Film Obcy: Przymierze / Alien: Covenant – Recenzja

Obcy Przymierze – Recenzja Alien: Covenant (Prometeusz 2) – Dr. Gediman

Jeżeli po „Prometeuszu” reżyser Ridley Scott czuł rozczarowanie fanów cyklu o „Obcym”, to po swoim nowym filmie na pewno poczuje jeszcze bardziej wzmocnioną krytykę, tym razem jednak z dwóch obozów – zarówno zwolenników „Prometeusza”, jak i miłośników pierwotnej Sagi. Film może nie zadowolić ani jednych, ani drugich.

Scott w „Alien: Covenant” postanowił bowiem porzucić frapujące kwestie, poruszone w poprzedniej części serii i dotyczące rasy Inżynierów oraz okoliczności powstania inteligentnego życia na Ziemi.
Jeżeli od „Przymierza” oczekujecie uzyskania odpowiedzi na pytania postawione w „Prometeuszu” – zawiedziecie się. Rasa Inżynierów została bowiem brutalnie starta z kart scenariusza i niemal całkowicie pominięta w fabule filmu. Nie dowiedzieliśmy się o niej zupełnie nic.

Można wręcz stwierdzić, iż tym posunięciem Scott zakpił sobie z miłośników „Prometeusza”. W poprzedniej części stworzył dość intrygujący zarys obcej cywilizacji, by w kontynuacji ją pominąć i nic nie wyjaśnić. Kim byli Inżynierowie, czym była stworzona przez nich mutagenna substancja organiczna, dlaczego chcieli nas zniszczyć? Prawdopodobnie nigdy się już nie dowiemy, gdyż Covenant obrał zupełnie inny kurs.

Niestety, w „Obcym: Przymierze” nie dowiemy się także, czym były dziwne, mutagenne formy życia oraz inne Trilobity i Diakony, które wyniszczyły załogę statku Prometeusz i przedstawiciela rasy Inżynierów. Te formy zostały zapomniane i pominięte. W ich miejsce pojawiają się kolejne udziwnione, niebezpieczne formy życia i na dobrą sprawę nie wiadomo, dlaczego prezentują się tak, a nie inaczej.
Scott, zamiast udzielić nam mniej lub bardziej wyczerpujących odpowiedzi, zostawia widza z kolejnymi, nowymi pytaniami i potężnymi lukami fabularnymi…

Twórcy filmu postanowili obrać inny kierunek i powrócić, przynajmniej w teorii, do korzeni Sagi „Obcy”. „Covenant” nie tylko wraca do starcia kruchej, ludzkiej istoty z niebezpiecznym kosmicznym potworem, ale także wyjaśnia nam, jak powstała owa groźna forma życia.
Pozostaje jednak pytanie, czy naprawdę pragnęliśmy otrzymać odpowiedzi w tej kwestii? Obcy zawsze wzbudzał lęk wśród widzów, gdyż odzwierciedlał ich lęki, był wręcz materializacją sennych koszmarów oraz pozostawał nieodgadniony. Podsunięte nam rozwiązanie zagadki spłyca i wręcz trywializuje pochodzenie Ksenomorfa. Zapewniam, że miłośnicy pierwotnej Sagi będą mieli poważny problem, aby przyjąć podsunięte przez Scotta i spółkę rozwiązania.

Osobiście z tego też względu nie traktuję serii zapoczątkowanej „Prometeuszem” jako części Sagi i to niezależnie, czy w tytule filmu pojawia się magiczny zwrot „Obcy”, czy też nie, oraz jakie jest zdanie na ten temat samego reżysera. Nowe filmy Scotta odseparowuję od wcześniejszych części i powiem Wam, że takie rozróżnienie bardzo mi pomogło przetrwać dość jałowy seans „Covenanta”.

