Opowiadanie SF: „Epitafium” (Andrzej Wronka)
Epitafium
Część 1 | Część 2
Jakieś trzy kwadranse później wylądowali w jednym z apartamentów na godziny, gdzieś na przedmieściach Scotsdale. Lotta tylko z grzeczności zaoferowała podział płatności, gdy zbliżał oko do czytnika obok drzwi. Wybudzony trup czy relikt epoki — na tyle jeszcze było go stać.
Lokum było apartamentem tylko z nazwy. Oprócz wielkiego, solidnego łóżka, pokrytego pachnącą, syntetyczną pościelą, niewiele więcej się tu znajdowało. Stolik nocny z butelką wina i kieliszkami oraz mała lodówka, zapewne wypełniona po brzegi wysokoprocentowym alkoholem w małych poręcznych butelkach. Coś “na odwagę”. Przez chwilę rozważał, czy z niej nie skorzystać lub nie zaproponować Lotcie wina, szybko jednak zrezygnował. Nie uprawiał seksu od blisko stu pięćdziesięciu lat, nie było sensu jeszcze dłużej odwlekać tego momentu. Przecież wypadł z gry tylko na czas śmierci swojego ciała.
Lotta włączyła nastrojową, elektroniczną muzykę. Gestem zmieniła oświetlenie w pomieszczeniu, a pokryty magnetyczną farbą sufit przesterowała, tak by odbijał światło.
— Coś na podgrzanie atmosfery — uśmiechnęła się zalotnie do Roba, wskazując wielkie, idealne lustro na górze.
— Doceniam gest — odpowiedział. — Ale myślę, że jest już wystarczająco gorąco.
Zbliżył się do niej, a ona odsunęła się o krok i opadła na łóżko. Powoli zaczęła rozpinać guziki bluzki. Patrzył jak zahipnotyzowany.
Przy trzecim guziku, dokładnie w momencie, gdy miał ochotę podejść i uwolnić z objęć stanika jej kształtne, jędrne piersi, stało się coś nieoczekiwanego. Dziewczyna zniknęła, światła w pokoju stały się jaśniejsze, a na wysokości jego głowy wykwitł tłusty, wyraźny napis i proste trójwymiarowe logo. Ochłonął momentalnie. Napis głosił:
Dziękujemy za zainteresowanie usługami EverydayEnterainment!
Jeśli chcesz kontynuować doświadczenie, już teraz autoryzuj subskrypcję wersji Premium.
W pakiecie otrzymasz zestaw kontrolerów, zwiększających immersję do maksimum!
Robert zaklął na cały głos. Z trudem powstrzymując drżenie rąk, wyjął soczewki z oczu i rzucił nimi o podłogę.
***
Gdy, już w Phoenix, leżał na przyjmującym kształt ciała, wygodnym fotelu, nie mógł nie odnieść wrażenia, że dał się wkręcić jak dziecko. Zapis z soczewek wyraźnie pokazywał, jak nienaturalnie zachowywała się Lotta. Wtedy nie zwrócił uwagi, do tego wydało mu się to zmysłowe. Dziewczyna robiła wszystko, by jak najbardziej ograniczyć możliwość interakcji ze światem zewnętrznym. Na wszystkich interfejsach za wyjątkiem wzroku i słuchu, gdzie program radził sobie doskonale. Dotknęła go dwa, może trzy razy, bardzo lekko, na tyle, żeby nie zorientował się, że coś jest nie tak. W istocie zamiast prawdziwego dotyku, poczuł jedynie jego prymitywną podróbkę, generowaną impulsem elektrycznym, bezpośrednio w rdzeniu kręgowym. Realniejsze doznania można było uzyskać operując na korze czuciowej, ale do tego soft potrzebował dodatkowej autoryzacji użytkownika. Mechanizm broniący przed oszustami. Robertowi nie pomógł. Fakt, że flirt Lotty był niczym więcej niż wynikiem algorytmów sztucznej inteligencji, mającej na celu pozyskanie nowych klientów, sprawił, że poczuł się zupełnie bezwartościowy. I cholernie samotny.
