Opowiadanie SF: „Epitafium” (Andrzej Wronka)

0

Epitafium - Andrzej Wronka - Opowiadanie SF, część książki Ostatni

Jak czuje się ktoś wyrwany z otaczającej nas rzeczywistości i przeniesiony w świat przyszłości? Poznaj historię Roberta, który wraca do życia po niemal stu pięćdziesięciu latach nieobecności…

Kraków przyszłości, rodzimi bohaterowie, czyli science-fiction z polskim akcentem. Zapraszamy do lektury debiutującego na naszych łamach Andrzeja Wronki. Opowiadanie „Epitafium” jest częścią książki „Ostatni”, o której szerzej piszemy w dalszej części artykułu.
Zapraszamy do lektury!

 

 

Epitafium

 

Ciemnozłoty liść zawirował na wietrze. Robert obserwował jak spada. Po nieskończenie długiej chwili podniósł wzrok i rozejrzał się dokoła. Jesienny wiatr huczał mu w uszach. Paskudna listopadowa pogoda, wręcz idealna na odwiedziny takiego miejsca.

Większość nagrobków była w opłakanym stanie. Walały się wśród powykręcanych od starości drzew. Na cmentarzu spoczywali żydzi i katolicy. Na pierwszy rzut oka panował zupełny chaos. Również w datach na tablicach. Lecz jakieś dziwne przeczucie mówiło mu dokąd iść. Poprawił płaszcz, uśmiechając się lekko. Pewnym krokiem ruszył w alejkę oznaczoną wyblakłym symbolem Ω.

 

***

 

Zawsze uważał się za kogoś wyjątkowego.

 

— Jak się pan czuje? — Głos mężczyzny zawierał idealną mieszankę profesjonalizmu i wyuczonej troski.

— W porządku. Chyba… — zmarszczył brwi pacjent.

— Co ma pan na myśli? — Lekarz nie patrzył na niego. Błądził wzrokiem gdzieś po rzeczywistości rozszerzonej.

— Nie kojarzę tego wspomnienia.

— Proszę się niczym nie przejmować. Jest pańskie. Niekoniecznie istotne z punktu widzenia świadomości.

— Po prostu…

— Poza tym to pana emocje! — mężczyzna nie dał sobie przerwać. — Transfer osiągnął dokładność dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięćdziesiąt pięć procent. Ma pan do dyspozycji trzy petabajty swojej pamięci, przy mocy obliczeniowej szacowanej na około…

Robert czekał aż skończy.

 

— Przepraszam, rozgadałem się. — Wzrok lekarza w końcu skupił się na pacjencie. Może zrobił sobie przerwę od Sieci? — Ma pan jeszcze jakieś uwagi dotyczące operacji?

— Nie. Przejdźmy do mojego wypisu.

 

Myśl o tym, dlaczego jego pierwsze “wspomnienie” po stu czterdziestu pięciu latach nie mogło być bardziej przyjemne, postanowił zachować dla siebie.

 

***

 

Zastanawiał się, czy przekona się do Oczu. Implanty, wpięte bezpośrednio w korę nową z interfejsem wzrokowym. Oraz neurologicznym i werbalnym, ale to był już standard od dobrych kilku dekad. I oczywiście Sieć. Stały dostęp do informacji; natychmiastowa komunikacja z każdym; chmury z przestrzenią dyskową i niemal nieograniczoną mocą obliczeniową. To wszystko dostępne, jeśli tylko zechcesz pomamrotać pod nosem, ułożyć zgrabną myśl z zapytaniem albo po prostu spojrzeć na coś lub kogoś. Musiał przyznać, że — mimo wielu prognoz — świat jednak nie stał w miejscu.

 

Wektor zmian był oczywisty, a jego zwrot został wyznaczony jeszcze pod koniec dwudziestego stulecia. Półtora wieku temu! Za rzeczywistość rozszerzoną — tak płynną i tak wygodną, iż ponad dziewięćdziesiąt pięć procent cywilizowanego społeczeństwa uważało ją za integralną część siebie — należało płacić. A walutą niezmiennie była informacja. I prywatność. Owszem, odgórny nadzór oraz troskę rządu, sprzymierzonego z korporacjami, można było ograniczyć. Teoretycznie, żaden obywatel — przynajmniej w Stanach i Nowej Europie — nie był zobligowany do posiadania Oczu. Ani innych wszczepów, poza identyfikacyjnym. Mały, denerwujący, widzialny w nadfiolecie tatuaż. Obowiązkowo w widocznym, nieosłoniętym przez większość czasu miejscu. I, naturalnie, ze stałym interfejsem do Sieci. Nowy, lepszy dowód osobisty.

