Opowiadanie SF: „Druk biologiczny”

2

Druk biologiczny
Wojciech Ostrycharz

 

< Poprzednia strona | Wróć na początek

 

 

Ucieczka

 

Patrzyli na siebie z radością, Henry zatopił się w jej oczach, które przywiodły mu na myśl Annę. W jednej chwili wyobraził sobie, że jest w domu z żoną, w końcu mają dziecko, którego pragnęli, a ich życie toczy się dalej, bez żadnych komplikacji.

 

– Uciekaj! – głos jego podświadomości wyrwał go z tego pięknego snu i jego uśmiech nagle zniknął.

– Uciekaj!

 

Henry rozejrzał się. Wokół budynku rozciągał się pusty plac, a za nim ściana lasu, same drzewa. Wiatr przesuwał niezliczoną ilość liści po mokrej powierzchni betonu.

Spojrzał na Monikę, która była jeszcze w środku.

 

– Zostaw ją, uciekaj!

 

Henry zaczął biec w kierunku lasu. Monika widząc to, zadrżała. Chwyciła laptopa i skierowała się ku wyjściu. Henry poruszał się szybciej od niej. Zaczął znikać jej z pola widzenia za kłębami porywanych przez wiatr liści. Opuściła budynek, biegnąc teraz pod wiatr. Mrużyła oczy, ale już nic nie dostrzegała. Była zupełnie sama. Podążała w kierunku, w którym ostatni raz widziała jego oddalającą się sylwetkę.

Henry pędził co tchu, odpierał myśli o tym, co może spotkać Monikę. Pomogła mu i być może zawdzięczał jej życie, ale musiał ją zostawić, bo tak kazał mu instynkt i wszechogarniający strach. Czuł jak jego serce silnymi uderzeniami pompuje krew do mięśni, które nagrzewały się niczym żar w piecu lokomotywy. Wtedy pomiędzy liśćmi ujrzał damski but na niskim obcasie, a za chwile strzaskany laptop. Biegł dalej, gdy na ziemi przed sobą zobaczył podłużną plamę krwi, ciągnącą się w kierunku gąszczu, zaczął zwalniać. To był but Moniki i laptop z frontdesku, wiedział to. „Czyja to krew?” Stanął. Patrzył przed siebie na sterty żółtych i krwawo czerwonych liści. Spojrzał się za siebie. Jak przez mgłę widział opustoszały budynek w środku lasu. Raz po raz przesłaniały go lecące z wiatrem drobinki, patyki i liście. Dyszał.

 

Z oddali, wyłoniła się sylwetka kobiety, biegnąca niezgrabnie w niewygodnych butach na obcasach. Pod pachą trzymała laptopa. Spojrzał na plamę krwi i but, znajdujący się teraz mniej więcej w połowie odległości między nimi.

 

– Stóóóój!!! – rozdarł się na całe gardło, ale jego krzyk zlał się, z mocnym szumem i gwizdem wiatru.

 

Ruszył w jej kierunku. Pędził jak wariat. Zbliżał się jednak zbyt wolno. Monika była już zdecydowanie bliżej felarnego miejsca. Miał wrażenie, że w jego krwi brakuje tlenu, a mięśnie nie mają więcej mocy. Tym razem biegł jednak z wiatrem, jak na dachu, kiedy głos instynktu powstrzymał go od skoku. Zmniejszał dystans do Moniki, krzycząc by się zatrzymała. Była już prawie przy swoim bucie leżącym pomiędzy liśćmi. Monika, słysząc go niewyraźnie, nieco zwolniła. Zbliżał się do niej już bardzo szybko, skupił wzrok na jej sylwetce.

„Pieprzyć instynkt, tym razem nic mnie nie powstrzyma”, pomyślał, na wypadek, gdyby głos w jego głowie kazał mu się niespodziewanie zatrzymać, ale ten głos wciąż milczał.

Henry rzucił się, porywając w locie Monikę, dosłownie wyrywając ją z butów. Upadli i turlali się przez kilka następnych metrów. Monika obolała otworzyła oczy. Henry spojrzał na nią, była cała.