Po kilku godzinach irytujących, pesymistycznych myśli, podgrzewanych obrzydliwie gorzkim drinkiem, postanowił jednak wrócić do Sieci. Ale na innych, bardziej klasycznych zasadach. Użył ściany pokrytej magnetyczną farbą jako wyświetlacza oraz smartwatcha — otrzymanego w pakiecie przy Wznowieniu — jako interfejsu. Tracił pełne 3D, ale zyskiwał większą pewność, że nikt nie shackuje mu mózgu.
Ty razem nie szukał informacji o współczesnym świecie. Postanowił odnaleźć coś znanego. Kogoś, kto tak jak on, należał do reliktów przeszłości.
Life Lab. nie udostępnił listy Wskrzeszonych, jednak udało mu się odszukać cenną wskazówkę. Ostatnia krioprezerwacja miała miejsce dwudziestego trzeciego lutego dwa tysiące dwudziestego trzeciego. On sam został zamrożony około pół roku wcześniej. Krionika full bio i neuro nigdy nie cieszyła się dużą popularnością, ale to najwyraźniej pewne przełomowe i bardzo niewygodne odkrycie z końca drugiego dziesięciolecia ubiegłego wieku, doprowadziło do jej ostatecznej śmierci.
— Bardzo czarny PR — mruknął pod nosem Robert.
Z jednej strony nic dziwnego, że firmom krionicznym zaczęło brakować funduszy, gdy wyszło, że poprzednie trzy czwarte wieku spędzili bawiąc się w pionierów ekstremalnie drogiej mumifikacji. Już w dwa tysiące osiemnastym internet wybuchnął informacją, że wszystkie prezerwacje to pic na wodę i wielbicieli ekscentrycznych form pochówku nie da się przywrócić do życia. Owszem, może i nawet dość rozsądny procent potencjalnych klientów, zrozumiał, że nowa, opracowana w Life Lab. metoda, daje dużo większą szansę na sukces, ale nowe, o rząd wielkości wyższe ceny, na pewno nie poprawiły notowań przedsiębiorstw oferujących usługę. Przez te parę lat kilka, może kilkanaście osób dołączyło do programu, jednak były to ostatnie podrygi umierającego. Przy cenach rzędu milionów grupa zainteresowanych zwęziła się do może kilkudziesięciu miliarderów z całego świata, z których i tak większość musiała się wykruszyć. Zwłaszcza w obliczu dużo ciekawszej wirtualizacji, a także prężnie rozwijającym się metodom przedłużania życia.
W rezultacie tego splotu wydarzeń, wyglądało na to, że Robert był jedną z ostatnich osób, która skorzystała z usługi. Informacje znalezione w rejestrach dwóch, utrzymujących się do dzisiaj firm, zdawały się potwierdzać jego przypuszczenia:
2022:
pacjentów neuro: 2
pacjentów bio: 1
2023:
pacjentów neuro: 1
“Hibernauci”, zgodnie z zaleceniami duchowego ojca krio — Jamesa Bedforda — byli kolejkowani metodą FILO1, co oznaczało, że obecnie żyje jedna istota, która — poza nim — pamięta początek dwudziestego pierwszego stulecia.
To musiał być miliarder, którego nazwisko z pewnością budziło emocje tysięcy, jeśli nie milionów współcześnie mu żyjących. Mimo to Robert nie miał pojęcia kto. Dane osobowe nie były podawane do informacji publicznej, a jeżeli delikwent wyraźnie zastrzegł swoją tożsamość — i zatroszczył się, by nie wyszła na jaw jednym z bocznych torów — nie było możliwości odnaleźć w Sieci choćby wzmianki o nietypowej formie “pochówku”. Od niechcenia zapytał o osoby, które zmarły w okresie między jego zgonem, a zamknięciem programu, a których majątek był wyceniany na minimum pół dużej bańki. Znalazło się kilka nazwisk, jednak żadne nic mu nie mówiło. A przynajmniej nie na tyle, by stwierdzić, że ta osoba skorzystała z dobrodziejstw krioniki. Nie kojarzył by kogokolwiek z nich spotkał.
