Opowiadanie SF: „Ostatni pionier”
OSTATNI PIONIER
Rozdział VII
Frost siedział w Fantomie, przygotowując go do odpalenia. Nie pamiętał za dobrze jak się w nim znalazł. W pamięć wryte miał obrazy, które wypierały wszystkie inne – zbliżającą się do niego falę uderzeniową, a zaraz potem oplatający go kokon tutejszej roślinności. Z tymi roślinami czuł przedziwną więź – jakby prymitywną, na poziomie samego instynktu. Być może to efekt symbiotycznego połączenia, jakie bez wątpienia nastąpiło między nim, a kwiatami, gdy przebywał w kokonie? Obecnie działał podświadomie, ufając wewnętrznym podpowiedziom, które nakazywały mu jak najszybciej opuścić planetę. Nie był pewien, z czego wynikał ten pośpiech, ale nie zamierzał teraz walczyć z myślami. Jak najszybciej chciał ponownie znaleźć się na orbicie, z dala od tej potwornej groty. Nic innego nie miało teraz znaczenia.
Dawid mechanicznie wykonywał wyszkolone wcześniej zadania. Jego palce latały po klawiszach pulpitu, jak zaprogramowane. Start Fantoma był coraz bliżej.
Lądownik znajdował się pod powierzchnią ziemi, w grocie zaślepionej od góry krystalicznym wieczkiem. Dawid jednak nie obawiał się startu. Mało tego – był pewien, że miał się powieść, nawet gdyby statek był rozhermetyzowany, a jemu zabrakło tlenu w skafandrze. Ślepa wiara i ufność – to tym kierują się zwierzęta wprowadzane do rzeźni. Frost miał nadzieję, że w jego przypadku instynkt nie będzie aż tak zawodny.
Nastąpiło krótkie odliczanie. Półprzezroczysta powłoka, przykrywająca grotę, zaczęła – jak na zawołanie – pękać i kruszyć się. Kryształki traciły swą zwartą konsystencję i każdy z nich kolejno odłączał się od reszty, jakby cała struktura zwyczajnie obumierała. Dawid słyszał deszcz organicznych form rozbijanych o kadłub lądownika.
Wtem poczuł wstrząs odpalenia silników, przeciążenie wgniotło go w niewygodny fotel. Wpatrywał się w ekran kamery skierowanej na tył statku. Krajobraz częściowo zasłaniała drgająca dysza jednego z silników, która wypluwała strumienie płonącej materii. Obok tego spektaklu mignął wlot do groty, potem potężne pole dziwacznie kołyszącej się roślinności, jakby machającej Dawidowi na pożegnanie.
***
Lot przebiegł gładko i bez żadnych komplikacji.
Astronauta znalazł się w doku statku-matki. Pośpiesznie wszedł na mostek i dosłownie zwalił się na fotel pilota.
Przed oczami miał błękitne półkole planety UM-006. Postanowił, że nie wstanie stąd dopóki nie poukłada sobie wszystkiego w głowie.
Zaczął od chwili, gdy ponownie ujrzał kawał skały, przedzierającą się przez atmosferę planety. Upadek meteoru miał bez wątpienia miejsce – myślał – ale nie ma takiej opcji, aby zdarzyło się to dwukrotnie i to w ten sam sposób…
Któryś z tych impaktów musiał być halucynacją lub czymkolwiek innym, tylko nie prawdą.
Sprawdził pośpiesznie wiadomości jakie matka otrzymała z powierzchni UM-006. Był tam automatyczny sygnał od robotów informujący o zakończeniu programu, raport Dawida o bezpiecznym lądowaniu, nagrana przez niego projekcja testowa oraz jeszcze jedna – oznaczona numerem 2. Widocznie była to pierwsza projekcja wykonana automatycznie przez roboty.
Dawid omal nie urwał krzesła, gdy ruszył w poszukiwaniu czystego nośnika. Chwilę później nagrany już kryształ umieścił w projektorze i wszedł do tlącej się zielenią bańki.
Jak się okazało, projekcja numer 2 była idealną kopią projekcji 26 i została urwana w tym samym momencie, gdy fala uderzeniowa dotarła do rejestratorów.
Dawid poczuł fale nawracających wspomnień, jakby ktoś w jednej chwili zdjął mu blokadę neuronową. Minione zdarzenia, jakie teraz sobie przypomniał, były jakby wspomnieniem innej osoby. Przeplatały się ze świeżymi, niedawnymi wątkami, a często nawet jedne zaprzeczały drugim. Dawid szybko się pogubił. Nie wiedział, które wspomnienia są prawdziwe, a zatem którym powinien zaufać.