 

– Nie wstawaj – powiedział głos w jego głowie, który słyszał tylko on sam.

Chciał powtórzyć to Monice, ale gdy otworzył usta…

– Cicho! – nakazał mu instynkt.

 

Monika rozejrzała się, chciała się podnieść, ale dostała lekko patykiem w głowę. Obejrzała się na Henry’ego i zobaczyła, że na migi pokazuje jej otwartą dłonią, by się nie ruszała. Palec drugiej dłoni przyłożył do ust, sygnalizując, by zachowała ciszę.

Została na ziemi, leżąc w kałuży. Mokre liście oblepiały jej ciało. Wytężała słuch. Próbowała zorientować się, co się dzieje, ale nie słyszała nic poza szumem i gwizdami wiatru, nikogo też nie widziała. Leżeli tak przez kilka następnych minut, które dłużyły się w nieskończoność. Patrząc na ścianę lasu, Henry miał wrażenie, że krew spływa z każdego drzewa, a ocean czerwieni wylewa się na plac. Nie wiedział, co na nich tam czyhało i skąd wziął się w nim ten pierwotny lęk, ale w jego głowie ucieczka do lasu równała się uderzeniu z ogromną prędkością w betonową ścianę lub upadkowi na płytę chodnika z dziesiątego pietra wieżowca. Wydawało mu się, że zginął w tym lesie już setki razy. W końcu podczołgał się powoli w kierunku Moniki na tyle blisko, że usłyszała jego szept:

 

– Wracamy.

– Moje buty – odszeptała, patrząc w kierunku zgubionych w trakcie lotu pantofli.

– Zostaw.

 

Zauważył, że Monika sięgnęła po laptop, który leżał najbliżej. Nie był strzaskany. Odczołgali się kawałek w kierunku budynku, po czym przyjęli pochyloną postawę, jakby obawiali się, że ktoś ich zauważy i biegiem zaczęli wracać. „Jestem, bo wracam”, pomyślał Henry. Zbliżali się w kierunku drzwi frontowych, które pozostawili otwarte po panicznej ucieczce. Zdawało im się, że w środku zauważyli ruch.

 

– Rusztowanie – podpowiedział mu instynkt.

 

Skierował się na rusztowanie znajdujące się przy bocznej ścianie, wskazując je także Monice. Gdy dobiegli, podsadził ją, by złapała się konstrukcji i weszła na pierwszy poziom. Sam wskoczył i podciągnął się na tyle, że Monika zdołała złapać go za ramiona i pomóc mu wdrapać się na górę. Gdy to się udało, padł obok niej i leżeli tak przez chwilę.

 

– Nie wstawać? – wyszeptała.

– Chwila, muszę odpocząć.

 

Monika włączyła laptopa i zaczęła w nim grzebać, podczas gdy Henry nadal z trudem łapał powietrze. Po chwili jego oddech unormował się nieco. Podniósł się ociężale i wskazał palcem swój ulubiony kierunek, w którym poruszał się od lat podczas swojej kariery w korporacji: góra.

Pomagając sobie wzajemnie, pokonali kilka pierwszych szczebli rusztowania i wdrapali się na wysokość trzeciego piętra, gdzie okno było otwarte.

 

– Padnij – podpowiedział mu instynkt i momentalnie położyli się na platformie, jakby wykonywali rozkaz niewidzialnego dowódcy. Monika szybko się uczyła, bez zastanowienia powtarzała ruchy Henry’ego, jakby miało jej to uratować życie. Prawdopodobnie, gdyby potknął się lub poślizgnął na mokrym liściu, też błyskawicznie znalazłaby się w pozycji leżącej. Henry patrzył na nią z niedowierzaniem, ponieważ znowu korzystając z chwili, zaczęła klepać coś w zabranym na wspinaczkę komputerze.

Wstał i wychylił się lekko, by spojrzeć, co dzieje się przed budynkiem. Nic, ani żywej duszy, tylko wiatr hulał po placu, rozgarniając liście. Przez jednostajny szum do jego uszu przedarły się jakieś dźwięki. Jakby wołanie, które zlewało się z gwizdem wiatru. Dochodziło z oddali, a po chwili ustało. Rozejrzał się ponownie. Na dole nic nie zauważył. Spojrzał na górną część elewacji i zamarł.