Spróbował więc innej drogi. Drzewo genealogiczne. Najprostszy sposób na pseudo-nieśmiertelność człowieka, jeszcze sprzed ery prezerwacji. Niestety Rob nie doczekał się żadnego dziecka, więc pozostało mu szukanie po potomkach jego kuzynów. Nie spodziewał się wiele po rozwodnionej krwi i gdy na ścianie pojawiły się zdjęcia kilkunastu osób różnych nacji, wieku, a nawet koloru skóry, stwierdził, że całe to poszukiwanie jest tak liche jak jego nowe ciało. Nie miał nic wspólnego z tymi ludźmi. Znalezienie tematu do rozmowy byłoby problemem, co dopiero zaplanowanie dziwnego i niezręcznego spotkania.
Westchnął ciężko, przeciągając się. Sięgnął po elektroniczną lufkę i zagestykulował, z zamiarem znalezienia czegoś, przy czym mógłby się odprężyć. Wyszukiwarka osób uparcie nie współpracowała. Zamiast przejść do tła, wyrzuciła nowe okno, z kłującym oczy pytaniem, dodatkowo odczytanym przez irytujący syntezator mowy:
Chcesz poprawić jakość wyszukiwania? Wyraź zgodę na użycie próbki DNA.
Rob zaklął znużony. Zawahał się jednak i nie wysłał aplikacji w diabły. Co mi szkodzi, pomyślał i przyłożył palec do wielofunkcyjnego ekranu smartwatcha.
***
Bał się poruszyć. Przez długą chwilę po analizie wyników wręcz wstrzymywał oddech. To sen, z którego wybudzić może nawet drgnienie powiek. Robert Ratajczyk miał syna. Gentotyp zgodny do pięciu miejsc po przecinku. Jego dziecko urodziło się czternastego lipca dwa tysiące osiemnastego. Gdy zginął, mały Tomasz Wilk miał zaledwie dwa i pół roku. Jego matką była polska aktorka, z którą Robert spotykał się przez większość siedemnastego.
***
Jak zawsze obudził się pierwszy. Sięgnął po smartfona na wezgłowiu łóżka i wyłączył alarm, który miał się uruchomić za niecałe pięć minut. Rozejrzał się po sypialni. Oprócz ogromnego łóżka nie znajdowało się tu praktycznie nic. Małe nocne biurko, nieużywana paleta malarska, porzucona w nieładzie pod oknem. Kilka zdjęć, uwieczniających Izę, zaburzało idealną, białą pustkę ścian. Wewnętrzne rolety delikatnie przepuszczały światło poranka. Zapowiadał się słoneczny i ciepły dzień. Przeszło mu przez myśl, że to cholernie niezwykłe dla tego niezrozumiałego, smutnego kraju. Nawet, gdy kalendarz wskazywał na środek kwietnia.
Wreszcie spojrzał na łóżko. Nie potrafił nie uśmiechnąć się na widok odsłoniętych pleców dziewczyny obok siebie. Kręcone blond włosy sięgały niemal do pasa. Zupełnie ginął w nich kark, barki i trochę zbyt chude ramiona. Robert niesamowitym wysiłkiem woli powstrzymał się, by nie przesunąć dłoni po jej idealnie opalonych biodrach i sięgnąć do miejsca, ukrytego między zaciśniętymi udami. Nie chciał jej budzić.
Ostrożnie wstał i wyszedł na taras. Z siódmego piętra hotelu roztaczał się zapierający dech widok na Hel i zatokę. Oparł ręce na barierce i zaciągnął się wiosennym powietrzem. W tym samym momencie Iza objęła go w pasie.
