Opowiadanie SF: „Ostatni pionier”

12

 

 OSTATNI PIONIER

Rozdział III

 

Frost spodziewał się potężnego wstrząsu, tymczasem Fantom osiadł na planecie wyjątkowo płynnie i gdyby nie mrugająca uporczywie cyfra zero na wskaźniku wysokości, astronauta nadal sądziłby, że lądownik jest w trakcie opadania.
Nie marnował czasu i pośpiesznie zaczął wyplątywać się ze stabilizatorów. Nie zamierzał ponownie przeciskać się w pełnym kombinezonie przez wąski tunel, więc skorzystał z wyjścia awaryjnego. Właz otworzył się przy pomrukach serwomotorów. Na zewnątrz panowała szarówka, zwiastująca bliski wschód tutejszego Słońca.

 

Dawid ruszył, walcząc ze zwiększoną grawitacją. Wydawało mu się, że dźwiga na plecach stukilowego mężczyznę, ale nie był to powód, który mógłby go spowolnić. Musiał jak najszybciej opuścić blaszane wnętrze i chciał chyba zrobić to zbyt prędko, gdyż ciało straciło nagle oparcie, a astronauta dosłownie wypadł z lądownika. Upadł na plecy i boleśnie doświadczając pierwszego kontaktu z powierzchnią planety. Na pewno nie tak to sobie wyobrażał. Miał zejść na obcą ziemię z dostojnością godną zdobywcy, a nie uciekać w popłochu z lądownika, który przecież pozwolił mu bezpiecznie przejść przez atmosferę.

 

Najważniejsze, że wylądował. Kamienie wbijające mu się w plecy zupełnie mu nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie – cieszył go tak bliski kontakt ze stałym gruntem. Dopiero teraz poczuł się bezpiecznym. Wpatrywał się w niebo inne niż na holoprojekcji, gdyż pozbawione granatowych cirrusów. Nie miał ochoty się pozbierać i zabrać do pracy. Każdy, najmniejszy nawet ruch ręki boleśnie przypominał o grawitacji.

 

Jedna z anten na szczycie Fantoma zapłonęła nagle przedziwnym, blado niebieskim światłem. Na UM-006 miała nastąpić chwila, niedostępna na żadnej z holoprojekcji. Frostowi zatem, jako pierwszemu z ludzi, przypadł zaszczyt zobaczenia wschodu tutejszego słońca. Jeżeli Dawid szukał impulsu, który miałby go zmusić do powstania, właśnie go odnalazł. Szybko się pozbierał, lekceważąc dyskomfort wywołany bólem mięśni i spojrzał na horyzont.
Gwiazdę, tak jak na projekcji, zasłaniało jeszcze pasmo górskie. Znał je doskonale – szybko odnalazł trzy najbardziej charakterystyczne szczyty – położone blisko, strzeliste, przypominały widły postawione na sztorc.

 

Wschód był tutaj odmienny od ziemskiego. Zamiast bogatej palety odmian żółci i czerwieni, Frost obserwował barwną mieszankę kolorów niebieskiego i granatowego. Tutejsze słońce nie raziło też tak mocno jak na Ziemi. Gwiazda zdawała się mniejsza, a jej blask do złudzenia przypominał płomień spalanego metanu.
Frost rozejrzał się po okolicy. Była monotonna, niczym marsjańska pustynia, upstrzona kamieniami i przezroczystym pyłem. Chwycił najbliższy z większych kamyków. Był lekko matowy i przypominał kryształ soli. Podobnie zatem jak krystaliczne nasiona roślin podczas projekcji nabrały barw fali uderzeniowej, tak teraz pod wpływem światła gwiazdy cała powierzchnia lśniła błękitem. Miano błękitnej planety powinno się zatem odebrać Ziemi.

 

– Pora na rozładunek – szepnął.

 

Właz ładowni Fantoma rozłożył się jak kwiat. Frost uaktywnił zespół robotów, aby te samodzielnie opuściły lądownik, po czym przegrupowały się, zidentyfikowały miejsce lądowania, obrały planowany kierunek i ruszyły realizować nakreślony przez programistów plan. W planie tym nie było miejsca na stworzenie kopuły tlenowej, w której miałby przebywać człowiek. Dlatego Dawid na samym końcu uruchomił myślącą platformę – towarzysza, który „dobrodusznie” na swym grzbiecie miał dotaszczyć w docelowe miejsce najdroższy astronaucie sprzęt – butle tlenowe, racje żywnościowe, nasiona zmodyfikowanej genetycznie roślinności i namiot, wraz z osprzętem. Wszystko, od czego zależało życie Frosta, znajdowało się na tej niewielkiej, poruszającej się na gąsienicach platformie.
Mechaniczny tragarz zaskakująco sprawnie opuścił lądownik i nie czekając już na zezwolenie człowieka samodzielnie ruszył przed siebie. Dawidowi nie zostało nic innego, jak tylko podążyć za śladami gąsienic.

 

Szło się ciężko, mięśnie drżały nieprzyzwyczajone do zwiększonej grawitacji, a stopy zapadały się w błękitnym, krystalicznym żwirze. Maszyny nie zważając na człowieka brnęły niestrudzone do celu.
Po kilkudziesięciu minutach oczom Dawida ukazała się najsłynniejsza dolina wśród wszystkich skanowanych planet. Podobnie jak na projekcji, skrywała się w cieniu rzucanym przez wzgórza. Tym razem jednak nie była spowita mgłą, a w jej centrum – zamiast gęstego pola dziwacznej roślinności – triumfowała kamienista pustynia. Nie było śladu po dawnych rejestratorach – kataklizm zdmuchnął nieproszonych gości, a ich szczątki przykrył opadającymi hałdami ziemi.