Na ostatnim piętrze po drugiej stronie fasady, na parapecie stał mężczyzna w szlafroku oblepiony liśćmi, uderzał ręką w zamknięte okno. Zobaczył siebie.

Spojrzał na Monikę, która kompletnie nieobecna pochłonięta była pośpiesznym pisaniem na laptopie. Szybko mrugająca, czerwona lampka na obudowie sygnalizowała, że bateria komputera jest na wyczerpaniu. Postanowił nie zawracać jej głowy bzdurami. Ruszył w kierunku okna, ale jego głos wewnętrzny zatrzymał go słowami:

– Do góry, na taras.

 

Wspinali się dalej. Na wysokości czwartej kondygnacji, gdy byli już mocno zmęczeni, zorientowali się, że czeka ich jeszcze trudniejsze wyzwanie. Musieli wspiąć się na gzyms ostatniego piętra. Henry podsadził Monikę, która najpierw położyła na gzymsie laptopa, a później dość sprytnie, ale z trudem utrzymując równowagę, podparła się gołą stopą o jego głowę i wciągnęła zgrabny tyłek do góry, siadając na gzymsie. Kucnęła, przytrzymując się obydwiema rękami, powoli wstała i przylgnęła do ściany budynku, trzymając już w ręku laptopa.

 

– Chodź – powiedziała zachęcająco do Henry’ego, jakby chciała przekonać dziecko do wejścia na drabinki na placu zabaw. Nie wiedział, w jaki niby sposób miał to powtórzyć. Na szczęście jeden ze słupków konstrukcyjnych rusztowania sięgał dość wysoko ponad najwyższą jego platformę. Podszedł do niego i przymierzył osadzenie nogi. Zaparł się i podskoczył, chwytając się gzymsu. Obawiał się, że jego ręce nie wytrzymają i z hukiem spadnie na sam dół, prawdopodobnie zahaczając nogami o rusztowanie, co wprawiłoby jego ciało w makabryczne piruety. Miał zdecydowanie dosyć akrobacji jak na jeden dzień. „Jak na jedną pętlę”, pomyślał. Z wielkim trudem udało mu się wsadzić łokieć na gzyms, podczas gdy reszta jego ciała wciąż jeszcze dyndała poniżej. Wisiał tak dłuższą chwilę, aż jego twarz zrobiła się zupełnie czerwona i zlana potem. Prawie nie oddychał z wysiłku.

Monika przyglądała mu się, jak wisi w tej dziwnej pozycji. Wyglądał jak kompletnie zalany, stały bywalec monopolowego, uwieszający się jedną ręką, a podpierający łokciem drugiej ręki o ladę, żeby nie zaliczyć gleby i nie pogrzebać swoich szans na zakupienie flaszki.

 

– Co robisz? – zapytała.

 

Chciał odpowiedzieć sarkastycznie, ale nie dał rady. Odczuwał zbyt wysokie ciśnienie w górnej części ciała. Jego noga po omacku wyszukała oparcie w wystającym z rusztowania słupku, co dało mu trochę oddechu i dzięki temu poczuł, że krew znowu płynie w jego żyłach. Udało mu się wsadzić drugi łokieć. Teraz poczuł ulgę, niczym trzęsący się alkoholik, który jednak zamówi dziś upragnioną wódkę. Nabrał dużo powietrza i chuchnął, przygotowując na kolejny niebywały wysiłek swój umysł i ciało.

 

– pro-sz-szę – wyjęknął w ogromnym skupieniu, unosząc swe ciało na rękach.