— Czemu się skradasz, hm? — szepnął, lekko odwracając głowę.
— Sprawdzam twoją czujność. — Dziewczyna uśmiechnęła się i cmoknęła go w usta. Miała na sobie białą koszulkę Roberta z logiem jego marki. Mogła w niej utonąć.
— Jakie plany na dzisiaj? — rzuciła po chwili ciszy.
Mężczyzna westchnął.
— Przeżyć — uśmiechnął się kwaśno.
— Oj, przestań! — Iza szturchnęła go lekko. — Będzie fajnie!
— Taa… impreza charytatywna i konferencja prasowa… Co tam jeszcze było?
— A właśnie, miałam ci przypomnieć! Dziś o siódmej bankiet u mojego reżysera. Musisz pójść ze mną!
Roberta przeszły ciarki na myśl o wszystkich celebrytach i paparazzi Europy Centralnej, których będzie musiał zdzierżyć tego wieczoru.
— Izuś, ja jestem na wakacjach… — dorzucił do swojego tonu kilka błagalnych nut.
— No, nie daj się prosić!
Dziewczyna obróciła go w swoją stronę. Przylgnęła do niego całym ciałem, zagryzając dolną wargę. Przez ciało Roberta przeszła elektryzująca fala ciepła. Nie musiał odpowiadać. Oboje wiedzieli, że Iza i tak postawi na swoim. Nie odrywając od siebie ust, w mgnieniu oka wylądowali z powrotem w łóżku.
***
Wiosna i lato rozpłynęły się wśród podobnych chwil. Zmieniło się z początkiem jesieni. Iza zaczęła naskakiwać na niego, robić mu wyrzuty. Kpić z jego zachowania i braku odpowiedzialności. W końcu stwierdziła, że to nie ma sensu i zerwała kontakt. Teraz zrozumiał, że moment ten pokrywał się z chwilą, gdy dziewczyna dowiedziała się o ciąży.
Nie miał pojęcia czemu Iza podjęła taką decyzję. Ani dlaczego okłamała go, że się zabezpiecza. Nie przypuszczał nawet, że może mieć dziecko z tą dziewczyną. Z drugiej strony, po ich rozstaniu, przestał się do niej odzywać. Fala wściekłości przeszła wzdłuż jego kręgosłupa. Tak silna, że aż zrobiło mu się gorąco. Dlaczego nigdy się nie odezwała?! Nie szepnęła, nie podrzuciła zdjęcia, które sprawiło, by poczuł się nieswojo; a być może nawet zazdrosny… Nie straszyła, nie żądała kasy, nie chwaliła się życiem osobistym w mediach. Czy to możliwe, że zdecydowała się nie mieć z nim nic wspólnego? Poza tym dzieckiem oczywiście!
Nie mógł tego zrozumieć. Gdy dotarło do niego, że już nigdy do tego nie dojdzie, wściekłość momentalnie opadła. Zmieniła się w rezygnację. I gorycz. Żal, że nigdy nie pozna swego jedynego syna, napełnił jego nowe serce uczuciem równie nieznanym i niezrozumiałym, co decyzja Izy, która doprowadziła go do tej chwili.
***
Kraków zmienił się. Choć nawet w połowie nie tak jak amerykańskie miasta. Tramwaje zyskały nową konstrukcję. Sunąc niemal półtorej setki na godzinę nad nadprzewodzącym szynami, dostał się do centrum w kilkanaście minut. Zgodnie z przewidywaniami z czasów swojego “zgonu”, obowiązująca polityka budowlana zatopiła miasto wśród osiedli i biurowców. Tylko ścisłe centrum miało immunitet. Nawet Kazimierzowi trochę się dostało. Do galopującej, piętrzącej się architektury, udało dostosować się infrastrukturę. Na szczęście. Miasto wydawało się o niebo lepiej skomunikowane niż sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Superszybkie tramwaje łączyły istotne miejsca, zaś osobowe statki powietrzne sunęły na wysokościach od dwudziestu do stu metrów nad poziomem ulic. Na drogach ruch wciąż istniał, jednak jego gęstość w końcu była rozsądna. Większość stanowiły identyczne, małe, inteligentne samochody, wypożyczane na godziny. W końcu nastały czasy, gdy mieszkańcy zrozumieli, iż posiadanie własnego pojazdu to nie luksus, a przekleństwo. Mimo potrojonej liczby mieszkańców, poprawił się również stan powietrza w Krakowie. Wreszcie dało się oddychać, a nocą — również dzięki nowym przepisom energetycznym — ponoć było widać gwiazdy w ilości większej niż liczba palców u obu rąk.