 

Robert dostał tatuaż, ale na Oczy się nie zdecydował. Jeszcze. Wziął jedynie soczewki AR. Funkcjonalność zasadniczo ta sama, jedynie immersja gorsza. Trochę wolniejszy transfer, słabszy podręczny procesor wirtualizacji, mniej miejsca w cache’u. No i brak możliwości subskrypcji niektórych kanałów i aplikacji w wersji premium. Ale w zamian za to w każdej chwili mógł je zdjąć.

Na razie mu się podobało. Do tego stopnia, że zanim opuścił budynek laboratorium, postanowił dokładniej sprawdzić, co przez te wszystkie lata zmieniło się w wirtualu. I lepiej przygotować się do wyjścia na zewnątrz.

 

***

 

— Robert! Kurwa! — głos Dana prawie rozsadził mu bębenki. — Co ty odpierdalasz?

Cholernie nie pasowało mu, że muszą latać z komunikatorami. Wingsuiting wymagał maksymalnego skupienia. Przynajmniej w tym wydaniu.

 

— Wiem, wiem — mruknął tylko w odpowiedzi.

Wiedział jak blisko jest rekordu. Zarówno nieoficjalnego Wenezueli, jak i swojego osobistego. Roraima była jedynym z jego ulubionych miejsc. Leciał wzdłuż pionowej grani, pod delikatnie opadającym kątem. Cały czas nabierał prędkości.

 

— Zabijesz się! — szczeknął Dan.

— Dobra, kurwa! — warknął w odpowiedzi. — To się zabiję!

Za wolno. Przyspieszenie było za małe. Miał dopiero dwieście siedemdziesiąt na liczniku, a góra skręcała już za kilkaset metrów. Jeśli niczego nie zmieni — z rekordu nici.

 

— Pikuję — oznajmił krótko.

— Ja pierdolę, ja żartowałem z tą śmiercią, Rob… — tym razem w głosie przyjaciela usłyszał nieudawany strach. — Nie rób tego!

 

Nie odpowiedział. Zmniejszył opór powietrza, przyjmując bardziej zwartą pozycję. Postanowił dobić do trzystu dwudziestu, a następnie już spokojnie opaść na las okalający górę. Ewentualnie będzie ratować się zapasowym spadochronem. Nie ma prawa się nie udać.

 

***

Nie udało się. Z pewnym rozbawieniem oglądał film z dolnej kamery helikoptera. Dan pewnie niezbyt długo opierał się z jego udostępnieniem. Swoją drogą, to dość nieprawdopodobne, że po grubo ponad wieku, wciąż tak łatwo go odkopać w mule Sieci. Z drugiej strony: w chwili śmierci był światowej sławy pływakiem. Do tego biznesmenem i jednym z nielicznych sportowców z niemal miliardowym majątkiem. Jego wypadek był pokazywany i komentowany we wszystkich mediach. I na pewno cieszył się ogromną popularnością. Zwłaszcza, że był dość spektakularny, nawet jak na standardy Roberta.

Leciał za szybko, by uniknąć zderzenia z ptaszyskiem. Jakiś tropikalny, latający szczur przydzwonił mu w bark. Głupi stwór zginął na miejscu, swobodnie spadając w kilkuset metrową otchłań. Robert natomiast stracił równowagę. Musiał szybko kontrować zmianę trajektorii, ale — ponownie przez zbyt dużą prędkość — nie wykręcił przed jednym z wodospadów, spływających ze zboczy góry. To był jego koniec.

 

Trochę żałował, że w poprzednim życiu nie był artystą. Choćby malarzem. Bądź pisarzem. Najlepiej muzykiem — wtedy na pośmiertnych tantiemach zgarnąłby tyle kasy, że po Wznowieniu nie musiałby troszczyć się już o nic. W obecnej sytuacji i tak nie było źle, ale inflacja znacznie uszczupliła jego oszczędności. Analizując rynek Nowej Europy, doszedł do wniosku, że wystarczy mu na maksimum kilka lat bezstresowego życia. Na poziomie, do którego przywykł.

W końcu odważył się wyjść na ulicę. Wystarczył rzut oka, by zobaczyć, jak bardzo rozrosło się Scotsdale. Przede wszystkim w pionie. Zamiast nudnego, poziomego krajobrazu jednorodzinnych domów, zakładów przemysłowych i hurtowni, dokoła Life Lab. wyrosło wiele apartamentowców i centrów biznesowych. Nic dziwnego, jeśli brało się pod uwagę prawie pięciokrotny wzrost liczby mieszkańców. Z tego co zdołał się dowiedzieć wskaźnik zgonów zapikował już lata temu.