 

Jego twarz w tym momencie dotykała już ściany, a właściwie przykleiła się do niej dla równowagi. Udało się. Siedział kantem dupy na gzymsie. Prawie płakał. W rzeczywistości wspinaczka po budynkach jest nieco trudniejsza niż pokazują to gry czy filmy. Dźwignięcie się do pozycji pionowej zajęło mu kolejną dłuższą chwilę i pomyślał już, że pewnie zaraz na tym gzymsie oprócz niego i Moniki pojawi się jego kolejna kopia. „To się pani ankieterka zdziwi”, pomyślał, patrząc na wyrażający zupełny brak zrozumienia wyraz jej twarzy.

 

– Nie patrz w dół, idziemy – powiedział Henry i zaczęli przesuwać się w kierunku tylnej ściany, na której znajdował się taras. Minęli narożnik i byli już na tyłach budynku. Już widzieli balustradę tarasu, gdy ich uwagę przykuła wisząca z daszku nad tarasem bosa stopa i fragment białego materiału najprawdopodobniej czystego jeszcze szlafroka. Pięta Moniki osunęła się lekko ze zdziwienia, ale szybko przylgnęła do ściany, łapiąc równowagę. Gdy ponownie spojrzała w kierunku tarasu, zarówno nogi jak i szlafroka już nie było. Nie wiedziała czy coś jej się nie przywidziało, zerknęła pytająco na Henry’ego.

 

– Później ci wyjaśnię – powiedział.

 

Po chwili byli już na tarasie. Spojrzał na miejsce, na którym siedział zrelaksowany jeszcze jakiś czas temu i wsłuchiwał się w szum deszczu, czy coś w ten deseń.

 

– Musimy się śpieszyć panie dyrektorze – powiedziała Monika, uśmiechając się szczerze do Henry’ego. Obydwoje patrzyli teraz na miejsce, w którym przeprowadzała z nim ankietę i wiedzieli, że wkrótce znowu będą ją tu wypełniać.

– Prawdopodobnie algorytm stracił stabilność. Myślę, że będą chcieli wszystko skasować lub zatuszować. Nie wiem w jaki sposób, może zrzucą jakiś ładunek albo wyślą posiłki. Ale mam pewien pomysł. Przygotowałam nam drogę ucieczki.

– Kiedy? – patrzył na nią z niedowierzaniem.

– Na rusztowaniu, jak się tak gramoliłeś. Szybko do skanera – popędzała Monika.

– Jaki jest plan? – zapytał krótko.

– Zeskanuję nas i wyślę transfer, który podpięłam pod wszystkie oficjalne adresy linii LST. To jest adres wewnętrzny firmy, więc jest szansa, że wydrukujemy się automatycznie, w którejś publicznej jednostce, o ile firewall nas nie zablokuje. Można powiedzieć załatwiłam nam darmowe bilety.

Mrugnęła do niego. Włączyła laptopa i uruchomiła procedurę wyjścia.

– Wybacz, że nie przeprowadzę z tobą ankiety, powie mi pan po wszystkim, czy jest pan zadowolony – powiedziała z uśmiechem i pewnością w głosie, której wcześniej nie miała.

 

Położyli się obok siebie na zimnym blacie skanera. Zasypiali. W pokoju obok drukował się już kolejny egzemplarz Kowalskiego, który zaraz wstanie i wyjdzie na taras pooddychać lasem. Mglisty wzrok Henry’ego przykuła migająca, czerwona dioda baterii laptopa. Low battery, low battery, low battery. Zasnął.

 

 

Pasażer

 

Henry otworzył oczy gwałtownie, jakby przebudził się po bardzo złym śnie. Był cały spocony. Spojrzał na siebie. Jego ciało pokryte było zadrapaniami i siniakami.

„To nie sen”, pomyślał, gdy chwilę po obudzeniu przypomniał sobie koszmar, który właśnie go spotkał.

 

– Moniko, udało nam się! – krzyknął i odwrócił się w jej kierunku. Nie było nikogo. Zerwał się z komory druku na nogi, które odmówiły mu posłuszeństwa. Było za wcześnie, ciało po wydruku nie działało jeszcze w pełni. Czołgał się po pokoju w poszukiwaniu innych komór. Zobaczył drugą maszynę, która właśnie kończyła proces. Ucieszył się i krew w jego żyłach zaczęła płynąć szybciej. Czołgał się teraz w jej kierunku.