Wysiadł zaraz przy cmentarzu. Przystanek od bramy oddzielał jedynie niewielki parking, przy którym rozstawione były stoiska z kwiatami i zniczami. Pewne rzeczy się nie zmieniają, pomyślał; jednak gdy dotarło do niego, że wszystkie sklepiki są zupełnie autonomiczne i pozbawione jakiegokolwiek ludzkiego nadzoru, już nie był taki pewien. Wziął znicz elektryczny z baterią słoneczną i skromny wieniec, z nazbyt patetycznym — jak na jego gust — napisem:
“Nie wszystek umrę”
Zapłacił zbliżając chip identyfikacyjny do czytnika.
Mimo, że nigdy wcześniej nie był na Cmentarzu Podgórskim, od razu wiedział, dokąd iść. Gdy odnalazł wyblakły symbol kwatery Ω, skręcił w zapuszczoną, wąską alejkę. Zrozumiał, że obecnie była to już nieeksploatowana, zapomniana część. Daty na grobach zamykały się raczej w dwudziestym pierwszym stuleciu. Już od dziesięcioleci większość decydowała się na spalenie w jednym z gigantycznych, chemicznie czystych krematoriów. Rodzina mogła powspominać zmarłego w przeszklonych salach odwiedzin, gdzie pod logami wielkich korporacji, każdy mógł liczyć na pełen serwis, wliczając w to obiad, drinki i multimedia z nieboszczykiem w roli głównej. Bardziej tradycyjne osoby decydowały się na pochówek w klasycznej nekropolii, jednak dla oszczędności miejsca, chowało się jedynie urny z prochami zmarłego. Cała rodzina w jednym grobie: optymalizacja na miarę dwudziestego drugiego wieku. Kwatera Ω była ostatnią na Podgórskim, gdzie spoczywały ludzkie zwłoki.
Bez problemów odnalazł skromny grób, na którym widniał napis:
Tomasz Wilk
14. lipca 2018 — 30. listopada 2099
Obok zdjęcie przystojnego, eleganckiego mężczyzny — z pewnością starszego niż Robert. Tomasz miał na nim ciemne, półdługie włosy, niebieską koszulę i nonszalancko zarzuconą marynarkę. Poza zdjęciem tablica pamiątkowa była pusta. Żadnego cytatu, zero epitafium w jakiejkolwiek postaci.
Rob złożył wieniec na środku nakrywy. Znicz położył w prawym rogu, zaraz pod tablicą. Po drugiej stronie stał drugi, podobny.
— Dobry wieczór, panu. — Rob niemal podskoczył na dźwięk głosu.
— Dzień dobry — odparł z trudem. Jego polski nawet przed śmiercią był kiepski.
Przy grobie stanął starszy mężczyzna, na oko ponad siedemdziesięcioletni. Rob dopiero później zrozumiał, że facet był o blisko dwie dekady starszy. Wysoki, mimo wieku, wyprostowany, posiwiały staruszek, wyglądał jak starsza wersja Tomasza Wilka z nagrobnego zdjęcia. Mężczyzna położył na płycie skromną świeczkę. Zdjął rękawice i wyciągnął zapałki. Udało mu się odpalić dopiero przy trzeciej próbie. Przesunął, płonący słabym światłem znicz, pod samą tablicę i powoli się przeżegnał. Rob patrzył w niego jak zahipnotyzowany.