 

Za kolejnym wzniesieniem, tuż za drugim brzegiem wymarłej niecki, skrywał się cel podróży Dawida – krater uderzeniowy. U jego stóp miał powstać tymczasowy dom astronauty. Ten, marząc już o ściągnięciu kombinezonu, nie zamierzał się ociągać i ruszył przed siebie.

***

Zbiornik tlenu pokazywał zaledwie 9% pojemności, gdy Dawid skończył składać ostatni moduł swojego nowego domu. Kształtem przypominał igloo – niewielka półkolista i srebrna kopuła, mniej więcej wielkości wyprostowanego astronauty, do której prowadziło łukowate wejście z podwójną śluzą ciśnieniową. Do centralnego, największego pomieszczenia doczepione były mniejsze, osobne kopuły, mające pełnić funkcję odpowiednio generatora mocy, laboratorium, przetwarzacza odpadów i szklarni, czyli rezerwy tlenowej, gdy skończą się zapasy przywiezionego powietrza. Sprawdził szczelność poszczególnych modułów, po czym uruchomił stabilizator ciśnienia i tlenu we wnętrzu niewielkiej kopuły. Po chwili przedarł się przez śluzy i sprawdził odczyt na skafandrze. Ciśnienie zostało wyrównane, poziom tlenu był odpowiedni, więc mógł nareszcie zdjąć mało wygodny uniform.

 

Powietrze było suche i sterylne, pozbawione jakichkolwiek zapachów. Gdyby tylko mógł, jak na Ziemi, otworzyć na chwilę okno i wpuścić tu świeży powiew…

 

Dawid był wykończony. Przetarł zroszone potem czoło. Miał dość wszystkiego. Teraz nawet kataklizm nie mógł go powstrzymać od położenia się w koi. Padł na śpiwór, tak jak stał. Zaiste był to dzień pełen emocji i ciężkiej fizycznej pracy. Dawida w objęcia Morfeusza pchało nie tylko zmęczenie, lecz również kojący szum mechanicznych mrówek, które niestrudzone instalowały na zewnątrz całą skomplikowaną instalację holorejestracyjną. One, w przeciwieństwie do Frosta, nie potrzebowały przerw, ani odpoczynku.

 

Czytaj dalej – rozdział IV >>

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 14 Średnia: 4.1]
Zobacz także
12 komentarze
  1. CMDR Kethrax

    Bardzo dobre opowiadanie, świetnie się czyta, przygoda! :)

  2. Jake

    Przynudzanie opisami krajobrazu i zaczynanie od tychże opisów przestało być modne jakoś w roku 1887.

    1. Marcin Świątkowski

      Dziękuję za opinię :). Zapomniałem wspomnieć na wstępie, że jestem z przeszłości i niedługo tam wracam ;).
      Zaznaczę, że modę traktuję może nie lekceważąco, ale jednak z dużym dystansem. Co innego gdybym pisał dla zysku ;). Sądząc po ocenach opowiadania, na szczęście nie wszystkich zanudzam :).
      „Ostatni pionier” jest wyjątkowo opisowym opowiadaniem, ale myślę, że z ciekawym przesłaniem. Jake – Tobie polecam inne moje opowiadania, jak np. „Tym, których to zainteresuje”. Pozdrawiam!

  3. licho

    Podział na kilkuzdaniowce zniechęca. Coś „gryzie” w tekście, odrzuca czytelnika. Przynajmniej ja mam takie odczucie. Będę przyglądał się tej stronce… Ale życzę powodzenia i samozaparcia. Pisanie to trudny proces.

    1. Marcin Świątkowski

      Bardzo dziękuję za opinię, życzenia i zrozumienie :). Jestem świadom tych zgrzytów zawartych w tekście, w wielu miejscach nie czyta się po prostu płynnie niestety. Pracuję nad tą naturalną płynnością swoich tekstów. Natura mi tego nie dała, zatem nadrabiam pracą :).

  4. Malgorzata

    Świetne opowiadanie, ciekawy pomysł…pozdrawiam :)

    1. Marcin Świątkowski

      Bardzo się cieszę, że się spodobało :). Pozdrawiam również!

  5. mirek

    taak, ciekawe

  6. D.

    Dobre opowiadanie. Mam jednak jedno zastrzeżenie, ale tyczące się do wszystkich opowiadań: może by tak zrezygnować z nudnych, sztampowych i płaskich amerykańskich nazwisk, a spróbować czasem osadzić akcję wśród chociażby rodaków?:)

    1. Marcin Świątkowski

      Pozostaje mi tylko przyznać się do nadmiernego 'zamerykazowania’ moich pierwszych opowiadań – cóż, to chyba pozostałości efektu szczenięcej fascynacji kinem SF spod znaku Hollywood. W późniejszych opowiadaniach się opamiętałem :), niedługo wszystkie będą dostępne na Alien Hive.

  7. Tomek

    połączenie Matrixa z hmmm… Solaris? świetne :) pozdrawiam

    1. Marcin Świątkowski

      Dziękuję.
      Przyznam się szczerze, że inspiracją nie były wspomniane tytuły, lecz pewien odcinek „Z archiwum X” i książka „Fungus” H.A. Knighta :).

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.