– Moniko! – zawołał – Moniko! Udało nam się!

 

Usłyszał jęknięcie. Złapał się górnej części komory drukującej i podciągając na rękach, stanął na nogi. Jego oczom ukazał się widok, który chętnie zamieniłby na własną śmierć, gdyby tylko mógł. Niestety nie miał tej możliwości. Przerażająco zdeformowane ciało Moniki wiło się w męczarniach po komorze drukującej. Zapis Moniki nie został poprawnie przesłany. Albo siadła bateria albo ochrona przerwała transfer. Kod genetyczny był prawdopodobnie niepełny, a wydruk jej osoby okrutnie zniekształcony. Nie mogła mówić, jęczała z bólu, który toczył każdą część jej ciała, skórę, kości i organy wewnętrzne. Krew sączyła się powoli z jej wygiętych w cierpieniu ust i nosa. Patrzył na nią, a do jego oczu napływały łzy. Nagle znieruchomiała, napięła się, jakby stało się coś ważnego i z wielkim wysiłkiem spojrzała na niego.

Czy coś pamiętała? Czy to coś przed nim było świadome i mogło myśleć? Po jego polikach spływały łzy. Jej źrenice rozszerzyły się i zaczęła krzyczeć w przerażeniu, jakby zobaczyła swojego odwiecznego prześladowcę. Krzyk sprawiał jej ból i co chwila przeplatał się z kaszlem i odkrztuszaniem. Henry, nie mogąc na to patrzeć, chwycił ją. Próbowała drapać go swoimi nie w pełni wykształconymi palcami i odpychała nieudolnie. Wziął ją na ręce, trzymając, krępował jej ruchy. Zdawał sobie sprawę, że to sprawia jej dodatkowe cierpienie. Niósł ją przez cały pokój. Zza drzwi dobiegał go szum kroków i rozmów ludzi.

Kopnął w nie i wyszedł na korytarz. Były na nim tłumy. Personel, pasażerowie witający się ze swoimi rodzinami, ankieterzy. Wszyscy powoli ucichli.

 

– Gdzie jest komora dematerializacji?! – wydarł się na całe gardło.

 

Jedna z ankieterek, ubrana w typowy uniform, taki sam, jaki nosiła Monika, podniosła powoli rękę i nie ruszając się z miejsca, wskazała drzwi na końcu korytarza. Poszedł ociężale we wskazanym kierunku, niosąc na rękach powykręcane ciało. Bosymi stopami zostawiał za sobą ślady świeżej krwi Moniki, która ściekała po jego nogach. Jęki powoli oddalały się od ludzi zgromadzonych w korytarzu, aż w końcu całkiem ucichły za zamykającymi się drzwiami oddziału piątego Terminalu B z wyraźnym znakiem zakazu wstępu dla osób nieupoważnionych. Delikatnie położył Monikę w komorze. Gdy się odsunął, cały czas patrzyła na niego błagalnym wzrokiem, jakby chciała żyć, pomimo cierpienia. Zamknął komorę i bez wahania włączył ją. Widział jak powoli zasypia, w końcu jej oczy zamknęły się na zawsze.

Nie wiedział jak długo tam stał, kompletnie stracił poczucie czasu. Zastanawiał się czy jest jeszcze człowiekiem. Słyszał kroki biegnących żołnierzy. Stał nieruchomo. Wiedział, że powinien stamtąd wiać, ale nie potrafił tego zrobić. Już nie uciekał. Żołnierze wbiegli do pomieszczenia, wykopując drzwi. Obrócił się powoli i zobaczył kilka wymierzonych w siebie celowników ich broni.

 

– Zezwalam na dematerializacje źródła! – wykrzyczał i zemdlał.

 

 

 

Czytaj dalej >>

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 16 Średnia: 4.5]
Zobacz także
2 komentarze
  1. Szymon

    Bardzo fajne, dobrze poprowadzone opowiadanie.

  2. Sommer

    Muszę przyznać, że dobre. Parę razy rozwalił mnie humor autora, dokładnie taki lubię.

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.