Nie wystarczyło mu odwagi, by poczekać aż starzec skończy się modlić. Nie miał pojęcia, jak powinien odpowiedzieć na pytanie, które — był tego pewien — padłoby z ust tamtego. Zrobił niedbały znak krzyża i położył dłoń na płycie. Pierwszy i ostatni raz. Czując coś silniejszego i istotniejszego niż wszystko co przeżył do tej pory, pożegnał staruszka skinieniem i szybkim krokiem ruszył w stronę cmentarnej bramy.
***
Jak przypuszczał, mężczyzną był jego prawnuk. Sieć była co do tego przekonana, tym razem obyło się bez analizy porównawczej genotypów. Najwyraźniej z dziadkiem łączyła go silna więź, wyraźna nawet grubo ponad pół wieku po śmierci Tomka.
To krótkie, nieme spotkanie, rozbiło go do reszty. Zakopany w łóżku czterogwiazdkowego, krakowskiego hotelu, tonął w melancholii. I morzu whisky. Udało mu się nawet dorwać prawdziwe papierosy. W poprzednim życiu unikał ich jak ognia. Teraz kosztowały fortunę i wcale mu nie smakowały, ale palił jak smok. Czuł się jak ostatni człowiek na całej planecie. Dwudziestowieczny alkohol i gryzący w oczy, rakotwórczy dym, pasowały do tego stanu idealnie.
Przez kilka dni, które spędził w mieście, nie wyszedł z pokoju. Prawda, skusił się na kilka atrakcji współczesnego świata, jak aplikowane prosto w rdzeń mózgu dragi. Lub prostytutki-androidy. Lecz ani hiperrealistyczny, kontrolowany odlot, ani boginie seksu bez zobowiązań, nie zdołały rozpalić w nim choćby iskry wiary w dwudzieste drugie stulecie.
***
Czwartego dnia pobytu, gdy zdołał nieco otrzeźwieć, zaczął myśleć o wyjeździe. Mógłby udać się gdzieś w dzicz (może takie miejsca jeszcze istniały?) i żyć sam dla siebie. Utrzymywać się z pracy własnych rąk, jak jego przodkowie sprzed czasów wirtuala, internetu i elektryczności. Ucieczka wydawała się dobrym pomysłem. Wracać nie miał wszak do czego.
Z rozmyślań wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Ciężko zwlókł się z łóżka i poszedł otworzyć. Za progiem stała kobieta w średnim wieku. Postura przeciętna, blond włosy, twarz raczej ciekawa niż piękna.
— Robert Ratajczyk? — zapytała tylko. Pokiwał głową. Czekając na dalszy ciąg, nie wpuścił jej do środka.
— Eemm… no dobrze. Nie myślałam, że to będzie takie dziwne. — Na twarzy kobiety odmalowała się mieszanka złości i niepokoju. — Jestem Liz Black. Choć może wtedy przedstawiłam się jako… Azul Amber. Poznaliśmy się… nie, raczej tego nie pamiętasz.
Nastała chwila niezręcznej ciszy. Ale pamięć Roba działała lepiej niż kiedykolwiek. W jej zakamarkach odnalazł enigmatyczną i nieco ekscentryczną kobietę, którą poznał na jednej z imprez, odbywających się w jego rezydencji nad Morzem Śródziemnym. Wtedy, w swej arogancji, nie rozpoznał w niej wpływowej prezes jednej z ówczesnych korporacji.
— Prawie sto pięćdziesiąt lat temu. — Mężczyzna po raz pierwszy od wielu dni pozwolił sobie na uśmiech. — Pamiętam. Wejdź proszę.
— Mam nadzieję, że tym razem znajdziesz dla mnie więcej czasu niż wtedy — rzuciła kobieta ironicznie, lecz bez złości. Wyglądała jakby zrzuciła z siebie stukilowy ciężar.
Jej rozmówca zaśmiał się krótko.