Przypomniał sobie świat i siebie samego oczarowanego projekcją 26. Wspominał schody jakie pokonał, aby umożliwiono mu ponowny lot na UM-006, planetę dotkniętą katastrofą kosmiczną.
Jednocześnie jednak męczyło go wspomnienie, iż to nie ta projekcja zmotywowała go do przylotu tutaj, a on nie był – jak mu się wydawało – desperatem ratującym dobre imię ludzkiej eksploracji, lecz tylko jednym z astronautów instytutu MOK, w dodatku ostatnim, który miał wykonać misję przed wprowadzeniem systemu pełnej automatyzacji holorejestratorów.
Z każdą wolno upływającą minutą przekonywał się, że projekcja 26 nigdy nie istniała, a on jej odpowiednik – czyli projekcję numer 2 – dopiero miał dostarczyć na Ziemię. Czas popularności UM-006 miał dopiero nadejść, a Dawid wrócić na ojczystą planetę, jako ostatni z „nadzorców”. Wraz z ich epoką miała zakończyć się era załogowych Fantomów, na rzecz nowych autonomicznych maszyn, wypierających człowieka ze zbędnego elementu podróży kosmicznych.
Dwie przeplatające się, nachodzące na siebie obrazy rzeczywistości, bijące się w umyśle jednego człowieka. Dawid musiał zdecydować, która była właściwa, aby nie zwariować.
Fakty były niezaprzeczalne – komputer pokładowy otrzymał holozapis oznaczony numerem 2. Rejestratory wykonały swój program – dokonały zapisu zderzenia, nie miały możliwości powielania czegokolwiek. Zapis nr 2 musiał być zatem oryginałem, a projekcja 26 nigdy nie mogła istnieć. To zatem Frost musiał stać na polu roślinności, gdy spadł meteor. To on był „nadzorcą” pierwszej misji na UM-006…
Czemu nie zginął, tylko stąpał teraz po pokładzie matki?
Powinien zapomnieć o obrzydzeniu, jakie wywoływało w nim wspomnienie o oplatających ciało, oślizgłych pnączach, gdyż to właśnie im musiał zawdzięczać przetrwanie. Podobnie, jak specjaliści na Ziemi, Dawid traktował tutejsze kwiaty tylko jako roślinność. Wszyscy byli w błędzie. Czy zwykłe rośliny potrafiły wyczuć zagrożenie i umiały na nie zareagować? Tu nawet nie może być mowy o prymitywnym instynkcie, lecz o złożonej inteligencji, potrafiącej dokonać oceny sytuacji i zdolnej do podjęcia działań, które skutecznie chroniły nie tylko ją, ale nawet przedstawiciela obcego gatunku.
Uratowanie Frosta nie sprowadzało się tylko do ochrony przed falą uderzeniową. Coś, co kierowało przedziwnymi okwiatami i mogło wpływać na ruch wystrzeliwanych nasion – jak nazwał je Dawid – ukryło, wraz z człowiekiem, jego pojazd oraz przede wszystkim szklarnię, zapewniając jeszcze rozrost tlenodajnej roślinności. Grota, w której przebywał Frost musiała zatem pełnić taką samą funkcję, jak jego baza na powierzchni. Kokon z pnączy chronił ciało Dawida przed chłodem, a może nawet wytwarzał odpowiednią bańkę ciśnieniową.
Rośliny zadały sobie sporo trudu, aby zachować przybysza przy życiu. Powodzenie tego, chyba niespotykanego w dziejach planety, przedsięwzięcia świadczyło o w pełni świadomej, zaawansowanej formie życia, czającej się gdzieś wewnątrz krystalicznej gleby.
Śmieszne bulwiaste roślinny musiały być zatem niewielką częścią potężnej całości, nie tylko skrytej pod powierzchnią planety, ale nawet przed czujnikami satelit, badających planetę z orbity. UM-006 skrywała organiczną cywilizację, która zapewne tysiącami lat dojrzewała i ewoluowała do obecnej postaci. Być może astronaucie było dane poznać tylko mały wycinek jej możliwości.
Dawid wyobraził sobie potężne podziemne komnaty wyżłobione pracą pnączy, wypełnione niezrozumiałymi dla człowieka matowymi tworami, wykonanymi z tych oblepiających wszystko nasion i otoczonych polem setek tysięcy współmyślących, kołyszących się makówek.
Być może siła tego organizmu była tak duża, że wkradnięcie się w czyjeś myśli nie stanowiło dla niego żadnego problemu. Dawid nie widział innego wytłumaczenia swojej dwuwarstwowej pamięci. To rośliny musiały namieszać mu w głowie, tworząc alternatywny świat, w którym funkcjonował aż kilkanaście fikcyjnych lat.