 

Ani Scotsdale, ani Phoenix, ani nawet pobliska Kalifornia, nie należały do jego miejsc. Owszem, chwilę mieszkał w L.A. Zwykle po prostu bywał, w celach zawodowych lub prywatnych. Znacznie częściej w tych drugich. Przez chwilę wydawało mu się, że wspomnienia dawnych zabaw, zdołały rozgrzać to dziwne, słabe, nowe ciało. Myśl o kobietach, kalifornijskim słońcu i nie kończącej się sangrii, którą i tak musiał później spalić, w magiczny sposób nastrajała pozytywnie i dodawała otuchy. Stwierdził, że kontynuacja wątku będzie dobrym początkiem życia w świecie, w którym science-fiction stało się prawdą.

 

***

 

Był zaskoczony i wściekły tym, jak długo musiał szukać odpowiedniego miejsca. Okazało się najwyraźniej, że siedzenie w pubach, picie i jedzenie na mieście; a nawet zwyczajne, proste spotkania żywych ludzi stały się ekscentryczną rozrywką, właściwą znudzonym bogaczom, dziwakom bądź starcom. Chlanie do nieprzytomności, obijanie się po ryjach o czwartej nad ranem, dzikie i żałosne tańce godowe, przy muzyce której nie da się słuchać na trzeźwo — wszystko to stało się reliktem przeszłości. W Scotsdale była jedna niewirtualna restauracja i dwa kluby, z których jeden miał udawać dwudziestowieczną dyskotekę, a drugi symulować klasyczny, staromodny pub. W całym Phoenix była wyznaczona ponoć cała tak zwana Dzielnica Wspomnień. Kilkanaście lokali na dziesięciomilionową populację.

 

Wybrał pub. Nie wszystko było jak w dwudziestym wieku. Nie mogli powstrzymać się przed instalacją przezroczystych stołów, o funkcji dotykowych wyświetlaczy. Były też wygodne loże, pełniące faktycznie funkcję portów do wtyczek i rozszerzeń. Klient mógł — za dodatkową opłatą — włączyć tymczasową modyfikację, pozwalającą mu poczuć się inaczej. Popularne były zwłaszcza psychodeliki lub ekstaza, ładowana bezpośrednio do podświadomości. Narkotyki szyte na miarę dwudziestego drugiego stulecia.

Robert usiadł przy barze, na zwyczajnym hokerze. Właściciel pozwolił sobie na odrobinę ekstrawagancji — drinki rozlewał barman z krwi i kości. Zamówił podwójną whisky. W poprzednim życiu (złapał się na tym, że nie potrafi myśleć o swojej przeszłości inaczej) rzadko pozwalał sobie na ciężki, kaloryczny alkohol. Szło opornie, jednak udało mu się czerpać radość ze smaku trunku. Gdy skończył, wziął jeszcze raz to samo. Alkohol rozgrzał krew, a on przestał grzebać w Sieci, analizować i generalnie myśleć o współczesnym świecie. Poczuł się spokojnie, wręcz błogo.

 

Po dłuższej chwili, do niemal pustego lokalu, weszła młoda kobieta. Długie czarne włosy i zgrabna talia od razu przykuły jego wzrok. Dotarło do niego, że od Wznowienia widział niewiele kobiet. A nawet, jeśli jakieś zdarzały się wśród mijanych niedobitków zamkniętej w VR rasy ludzkiej, nie budziły w nim żadnych emocji. Dwudziesty drugi wiek cechował się tak ogromną tolerancją stylu, fenotypu i płci, że większości serdecznie zbrzydł pęd do idealnego wyglądu i dążenia do bycia oryginalnym za wszelką cenę. Dziewczyna w pubie, na oko dwudziestopięcioletnia, była za to seksowna jak diabli.

Wyglądała na równie zagubioną jak on. Rozejrzała się po pustych miejscach, po czym podeszła do baru. Spojrzała na bawiącego się szklanką Roberta.

 

— Proszę to co on — rzuciła w stronę znudzonego barmana.

 

***

 

— Nie! To niemożliwe. — Robert żarliwie zaprzeczył, teatralnie wymachując rękami. — Nirwana, Czyściec? Limbo?! Coś kręcisz. I co to w ogóle za nazwy!