— Przepraszam za tamto. Ale to było w poprzednim życiu. Myślę, że teraz będzie zupełnie inaczej. W gruncie rzeczy… chyba znajdziemy całkiem sporo wspólnych tematów.
***
Kobieta zdjęła z głowy półprzezroczystą obręcz. Odgarnęła kosmyk prostych, czarnych włosów. Kraków widziany z lotu ptaka zastąpił widok ciemnego, dużego pomieszczenia, o nisko zawieszonym suficie. Kilkanaście pracujących w nim osób stało, poruszało się lub siedziało z podobnymi opaskami na oczach. Część pisała na klawiaturach unoszących się zaraz pod palcami, część gestykulowała. Niektórzy beznamiętnym głosem rzucali zwięzłymi komendami.
Do pomieszczenia wszedł mężczyzna w średnim wieku. Włosy przyprószone siwizną, przeciętny wzrost, raczej licha postawa. Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Poza oczami. W lewym oczodole miał implant, brzydko zrośnięty z głęboką blizną, biegnącą w stronę ucha. Prawe oko, stalowe i zimne, patrzyło gdzieś w dal, prześwietlając pracowników, statek i znajdującą się za nim planetę.
— I jak? — zapytał tylko.
— Sukces, Martin. — Kobieta rozpromieniła się. — Adaptacja wirtualizacji obiektów 0220211RRAT i 0230606EBLA zakończona powodzeniem. Awatary przeszły aklimatyzację.
— Świetnie. To ostatni?
Podwładna skinęła głową.
— W takim razie czas na nas. Uruchamiam procedurę startową.
Wzrok mężczyzny odpłynął na moment. Źrenica schowała się w kąciku oka, implant zapalił się na niebiesko. Po sekundzie wszystko wróciło do normy. Siła bezwładności delikatnie docisnęła go do podłogi. Cichy szum rozgrzewających się silników wypełnił pomieszczenie. Martin minął ekrany taktyczne i współpracowników, powoli ściągających opaski. Podszedł do przedniej ściany i wykonał zamaszysty ruch dłonią. Powierzchnia stała się przeźroczysta. Za nią malały zniszczone domy, powalone biurowce i martwe fabryki. Na obskurnych, zapuszczonych ulicach walały się pozostałości pojazdów.
Pośród zgliszcz próżno było szukać ludzi, zwierząt. Nawet zieleni roślin. Statek przyspieszył, a jałową Ziemię zakryły ciężkie, toksyczne chmury. Już nikt więcej nie miał oglądać jej oblicza.
Andrzej Wronka
1 FILO (ang.: First In Last Out) — pierwszy wchodzi, ostatni wychodzi; system obsługi kolejek.

„Ostatni” – Andrzej Wronka
Opowiadanie „Epitafium” jest częścią elektryzującej książki autorstwa Andrzeja Wronki, zatytułowanej „Ostatni”.
Czym jest „Ostatni”?
To kilka świeżych opowieści w konwencji fikcji bardziej naukowej niż fantastycznej.
Poznajcie różne oblicza przyszłości, w której nie zawsze dominują jasne barwy.
Więcej informacji o książce i sprzedaży:
www.facebook.com/lastman87/
Wersję elektroniczną możecie zakupić na Świat ebooków:
www.swiatebookow.pl/ebooki/ostatni
Andrzej Wronka – słowo o autorze i kontakt:
Andrzej Wronka urodził się w 1987 roku.
Na co dzień tworzy niebezpieczne oprogramowanie dla graczy, tłumiąc w sobie tęsknotę za fizyką teoretyczną. W wolnym czasie tworzy, niszczy i ratuje światy – niekoniecznie w tej kolejności. Mieszka w Krakowie.
Z pisarzem możecie skontaktować się przez Facebooka lub e-mail: ostatni@lastman.pl
Artykuł powstał przy współpracy z Andrzejem Wronką w ramach naszej oferty promocyjnej.
Zobacz także: