę przyznać, że dobre. Parę razy rozwalił mnie humor autora, dokładnie taki lubię.