 

Siedzieli w zamkniętej loży. Pochłonięci przez słabe, lekko czerwone światło i starszą niż on sam, cichą, nastrojową muzykę. Mężczyzna czuł się swobodnie, wygodnie rozwalony na połowie kanapy. Dziewczyna, każąca nazywać się Lottą, siedziała na drugiej jej części, blisko, lecz nie tak jak chciał. Założyła nogę na nogę, od czasu do czasu kiwając tą wiszącą w powietrzu. Bawiła się lodem w szklance. Wydawała się rozkojarzona, ale z pewnością nie znużona jego towarzystwem. Spojrzenie jej niebieskich oczu błądziło gdzieś pomiędzy drinkiem a linią jego ust.

 

— To nie żart, Rob — uśmiechnęła się. — W dwudziestym drugim mamy wszystko. PMV.

— PMV… — powtórzył niepewnie.

— Mhm. Wirtualizacja post mortem. Nowe, lepsze życie po życiu.

— Dla wszystkich?

— Generalnie tak… jeśli tylko chcesz. Ale to nie znaczy, że każdego stać na najlepszy pakiet.

Nie skomentował. Lotta pociągnęła łyk whisky i uśmiechnęła się szeroko, pokazując swoje idealne uzębienie.

 

— Więc Czyściec, a formalnie PMV basic, jest dostępny dla każdego, kto zdecydował się na mapowanie neuro. Jeśli używałeś Oczu przez dłużej niż kilka miesięcy, nawet pójście na badania możesz sobie odpuścić.

— A koszt transferu?

— Grosze. Poza tym, po osiągnięciu wieku emerytalnego, koszty są całkowicie refundowane przez rząd.

— Jezu… Bardzo… pragmatyczne — skrzywił się mężczyzna. — Ale zaraz; miało być post mortem?

— Może być pośmiertnie. Ale nie musi. Zasadniczo można przejść w dowolnym momencie.

— Ale nie można już wrócić. — domyślił się.

— Zgadłeś. Ale tylko po części. Można się przetransferować na jakąś mrożoną korę. Lub syntetyka.

— Jak przy Wznowieniu.

— Hmm… nie do końca. Całkowite, jak to mówią, Wstąpienie do Limbo lub Czyśćca, nie jest zupełnie nieinwazyjne. Do Sieci zostaje przeniesiona twoja pełna osobowość, świadomość, pamięć; naturalnie doładowana w miarę życzenia pacjenta. Jednak od tamtej pory, to właśnie ta wirtualna istota jest prawdziwym tobą. Reszta to tylko kopia kopii.

— Mniej bądź bardziej udana… — wtrącił cicho.

Lotta nachyliła się w jego stronę.

 

— Przejmujesz się? — szepnęła, muskając jego dłoń. — Krionika jest bezpieczniejsza. Nic nie ginie.

— Tak mi powiedzieli. — Od jej dotyku przeszedł go dreszcz. Bał się poruszyć. — Ale nawet jeśli… to wciąż nie jest moje ciało.

— Głuptasie! — Dziewczyna zaśmiała się, odrzucając głowę. — Jest dwa tysiące sto sześćdziesiąty piąty! Nikt nie przywiązuje się już do zewnętrznej powłoki.

— Robert nie wyglądał na przekonanego.

— Owszem, niektórzy, w zasadzie całkiem spory procent, wciąż w nią inwestują. Wszczepy, redundantne narządy, zamienniki… Ale to tylko potwierdza, że fenotyp jednostki przestał być jej nierozerwalną, unikalną częścią.

— Współcześni traktują ciało jak ubranie — powiedział, jakby do siebie, Rob.

— Tak. Tylko ortodoksyjni katolicy i kilka mniejszych wyznań nie aprobuje biotechnologii. Poza nimi, nawet ci naprawdę przywiązani do formy fizycznej i w tradycyjny sposób dbający o swoje ciało, odkładają, by na emeryturze bez wahania zamienić je na mniej zużyty model.

 

Lotta zwilżyła usta kończącym się trunkiem. Wolnym, zmysłowym ruchem, oblizała górną wargę i uśmiechnęła się do swojego towarzysza.

 

— Zresztą po co ja to tłumaczę? Sam jesteś najlepszym przykładem, prawda? W innym wypadku nigdy nie doszłoby do tej rozmowy. I tego niezwykłego spotkania.

— To prawda. — Robert odwzajemnił uśmiech. — Cieszę się, że jednak okazałem się choć odrobinę postępowy.

Dziewczyna spojrzała mu w oczy, nie przestając się uśmiechać.

 

— Przepraszam na chwilę — dodał po chwili ciszy, lekko speszony, Rob.

 

Powoli podniósł się z miejsca i ruszył w stronę toalety. Dyskretnie obejrzał się przez ramię. Lotta nie spuszczała z niego wzroku. Niedbale pomachała dłonią. Rob poczuł jak jego twarz oblewa czerwień. Odpowiedział jednak uśmiechem i już pewniejszym krokiem doszedł do małych drzwi, obitych weneckim szkłem. Przepuściły go do małego, minimalistycznego pomieszczenia, które w jednej chwili rozbłysło stonowanym, lekko niebieskim światłem. Stanął przed lustrem i przepadł na dobre pięć minut.

 

Jeszcze nie wiedział, co sądzić o nowym, wspaniałym świecie, w którym przyjdzie mu teraz żyć, jednak miał dziwne wrażenie, że zastany porządek, nie bardzo trafi w jego gusta. Choć może z czasem się przyzwyczai. Zasadniczo, jedynym plusem, jaki potrafił odnaleźć, był ten wieczór. Whisky w pustym barze dla antyków. I oczywiście Lotta. Nie mógł uwierzyć, że wszystko szło tak gładko. W świecie, gdzie każdy może mieć każdego, niemalże zerowym nakładem czasu i kosztów. Gdzie i tak większość ograniczała się do kontaktów wirtualnych, a seks na żywo, uważany był za przeżytek, właściwy zwierzętom, prymitywom i masochistom. I w tym kontekście piękna, młoda, prawdopodobnie wykształcona i inteligentna kobieta (zresztą: kto nie będzie lepszy od wskrzeszonego głupka sprzed półtora wieku?) flirtuje kolejną godzinę z reliktem poprzedniej epoki? Może jednak coś mu zostało z tamtego wcielenia. Z drugiej strony… nie miał już swojej pozycji, sławy, pieniędzy. Ani, co niemniej istotne, wyglądu. Zamiast niemal dwumetrowej góry wyrzeźbionych mięśni i zadbanej, rozpoznawalnej twarzy, z której nigdy nie schodził lekko kpiący uśmiech, z lustra spoglądał zupełnie przeciętny facet. Krzaczaste brwi, nieproporcjonalnie duży nos. Ale o twarz wystarczyło odrobinę zadbać i chyba udałoby mu się powstrzymać odruch obrzydzenia. Gorzej z resztą. Wzrost poniżej metr osiemdziesiąt, zdecydowanie za dużo tkanki tłuszczowej. Analizator w soczewkach pokazywał dwa koma siedem kilograma nadwagi. Do tego naprawdę mizerna postura. Rozpiął koszulę. Tors niemal zapadnięty, barki nie wyćwiczone. Ręce nie zadbane i niewystarczająco silne. Generalny obraz był dla Roberta po prostu nijaki. Zwyczajny gość koło czterdziestki.

A jednak, mimo to czuł, że tego wieczoru Lotta należeć będzie wyłącznie do niego.

 

Część druga – czytaj dalej >>

 


 zbiór opowiadań "Ostatni" Andrzej Wronka - okładka książki

„Ostatni” – Andrzej Wronka

Opowiadanie „Epitafium” jest częścią elektryzującej książki autorstwa Andrzeja Wronki, zatytułowanej „Ostatni”.

Czym jest „Ostatni”?
To kilka świeżych opowieści w konwencji fikcji bardziej naukowej niż fantastycznej.
Poznajcie różne oblicza przyszłości, w której nie zawsze dominują jasne barwy.

Więcej informacji o książce i sprzedaży:
www.facebook.com/lastman87/

Wersję elektroniczną możecie zakupić na Świat ebooków:
www.swiatebookow.pl/ebooki/ostatni

 

Andrzej Wronka – słowo o autorze i kontakt:

Andrzej Wronka urodził się w 1987 roku.
Na co dzień tworzy niebezpieczne oprogramowanie dla graczy, tłumiąc w sobie tęsknotę za fizyką teoretyczną. W wolnym czasie tworzy, niszczy i ratuje światy – niekoniecznie w tej kolejności. Mieszka w Krakowie.

Z pisarzem możecie skontaktować się przez Facebooka lub e-mail: ostatni@lastman.pl

 

Artykuł powstał przy współpracy z Andrzejem Wronką w ramach naszej oferty promocyjnej.

 

Zobacz także:

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 7 Średnia: 4.3]
Zobacz także
Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.