Jaki był cel ich działań i dlaczego nie wypuściły go z kokonu zaraz po katastrofie? Na te pytania zapewne nigdy nie pozna odpowiedzi. Być może chciały dobrze poznać nowy gatunek i świat, z jakiego pochodziły? A może pragnęły wgłębić się w specyfikę funkcjonowania w nim jednostki? Dawid nie mógł także wykluczać, że był tylko zabawką, która wpadła w roślinne ręce, ciekawostką dającą tylko chwilową frajdę. Może znudził się i pozwolono mu odejść?
Przypomniał sobie ten przedziwny monolog wypowiedziany jeszcze w grocie przez jego lustrzane odbicie. Uśmiechnął się, gdyż dopiero teraz pojął jego znaczenie – przynajmniej tak mu się wydawało. Zdaje się, że pokrzyżował plany nowych organicznych „przyjaciół”, którzy mimo wszystko pragnęli go zatrzymać na dłużej. Przedstawili mu bowiem świat jaki miał dopiero nastąpić – ze sztuczną eksploracją, z człowiekiem wycofanym z opcji podróży międzyplanetarnych. Gdyby pozostał w tym świecie biernym, zapewne utkwiłby w nim na zawsze, stając się nieświadomie królikiem doświadczalnym. Tymczasem znalazł lukę i z uporem maniaka dążył do jej wykorzystania. Wygrał walkę z samym sobą i co najważniejsze z obcymi, kierującymi wyimaginowaną rzeczywistością.
W fikcyjnym świecie doprowadził do lotu na UM-006, który mógł być metaforą – niezbędną drogą do odzyskania pełnej kontroli nad własnymi myślami i ciałem. Rośliny przegrały ten pojedynek i wycofały się, pozwalając mu wrócić na orbitę.
Dawidowi trudno było w to wszystko uwierzyć. Patrzył na ostatnie wydarzenia z perspektywy dopiero co wybudzonego ze śpiączki, któremu bardziej rzeczywisty wydaje się świat majaków sennych. Była to niezwykła przygoda, z wyjaśnieniu której będą musieli stawić czoła jajogłowi na Ziemi.
Astronauta czuł zmęczenie, musiał się chociaż na chwilę zdrzemnąć. Szybko sprawdził sprawność systemów i znów zobaczył kojącą zieleń odczytów holoprojekcji. Ustawił autopilota na zaprogramowany jeszcze na Ziemi program powrotu i zatwierdził proces. Osłony powolnie zasłaniały obraz świetlistego łuku UM-006. Za kilka minut statek wyrówna pozycję, a silniki odpalą trawiąc resztę pozostałego w zbiornikach paliwa. Statek stopniowo osiągnie trzecią prędkość kosmiczną i opuści układ z błękitną gwiazdą w centrum.
Frost walczył z opadaniem powiek, tak długo jak potrafił. Gdy wszystko przebiegało zgodnie z wytycznymi, przeszedł do sypialni i wpadł w silny uścisk Morfeusza.
***
Znaną astronaucie dolinę na UM-006 wypełniło po brzegi pole bulwiasto zakończonych roślin. Tutejszy las rósł w oczach. Łodygi, rzucające niespokojnie makówkami, pięły się nieprzerwanie w górę, jakby chciały dosięgnąć granatowych chmur. Zatrzymały się, tworząc falującą szczecinę o imponujących rozmiarach ziemskiego wieżowca.
Roślinna inteligencja była przekonana o popełnionym błędzie i w ostatniej chwili, gdy jeszcze wyczuwała obecność niedawnego przybysza, zamierzała go naprawić.
Dolinę zalał szum tysięcy ocierających się o siebie kielichów, był donośniejszy niż jakikolwiek huragan, który niegdyś przepychał kryształy na powierzchni.
Rośliny tylko w znany sobie sposób wdarły się do oddalonego o setki kilometrów obcego umysłu. Przedzierały się przez wspomnienia w poszukiwaniu tych, którym pomogły powstać. Nie chciały skrzywdzić tej kruchej, dwunożnej istoty, wręcz przeciwnie. Nie mogły pozwolić jej odejść w czerń kosmosu z nachodzącymi na siebie, odrębnymi i samo zaprzeczającymi się wspomnieniami. Podczas tych kilkunastu dni poznały bowiem człowieka na tyle, aby wiedzieć, że ostatecznie nie mógłby uporać się z tak rozbieżnym ładunkiem pamięci. Ponieważ jednak nie potrafiły wyselekcjonować obrazów wygenerowanych przez siebie, postanowiły zatem pozbawić człowieka także części prawdziwych wspomnień.
***
Dawid spał twardo, jak jeszcze nigdy podczas trwania całej wyprawy. Utonął w sennych, nierzeczywistych obrazach, w których główną rolę – jakżeby inaczej – odgrywała roślinność na UM-006. Widział monstrualne pole popielatych i gładkich łodyg, które zdawały się sięgać nieba. Kołysały się nieprzewidywalnymi falami, a on czuł, że kołysze się razem z nimi, jakby był jednym z bulwiastych okwiatów, opartym na giętkiej i niemiłosiernie długiej łodydze. Sąsiednich łodyg przybywało i stawały się coraz wyższe, aż przysłoniły mu nieboskłon. Las wokół gęstniał, rośliny mnożyły się nieprzerwanie. Robiło się coraz ciemniej, a Dawid łagodnie zapadał się w tym gęstniejącym mroku. Po chwili nie widział już niczego prócz czerni.
Gdy się zbudzi nie tylko straci bezpowrotnie te kilkanaście lat alternatywnego życia, które przeżył wyłącznie w umyśle. Nie będzie także pamiętał krystalicznej, błękitnej powierzchni planety, ani samych roślin o bulwiastych główkach. Zapomni o mrocznej przygodzie w grocie i o roślinnej inteligencji. Pozostanie tylko „nadzorcą” powracającym z ostatniej załogowej misji planetarnej. Paradoksalnie – ostatnia, przekazana przez człowieka holoprojekcja, okaże się najbardziej spektakularną w historii Fantomów.
Przez długą podróż powrotną Dawid będzie miał sporo czasu, aby spróbować wyjaśnić skąd w pamięci statku znalazł się jego raport z powierzchni UM-006 oraz holozapis oznaczony numerem 2, skoro Dawid nie będzie nawet pamiętał lądowania na planecie…
Tamtejsza roślinna inteligencja potrafiła wpłynąć na ludzką pamięć, ale nie mogła już oszukać maszyn.
Marcin Świątkowski
<< Opowiadanie „Reaktor” | Wszystkie opowiadania SF
Bardzo dobre opowiadanie, świetnie się czyta, przygoda! :)
Przynudzanie opisami krajobrazu i zaczynanie od tychże opisów przestało być modne jakoś w roku 1887.
Dziękuję za opinię :). Zapomniałem wspomnieć na wstępie, że jestem z przeszłości i niedługo tam wracam ;).
Zaznaczę, że modę traktuję może nie lekceważąco, ale jednak z dużym dystansem. Co innego gdybym pisał dla zysku ;). Sądząc po ocenach opowiadania, na szczęście nie wszystkich zanudzam :).
„Ostatni pionier” jest wyjątkowo opisowym opowiadaniem, ale myślę, że z ciekawym przesłaniem. Jake – Tobie polecam inne moje opowiadania, jak np. „Tym, których to zainteresuje”. Pozdrawiam!
Podział na kilkuzdaniowce zniechęca. Coś „gryzie” w tekście, odrzuca czytelnika. Przynajmniej ja mam takie odczucie. Będę przyglądał się tej stronce… Ale życzę powodzenia i samozaparcia. Pisanie to trudny proces.
Bardzo dziękuję za opinię, życzenia i zrozumienie :). Jestem świadom tych zgrzytów zawartych w tekście, w wielu miejscach nie czyta się po prostu płynnie niestety. Pracuję nad tą naturalną płynnością swoich tekstów. Natura mi tego nie dała, zatem nadrabiam pracą :).
Świetne opowiadanie, ciekawy pomysł…pozdrawiam :)
Bardzo się cieszę, że się spodobało :). Pozdrawiam również!
taak, ciekawe
Dobre opowiadanie. Mam jednak jedno zastrzeżenie, ale tyczące się do wszystkich opowiadań: może by tak zrezygnować z nudnych, sztampowych i płaskich amerykańskich nazwisk, a spróbować czasem osadzić akcję wśród chociażby rodaków?:)
Pozostaje mi tylko przyznać się do nadmiernego 'zamerykazowania’ moich pierwszych opowiadań – cóż, to chyba pozostałości efektu szczenięcej fascynacji kinem SF spod znaku Hollywood. W późniejszych opowiadaniach się opamiętałem :), niedługo wszystkie będą dostępne na Alien Hive.
połączenie Matrixa z hmmm… Solaris? świetne :) pozdrawiam
Dziękuję.
Przyznam się szczerze, że inspiracją nie były wspomniane tytuły, lecz pewien odcinek „Z archiwum X” i książka „Fungus” H.A. Knighta :).