Opowiadanie SF: „Ostatni pionier”
OSTATNI PIONIER
Rozdział II
Właz zasunął się bezszelestnie. Frost spojrzał na kontrolkę potwierdzającą szczelność zamknięcia. Teraz w dół, na wdechu, gdyż tunel do stanowiska pilota skonstruowano chyba dla dziecka. Wytarł kurze, ale przedostał się. Sterownia lądownika nie była jednak przestronniejsza niż pokonany tunel. Fotel pilota ograniczał się do wyjątkowo wąskiego oparcia i twardego siedzenia. Gdy usiadł, wbiły mu się w biodra pokrywy generatorów mocy. Cóż, za reaktywację lądownika musiał wyłożyć z własnej kieszeni, więc nie powinien oczekiwać komfortu. Nie mógł skorzystać ze stosowanych aktualnie lądowników z prostych przyczyn – były dostosowane tylko do transportu maszyn oraz nie można było nimi sterować manualnie, a bez tego człowiek nigdy by do nich nie wsiadł. Brak zaufania? Raczej zwyczajna ostrożność.
Do misji Dawid musiał zatem wykorzystać Fantoma – pradawnej konstrukcji lądownik używany niegdyś do transportu zautomatyzowanych rejestratorów oraz ich „nadzorcy” – astronauty, który odpowiadał za prawidłowe zainstalowanie osprzętu na planecie. Oczywiście MOK za szczyt swojej ingerencji uznała zgodę na lot Frosta i udostępnienie statku-matki. Wszystkie opłaty związane z nadprogramowych lotem człowieka Dawid musiał pokryć z własnej kieszeni. Cóż, nigdy się nie oszukiwał, że wznowienie załogowych lotów kosmicznych nie będzie wymagało wyrzeczeń i to głównie w sferze finansowej.
Teraz nadszedł czas, aby odrestaurowany Fantom wysadził Dawida na niebieskiej planecie. Żadnego automatyzmu – sam musiał przypiąć się pasami, założyć hełm, objąć się wysięgnikami stabilizatora i przyciągnąć pulpit sterowniczy. Teraz w zasięgu ręki miał dziesiątki przełączników, mrugających kontrolek i drążek do sterowania „manewrówkami”. Żadnej jednak interaktywnej projekcji holograficznej, bez czego nie można było się obejść na statku-matce. Trudno jednak oczekiwać, aby ćwierć wieku temu stosowano taką technologię. Może mniej intuicyjne, toporne i z większym prawdopodobieństwem zawodności, ale jednak pozwoliło dawnym „nadzorcom” wylądować na blisko 50 planetach.
Spojrzał na rzędy lampek świecących uspokajającą zielenią.
– Wszystkie systemy aktywne i w pełni sprawne – powiedział do siebie.
Lądownik był gotowy do odłączenia. Jeszcze tylko sprawdzenie łączności z matką, wprowadzenie koordynatów i można zaczynać.
Wstrząs oznajmił odcięcie pępowiny, Fantom znalazł się w przestrzeni zdany już wyłącznie na umiejętności pilotażu Frosta. Ten spojrzał w wizjer nad głową. Statek iskrzący błękitną poświatą malał w zatrważającym tempie. Gwiazdy bladły, a boczne wizjery wypełniały się niebieskim łukiem planety. Dawid przygryzł wargę. Im bliżej był atmosfery, tym większy ogarniał go strach. Kilkadziesiąt misji w symulatorze nie mogło równać się z prawdziwym lądowaniem. Tutaj miał tylko jedną szansę podejścia i musiał ją wykorzystać. Ta świadomość dosłownie usztywniała mu mięśnie.
– Bądź otwarty, myśl pozytywnie! – powtarzał jak mantrę słowa instruktora.
Tylko raz w historii Fantomów lądownik nie przetrwał pierwszej fazy wbijania się w atmosferę planety. MOK nie mając podstaw do uznania tego za wadę ich sprzętu zrzuciła winę na błąd pilota. Skoro zatem wykwalifikowany kosmonauta nie potrafił odpowiednio ustawić kąta opadania, dlaczego miałby to zrobić zwykły marzyciel, któremu wpojono jedynie zestaw regułek i wrzucono do symulatora na przyśpieszony kurs przygotowawczy?
Frost zdławił szybko rodzące się wątpliwości. Nie po to wydał oszczędności swojego życia, aby teraz spłonąć w atmosferze.
Chwycił drążek. Wciąż był spięty, ręce miał zbyt sztywne od napiętych mięśni. Fantom obrócił się momentalnie, jednak za mocno. W wizjerze pod stopami Frosta błyszczały ogniki odległych gwiazd. Pulpit zamigotał czerwonym światłem, odezwała się syrena informująca o złym nachyleniu lądownika – jakby Dawid o tym nie wiedział.
Zamknął oczy, odetchnął kilkakrotnie głęboko i ponownie złapał za drążek. Tym razem płynny ruch i szybki obrót pojazdu o 180 stopni. Spojrzał na ekran trajektorii, poprawił kąt nachylenia, jeszcze jedna korekta i czerwona poświata sygnalizatorów znikła na dobre. W samą porę – do wejścia w atmosferę pozostało zaledwie 15 sekund.
Lądownik uderzył z impetem w naturalną zaporę, aż zajęczała stalowa konstrukcja. Monitory, podobnie jak cały pulpit miotały się we wstrząsach do tego stopnia, iż pilot nie mógł z nich nic odczytać. Spuścił z trudem głowę – wizjer pod stopami zamienił się w kulę ognia. Purpurowe języki opiekały również boczne wzierniki.
Frost zamknął oczy i złapał się za pasy przyciskające go do fotela. Zdziwił się, gdyż stanowczo za łatwo poddały się naciskowi. Kątem oka dostrzegł ruch, lecz wziął go za imitację spowodowaną wstrząsami. Spuścił wzrok i omal nie zemdlał z wrażenia. Siedział na stanowisku pilota kompletnie nagi, opleciony pełzającymi po ciele jakimiś organicznymi lianami grubości kija od szczotki, które przyciskały go do fotela chyba jeszcze skuteczniej niż powinny pasy bezpieczeństwa i wysięgniki stabilizatorów. W tym momencie nadszedł potężny wstrząs, jakby lądownik wpadł w kosmiczną dziurę. Dawid musiał na chwilę oderwać wzrok od ohydnego widoku, a gdy ponownie rzucił spojrzeniem w dół, po lianach nie było już śladu, a on siedział, jak powinien w skafandrze, wbijając palce w pasy bezpieczeństwa.
Nie miał najmniejszego pojęcia, co przed chwilą zobaczył. Przed lotem słyszał kilka historii o różnych wizjach wciskanym przed oczy zmęczonym samotnością nadzorcom, ale żadna z nich nie była nawet zbliżona do tej, przez którą właśnie przebrnął Frost.
Drgania straciły na intensywności i po chwili ustały. Dawid nie miał czasu, aby zaprzątać sobie dłużej głowę niepojętymi halucynacjami i szybko rzucił okiem na kontrolki. Znów pieściła wzrok zielona poświata – żadnych uszkodzeń, wszystko nadal działało prawidłowo. Znajdował się już w atmosferze planety, zatem udało się przetrwać najgorsze. Nagle usłyszał syk i wybuch. Chwilę potem żołądek podskoczył mu do gardła – lądownik wystrzelił spadochron, który złapał oddech planety. Teraz pozostało już tylko bezpiecznie poszybować ku powierzchni.
Może doświadczony astronauta potrafiłby w tej chwili odetchnąć i wyzbyć się wewnętrznego napięcia, ale Frost nie umiał tego zrobić. Nie mogło również poprawić sytuacji mało optymistyczne wspomnienie, które wciskało się Dawidowi w myśli, mimo iż starał się ze wszystkich sił je wyprzeć. Chodziło o historię kosmonauty Tao – oficjalnego największego pechowca w historii misji Fantomów. Ów nieszczęśnik po udanym przejściu lądownikiem przez atmosferę obcej planety, został zepchnięty przez wiatr do doliny wypełnionej po brzegi metanem. Łatwo można się domyśleć, jaką reakcję wywołały rozgrzane osłony Fantoma w tlenowej atmosferze. Lądownik nie mógł przetrwać tak silnej eksplozji i misja zakończyła się nistety niepowodzeniem w najtragiczniejszy możliwy sposób.
Dawid nadal z dużą niepewnością oczekiwał zatem kontaktu ze stałym gruntem. Według wskaźnika wysokościomierza – już za niespełna minutę lądownik miał zmierzyć się z powierzchnią UM-006.
Czytaj dalej – rozdział III >>
Bardzo dobre opowiadanie, świetnie się czyta, przygoda! :)
Przynudzanie opisami krajobrazu i zaczynanie od tychże opisów przestało być modne jakoś w roku 1887.
Dziękuję za opinię :). Zapomniałem wspomnieć na wstępie, że jestem z przeszłości i niedługo tam wracam ;).
Zaznaczę, że modę traktuję może nie lekceważąco, ale jednak z dużym dystansem. Co innego gdybym pisał dla zysku ;). Sądząc po ocenach opowiadania, na szczęście nie wszystkich zanudzam :).
„Ostatni pionier” jest wyjątkowo opisowym opowiadaniem, ale myślę, że z ciekawym przesłaniem. Jake – Tobie polecam inne moje opowiadania, jak np. „Tym, których to zainteresuje”. Pozdrawiam!
Podział na kilkuzdaniowce zniechęca. Coś „gryzie” w tekście, odrzuca czytelnika. Przynajmniej ja mam takie odczucie. Będę przyglądał się tej stronce… Ale życzę powodzenia i samozaparcia. Pisanie to trudny proces.
Bardzo dziękuję za opinię, życzenia i zrozumienie :). Jestem świadom tych zgrzytów zawartych w tekście, w wielu miejscach nie czyta się po prostu płynnie niestety. Pracuję nad tą naturalną płynnością swoich tekstów. Natura mi tego nie dała, zatem nadrabiam pracą :).
Świetne opowiadanie, ciekawy pomysł…pozdrawiam :)
Bardzo się cieszę, że się spodobało :). Pozdrawiam również!
taak, ciekawe
Dobre opowiadanie. Mam jednak jedno zastrzeżenie, ale tyczące się do wszystkich opowiadań: może by tak zrezygnować z nudnych, sztampowych i płaskich amerykańskich nazwisk, a spróbować czasem osadzić akcję wśród chociażby rodaków?:)
Pozostaje mi tylko przyznać się do nadmiernego 'zamerykazowania’ moich pierwszych opowiadań – cóż, to chyba pozostałości efektu szczenięcej fascynacji kinem SF spod znaku Hollywood. W późniejszych opowiadaniach się opamiętałem :), niedługo wszystkie będą dostępne na Alien Hive.
połączenie Matrixa z hmmm… Solaris? świetne :) pozdrawiam
Dziękuję.
Przyznam się szczerze, że inspiracją nie były wspomniane tytuły, lecz pewien odcinek „Z archiwum X” i książka „Fungus” H.A. Knighta :).