 

Jak już wspomniałem, reżyser postanowił porzucić frapujące kwestie dotyczące pochodzenia człowieka i skupił się mocniej na wątku stricte science-fiction, dotyczącym formy ewolucji sztucznej inteligencji. Najmocniej zyskała na tym postać, a w zasadzie dwie postaci, wybornie zagrane przez Michaela Fassbendera. Androidy stają się motywem przewodnim obu filmów, a ich znaczenie w zwrotach fabularnych i wydźwięk obu opowieści jest wręcz przeogromne.

Nie ukrywam, iż spodziewałem się innego rozłożenia akcentów fabularnych. Scott po „Prometeuszu” najwyraźniej dostrzegł jednak, jak wielki potencjał tkwi w postaci Davida i postanowił tchnąć w nią całą moc fabularną, w efekcie zaniedbując elementy poboczne.

Niezależnie od tego, czy film jako całość Wam się spodoba, czy też nie, najjaśniejszą jego stroną pozostaną postaci androidów i będziecie je dobrze wspominać.

Zanim przejdę do innych pozytywnych akcentów „Alien: Covenant”, skupię się na jego pozostałych negatywach. A naprawdę jest co wymieniać.

Jeżeli film „Prometeusz” drażnił Was lekkomyślnością (delikatnie mówiąc) członków załogi statku badawczego i trywialnym narażaniem się na niebezpieczeństwo, to niestety mam złe wieści – w nowej części jest tylko odrobinę lepiej w tej materii.

Załoganci Covenanta mają w głębokim poważaniu podstawową wiedzę naukową na temat niebezpieczeństw związanych z nieznanymi drobnoustrojami obcych światów. Bez jakichkolwiek zabezpieczeń wychodzą na powierzchnię odległej planety, pełnej obcej flory. Ocierają się i dotykają gołą skórą nieznanych im roślin, nie zważają na to, gdzie stają i co mogą naruszyć, myją się w tutejszej wodzie, dosłownie wciskają nos w obce formy roślinne i aż proszę się o szybką, bolesną śmierć w hektolitrach płynów ustrojowych, co, jak łatwo się domyśleć, funduje im Scott.

Procedury kwarantanny, czy też żenujące próby ich zastosowania wołają o pomstę do nieba. Czy widząc załoganta w stanie, przy którym ostatni etap gorączki krwotocznej wydaje się być śmieszną igraszką, wpuścilibyście go na pokład statku? Czy odcinalibyście zarażonych od siebie, gdybyście zostali opryskani krwią zarażonego? Oczywiście zdaje sobie sprawę, że człowiek będący w szoku, czy działający w dużym stresie może przestać zachowywać się racjonalnie, ale ludzie wysłani w kosmos powinni w mniejszym lub większym stopniu być przygotowani i przeszkoleni na niespodzianki i choroby na obcych planetach.

Nie będę szerzej komentował próby zabicia pierwszego pojawiającego się Neomorfa, gdyż jest to bliższe komedii niż teoretycznie poważnemu filmowi sci-fi.

Zastanawia również ignorancja załogi tycząca się rasy Inżynierów i lekceważenie napotkanych obcych budowli czy też losu, jaki ich spotkał. Członkowie wyprawy są wyjątkowo mało dociekliwi.

Kolejnym mankamentem jest nieumiejętne stopniowanie napięcia przez twórców filmu oraz porzucenie (świadome bądź nie) próby budowania grozy. Film jest szarpany, nierówny, mocne sceny przeplatane są dłużącymi się przerywnikami (patrz scena z fletem). Zabrakło twórcom konsekwencji i klarownego sposobu na prowadzenie narracji.

W efekcie, przykładowo przez pierwsze ok. 30 minut filmu jesteśmy w miarę spokojnie wprowadzani w atmosferę typowego, klasycznego science-fiction o eksploracji nowych światów, by dosłownie za pstryknięciem palców zostać wrzuconym w wir zdarzeń krwistego i „bezdusznego” slashera. Czystki w załodze Covenanta następują tak szybko i tak gwałtownie, że nawet nie zdążymy poczuć jakiejkolwiek więzi ze skąpo przedstawionymi postaciami, ba – nawet nie zdążymy poczuć jakiegokolwiek zagrożenia.

Rozumiem także, iż wszyscy już dobrze znamy postać Ksenomorfa i jakoby typowy mechanizm budowania grozy w przypadku tej postaci może się obecnie nie sprawdzić, gdyż doskonale wiemy, co wyskoczy z ciemnego zakamarka. Niemniej nie tłumaczy to wg mnie decyzji twórców o porzuceniu prób przestraszenia widza czy takiego budowania napięcia, aby pojawienie się kultowego stwora było momentem kulminacyjnym danej sceny. Ksenomorf pojawia się zatem bez żadnych ceregieli i podchodów, dokonując krwistej rzezi i niestety nie zostawiając żadnej „rysy” na widzu, ani nie dostarczając szczególnych emocji.

Zastanawiam się również, czy pojawienie się Neomorfa oraz jego odmiennego cyklu rozwojowego, było naprawdę konieczne i potrzebne? Niemniej trzeba stwierdzić, iż stwór ten wprowadził nieco świeżości, a sceny z jego udziałem są lepiej rozpisane i dostarczają większej dawki emocji niż ze starym, dobrym znajomym – Ksenomorfem.

Kolejna sprawa to zastanawiająco słabe CGI, czyli komputerowe przedstawienie postaci młodych form Neomorfa i dorosłego Ksenomorfa. Wygląda to, jakby technika stanęła w miejscu i przez ostatnie 20 lat nic się nie rozwinęła. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, iż animację Obcego lepiej zaprezentowano w czwartej części Sagi z 1997 roku.

Obcy z „Przymierza” mnie nie przekonuje, widać sztuczność w jego ruchach, brakuje mu płynności i kociej zwinności. Najgorsze, iż mocno rzuca się w oczy naniesienie na obraz komputerowej postaci – co najlepiej widać w ostatnich scenach filmu.

W zakresie efektów komputerowych najlepiej i najwiarygodniej wypadła natomiast postać dorosłego Neomorfa, aczkolwiek na pewno nie wszystkim to dość ohydne stworzenie przypadnie do gustu.

Ostatnim mankamentem filmu, o którym muszę wspomnieć są sposób przedstawienia postaci oraz dobór aktorów pod konkretne role. Nigdy nie byłem zwolennikiem Dr Shaw, zagranej wg mnie dość kiepsko i niekonsekwentnie przez umalowaną Noomi Rapace. Liczyłem, że nowa główna bohaterka będzie znacznie lepsza i bardziej charyzmatyczna.

Niestety, ale dobór do tej roli Katherine Waterston był raczej strzałem w kolano. Aktorka zupełnie nie pasuje do roli twardej i nieustępliwej postaci, która potrafi przeciwstawić się kapitanowi, objąć dowodzenie nad grupą ludzi i jeszcze walczyć z obcą formą życia. Jest ona bez wątpienia dobrą aktorką, co już niejednokrotnie udowadniała, ale jej aparycja, delikatność, świecące niewinnością oczy i dziewczęcy głosik gryzie się mocno z rolą Daniels.
Nie sądziłem, że to kiedykolwiek powiem, ale zatęskniłem za Noomi Rapace.

Reszta postaci niewiele wnosi do filmu i w większości są jedynie potencjalnymi ofiarami obcych form życia. Wyjątkowo na nerwy działał mi Oram (Billy Crudup), kapitan, który został zmuszony do dowodzenia wbrew swoim predyspozycjom osobowościowym. Biedaczysko…

Dobrze natomiast odebrałem postać Tennessee, granego przez Danny’ego McBride’a. Widz powinien łatwo złapać kontakt z tą postacią, która wzbudza sympatię jako typowy „równy gość”. Pozytywnie również muszę wypowiedzieć się o Upworth (Callie Hernandez), lecz była to postać zaledwie epizodyczna.

 

Skoro już zacząłem pisać o jasnych akcentach filmu, pora najwyższa skupić się na pozytywach produkcji.

Film „Obcy: Przymierze” potrafi zachwycić, czy wręcz oczarować oprawą audio-wizualną. W tym elemencie najnowszy film Scotta wskakuje być może na jeszcze wyższy poziom niż „Prometeusz”. Majestatyczne tło, na którym rozgrywa się akcja „Przymierza” jest niekiedy zniewalające i hipnotyzujące. Nie zabrakło panoramicznego kosmosu oraz krajobrazów obcej planety, pełnych złowieszczych kłębów chmur, rozświetlanych wyładowaniami lub blaskiem pobliskiej gwiazdy. Na tle takich scenerii podróż statku kolonizacyjnego Covenant czy lądowników ogląda się na dużym ekranie wręcz wybornie. Sylwetka białawego statku idealnie komponuje się z krajobrazem, tworząc harmonijny i kojący obraz.

Powierzchnia obcej planety jest już mniej przyjazna i wręcz przytłaczająca. Mroczne, zalesione góry wiszą nad bohaterami niczym groźba złowrogiej przepowiedni, co nadaje filmowi cięższego klimatu niż w dość przyjemnym wizualnie „Prometeuszu”.

Plusem „Obcego: Przymierza” są scenografia, przepełniona fizycznymi, namacalnymi modelami oraz niezwykle realistyczne oddanie wnętrze statku Covenant, jak i lądownika. W funkcjonalność tych statków łatwo uwierzymy. Dopieszczenie detali ścian, podług, kokpitów sterowniczych czy śluz jest wręcz godne podziwu. Każdy element tych konstrukcji świadczy o tym, iż mamy do czynienia z pojazdami, które są miejscem życia i pracy naukowców. Pomieszczenia i korytarze są zatem mniej sterylne niż w przypadku poprzedniej filmowej części.

Osobny akapit należy się muzyce autorstwa Jeda Kurzela, która w mojej opinii jest znacznie lepsza niż kompozycje Marca Streitenfelda w „Prometeuszu”. Muzyka Kurzela jest opisowa, gra w tle, nie wybija się przed szereg, wzmaga doznania, potęguje napięcie oraz buduje specyficzny klimat. W pierwszych fragmentach filmu dość często przebija się motyw znany dobrze z filmu „Alien”. Wydaje mi się jedynie, że było go trochę zbyt dużo, co wśród miłośników Sagi „Obcy” może wywoływać wrażenie dość nachalnej wtórności. Od kilku dni wsłuchuję się w soundtrack Kurzela, ale nie mam jednak odczucia, iż kompozytor splagiatował utwory Goldsmitha, lecz raczej wykorzystał je, by stworzyć nową jakość. Oglądając film, nie byłem tego jednak taki pewny.

 

Podsumowując – jaki był „Obcy: Przymierze” / „Alien: Covenant”?

Film w reżyserii Scotta, podobnie jak w przypadku recenzowanej niedawno produkcji „Life”, wzbudził we mnie mieszane uczucia.
Nie bez przyczyny wymieniłem tytuł „Life”, gdyż oba wspomniane filmy są kosmicznymi thrillerami, w których pieczołowicie zadbano o scenografię i wyborne wrażenia wizualne, lecz oba rażą wtórnością i nie dostarczają fabularnych argumentów, aby można się było zachwycać tymi produkcjami.

Nie zgodzę się, iż „Covenant” jest horrorem, co często słyszałem z ust wielu recenzentów. Owszem, film jest momentami brutalny i bardzo krwisty, ale nie ma w nim grozy i nawet nie stara się jej budować. Scott stworzył thriller z elementami kina akcji lub raczej kino akcji z elementami thrillera.

 

Film „Obcy: Przymierze” dostarcza świetnych audio-wizualnych wrażeń (nie licząc CGI). Ma dość dobre, aczkolwiek nierówne i rwane tempo. Montaż zostawia wiele do życzenia, co w filmach Scotta nie zdarza się często.

Nie zabraknie w nim niedorzeczności kolejnych zwrotów akcji i kuriozalnych zachowań bohaterów, w czym niestety utrzymuje poziom „Prometeusza”.

Fabularnie film ten dostarczy kilka w miarę interesujących kwestii dotyczących rozwoju sztucznej inteligencji i znaczenia kreacji. Pytanie, czy dla zwolenników „Aliena” lub „Prometeusza” akurat ten motyw będzie na tyle interesujący, aby chcieli zobaczyć kolejną część.
Muszę również zwrócić uwagę na bardzo łatwe do rozszyfrowania i przewidzenia zakończenie, które zakładało zaskoczenie widza.

 

Porównując „Przymierze” do „Prometeusza” jest on filmem mniej odważnym i mniej rewolucyjnym. Nawet chwalony aspekt wizualny również stanowi pewną formę wtórności, ponieważ już to wszystko widzieliśmy w części pierwszej. Troszkę tutaj zmieniono, dodano więcej mroku,  ale sceny wchodzenia na orbitę planety  czy lądowania na jej powierzchni są niemal żywcem skopiowane z „Prometeusza”.
Niemniej fabularnie „Covenant” jest bardziej uporządkowany, lepiej się go odbiera jako spójną całość. Widoczny jest także bardziej wyrazisty pomysł na jego kontynuację niż w przypadku poprzedniej części.

Czy warto film zobaczyć w kinie? Wydaje mi się, że tak, chociażby biorąc pod uwagę wrażenia audio-wizualne. Osobom oczekującym głębokiego przesłania i w pełni wiarygodnego filmu science-fiction radzę mocno obniżyć oczekiwania.

 

Miłośnicy Sagi „Obcy”, którym nie spodobał się „Prometeusz” raczej powinni ominąć kina, gdyż w mojej opinii nowa część nie ma walorów, które mogłyby przekonać malkontentów.
Osoby, które mimo wszystko zdecydują się na seans mogą mieć poważne powody, by kwestionować, czy obrany przez „Covenant” kurs jest najlepszy dla tej serii.
Czy nie lepiej, aby Scott porzucił ten temat i pozwolił komu innemu rozwinąć ten cykl?

 

Na samo zakończenie muszę jeszcze zaznaczyć, iż twórcy filmu i osoby zaangażowane w marketing zrobili ogromną krzywdę każdemu widzowi, który śledził doniesienia medialne odnośnie powstającej produkcji. W licznych zwiastunach, spotach, prologach i klipach pokazano praktycznie wszystko, co w filmie najważniejsze.
Nigdy dotąd nie byłem na premierze filmu, o którym wiedziałem niemal wszystko jeszcze tygodnie przed pierwszym seansem. Za to, iż jestem miłośnikiem tematu i za swoją ciekawość zapłaciłem jałowym odbiorem filmu w kinie. Seans przypominał bowiem odtworzenie i poukładanie dobrze znanych zwiastunów.
Trudno, dostałem nauczkę i od dziś staję się trailerowym abstynentem. Jak widać osoby odpowiedzialne za marketing robią wszystko by zabić radość wizyty w kinie, nie znają umiaru w podawaniu szczegółów fabularnych. Trzeba zatem samemu zadbać o swoje przyszłe umilenie kinowych seansów.

OCENA :


Dr. Gediman

 

 

źródło zdjęć: www.imdb.com/title/tt2316204/mediaindex?ref_=tt_ov_mi_sm

 

„Obcy: Przymierze” – zobacz także:

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 29 Średnia: 3.8]
Komentarze (17)
Dodaj komentarz
  • Shit na miarę Oscara

    Recenzja trafna jednak jako zwolennik serii z porucznik Ripley Przymierze ośmiesza cały dorobek Scotta w materii Alien’s. Cieszy mnie w tej grotesce to, iż sam mistrz sam sobie sprawił ośle uszy. Scott mimo, że stworzył ponadczasowe obrazy sf sam wyśmiał obcego tworząc kogiel Miguel w Przymierzu. Co do wiodących postaci w śmiesznym filmie Waltera i Davida tylko oni i Tenesee mogą być tym czymś co warto w tym obrazie obejrzeć. Fakt Wolski też daje ku temu podstawy.
    Scott pokazał choć wręcz marginalnie i zdawkowo jak psychol David wykańcza rasę inż. mag.

  • slawek

    patrzac po komentarzach i pamietajac Prometeusza i moje wielkie rozczarowanie nim nie zamierzarzam wydac nawet złotówki na ten film.
    Poczekam na wersje w necie i moze obejrze. Gdyby wiekszosc z takim dystansem podeszla do sprawy moze Scoot by zrozumial ze albo czas odejsc na emeryture i dac miejsce innym albo wziasc sie do pracy i przeczytac uwaznie scenariusz przed rozpoczeciem zdjec a nie w trakcie krecenia i pozniej dorabiac jakas dziwna filozofie do tego co mu wyszło
    Wpierwszej czesci aliena starał sie zrobic dobrze film – widac to bylo po wycietych scenach -jak ktos widzial to wie o co chodzi w prometeuszu posilkowal sie juz typowo amerykanska recepta na film- duzo efektow zastapi braki fabuly .
    Dołózmy jeszcze halasliwa reklame bazujaca na czyms wielkim i SUKCES FINANSOWY (czyli CEL) osiagniety a ze wyszlo Gowno to niewazne , wazne ze pierwsza fala w wystarczajacej ilosci ruszyła do kin i bilety sie sprzedały
    Mam wszystkie czesci aliena na dvd i nie zalowalem – nawet na 2 czesc ktora uwazam za najgosza w tej serii ale nigdy w zyciu nie kupie zadnego prometeusza;
    a scotowi radzilbym nie brac sie wiecej za cokolwiek majacego cos wspolnego z Alienem

  • Alien_Ripley_Fan

    Nie wierzcie recenzjom ;) Tą akurat raczej przejrzałam niż przeczytałam bo strasznie jest długa, ale chyba się autorowi film nie podobał. Wydaje mi się, że recenzent miał dość określone oczekiwania, stąd zawód.
    Film jest wspaniały. Jest jak połączenie czterech pierwszych obcych z wyraźnym mrugnięciem do Władcy Pierścieni i Matrixa 2 (jeden dialog). Muzyka jak z obcego, co kocham. Piękna scena pod prysznicem!
    Nie chcę spoilerować, więc tylko powiem: to jest film o współczesności. Uśmiejecie się miejscami, pokiwacie z politowaniem głowami, ale zrozumiecie. Wystarczy wziąć na serio dialogi. Prześledzić historię (akcję). Współczesny mit, ale na serio. O zagrożeniach i o, hm, wodzie z mózgu i porażającej nieodpowiedzialności. I o „przepijam do cię, bracie!” kielichem trucizny.
    Kończy się jak obcy. A przed nami 3 część.
    Blondynka źle dobierała przyjaciółki. A w filmach typu thriller/horror prawdopodobnie niebezpieczny jest nawet demakijaż! :)

  • |Marcin

    Oj ludziska przecież to film właśnie filozoficzny od początku do końca. Od pierwszej sceny, która jednoznacznie kojarzy się z biblijnym niebem po późniejsze piekło które tworzy upadły anioł.
    Pełno jest tam takich wskazówek. Pytanie pada na początku filmu, ale akurat nie ma odpowiedzi…
    Za to jest niesamowita przemiana głównej postaci. Wagner i jego wkraczanie do Walhalli.

  • piotr

    porazka zskoda czasu

  • penthomide

    Szósta część Aliena na całe szczęście nie odpowiada na pytania zadane w pozostałych częściach. Wątek „inżynierów” pojawia się w pierwszej części i wraca dopiero w Prometeuszu.Wiele wątków zaczyna się i kończy z chwilą, kiedy nasza ukochana bestia OBCY zaczyna zabijać zagrażające jej istnieniu rodzaj ludzki , który za wszelką cenę mimo swej całej nieporadności ma przewagę nad odwiecznym prawem natury ” przetrwają tylko najsilniejsi”. Dla Obcego egzekucje na rodzaju ludzkim to walka o przetrwanie i powrót człowieka na jego miejsce w łańcuchu pokarmowym organizmów. Mam nadzieję że Obcy wygra tą walkę z człowiekiem. Niestety w miejsce człowieka pojawia się kolejny wróg Obcego: sztuczna inteligencja. itd można się zagłębiać w rozważania. Szósta część Obcego nie odbiega jakością od poprzednich i warto iść do kina zobaczyć dobry film.

  • Gusjew

    Byłem, widziałem, padłem. Takiego gniota już dawno nie widziałem. Jeśli ktoś miał jakieś zarzuty do fabuły „Prometeusza” i do kondycji umysłowej „astronautów” i ich zachwania na obcej planecie, to w tym ogłupiaczu będzie miał co krytykować. Pracująca część społeczeństwa polskiego na pewno spotkała się z okazji szkolenia BHP z filmem „Staplerfahrer Klaus”. To filmik szkoleniowy o idiotach którzy przez brak mózgu doprowadzają do tragicznych wypadków w pracy. „Nowy” Prometeusz to właśnie taka wersja science-fiction filmu BHP o bezprzykładnych idiotach – „Czego nie należy robić podczas lądowania na obcej planecie”. Jedyne co można pochwalić to: sceneria i dźwięk. 28 zeta za pół godziny reklam i film to inny temat do krytyki.

  • tovo

    Myślę, że w dzisiejszym kinie wielcy reżyserzy są niejako zakładnikami firm produkcyjnych i innych udziałowców, którzy niszczą dzieło jeszcze w fazie samego scenariusza. Wynik – dostajemy płytki film w ładnym opakowaniu.

  • jabol_punk

    hm my jako zagrożenie dla inżynierów narazie w tych filmach to jesteśmy zagrożeniem sami dla siebie poprzez debilne zachowania załogi więc daleko nam do inwazji na ich cywilizację ale jakaś myśl to jest może stwierdzili że nie szanujemy ziemi którą wybrali na lokacje nas… po filmie widać że inżynierowie żyją jakby bardziej w zgodzie z otoczającym ich światem ich technologia jest bardziej biomechaniczna jakby czerpiąca z natury w równowadze,nie wiem może będzie wersja reżyserska która rzuci trochę światła na ten wątek:)

  • Komitet Obrony Wenusjan

    Wiedziałem, że tak będzie. Po obejrzeniu spoilerów nie miałem wątpliwości, że Alien Covenant to będzie pod względem fabularnym znany schemat: grupka skautów/dzieciaków/żołnierzy/turystów/naukowców (niepotrzebne skreślić) zbacza z oznakowanego szlaku turystycznego lub coś odkrywa pod kamieniem i obrywa w ucho od tego czegoś/kogoś. Czułem, że cd. Prometeusza może być jeszcze słabszy i ta, wyglądająca przytomnie, recenzja doktorka potwierdza moje przeczucia. Nie czekałem na AC z utęsknieniem niczym kot na mysz, gdyż Prometeusz zawiódł mnie srodze i pozbawił wszelkiej nadziei na sensowne nawiązanie do legendarnego i prekursorskiego ALIENa z 1979 roku. AC to kosmiczna wersja Wrong Turn (pol. Droga bez powrotu) z domieszką The Descent (Zejście – nota bene bardzo porządny horror ze wzmiankowanego schematu). Filmu nie oglądałem w całości (tylko spoilery), ale w oczy rzuca się podstawowy nonsens: odległa planeta jest niemal kopią Ziemi (Ziemianie mogą oddychać atmosferą i chodzić bez problemu – naukowcy wykluczają takie możliwości, by tak było odległy układ planetarny musiałby być wierną kopią układu słonecznego, a to się nie ma prawa zdarzyć w realiach, poza rachunkiem prawdopodobieństwa). Tzw. efekty specjalne w dzisiejszych czasach nie zastąpią ciekawej fabuły, a jedynie uwypuklą jej absurdy. Główną bolączką współczesnego kina SF jest brak nowatorskich scenariuszy z nielicznymi wyjątkami. Dystrykt 9, Ex Machina czy Arrival, to wyjątki potwierdzające regułę. Ridley Scott reżyserował już przeróżne tematycznie filmy, co wcale go nie usprawiedliwia – wręcz obciąża – gdy akceptuje tak bezsensowne scenariusze, jak ostatnie odcinki ALIENa (tak, to już serial). Chce się ścigać z Lucasem pod względem wariacji na jeden temat ? A niech to Chewbacca kopnie.

  • jabol_punk

    Ok Pola przedstaw ten swój punkt widzenia tego filmu…jak dla mnie film został spłycony wręcz z całej tematyki inżynierów pomyśl logicznie spotykasz obcą cywilizację poza ziemią i nawet nie zainteresujesz się nią?brak logiki, szczerze liczyłem że to dr Shaw bedzię źródłem jajek że właśnie David w poszukiwaniu nieśmiertelności dla Weylanda podjął próbę i stworzył z niej coś na wzór Gigerowskich wizji biomechanicznych… pozatym w prometeuszu widzimy w komnacie na ścianie uformowanego Aliena więc nie wierzę w teorię stworzenia tej formy życia przez Davida, androidy podziwiają te formy życia za ich niesamowite zdolności przystosowawcze czystość,brak moralności czy sumienia które w naszej rasie uważają za słabość…

  • Wolvine

    Zgadzam się z użytkowniem Pola :)
    Ridley zrobił super, że pozwolił w zasadzie każdemu na swoją interpretację wątku inżynierów. Jak dla mnie mnie inżynierowie doszli do wniosku, że ludzkość jako ich „twór” w przyszłości będzie wstanie stworzyć coś na wzór czarnej mazi i wykorzysta to przeciwko swoim stwórcom. Chcieli tego uniknąć i się nas pozbyć zanim do tego dojdzie. Dlatego statek, którym przyleciał David był tak witany. Inżynierowie zapewne myśleli, że ich największe zagrożenie zostało wyeliminowane i wyszli przywitać bohatera, który tego dokonał. Niestety srogo się pomylili. Ja tak to zrozumiałem wątek inżynierów w tych dwóch filmach.
    Mianowicie co do obcego, to jego powstanie jak najbardziej dla mnie ma sens. Już wcześniej był nazywany idealnym stworzeniem i organizmem doskonałym. Więc, to jak powstał nie powinno nikogo dziwić.

  • Pola

    Cieszy mnie fakt, iż Scott wierzy w inteligencje odbiorców swoich filmów i nie podał mi wszystkich odpowiedzi na tacy. Będę z przyjemnością wracała do „przymierza”. Film mnie nie rozczarował a wrecz przeciwnie. Z powyższą recenzją cieżko jest mi się zgodzić, albowiem recenzent w moim odczuciu zbagatelizował wiele istotnych elementów filmu, mało tego oczekiwał od „przymierza” jasnej i jednoznacznej odpowiedzi dot. Inżynierów… Mała podpowiedz-znajdziemy ją w filmie, tylko trzeba się trochę wysilić i pomyśleć.

  • Rafal

    Byłem na filmie i zgadzam się z wnioskami autora recenzji. To na co ja zwróciłem uwagę to drastyczne przyspieszenie cyklu narodzin obcego. W pierwszym filmie od zainfekowania ofiary do narodzin minęło kilkadziesiąt godzin, potem kolejne kilkanaście godzin do przemiany w dorosłego osobnika. W tym filmie cały cykl trwa kilkanaście minut. Można odnieść wrażenie, że to już nie jest film o potworze z kosmosu ale o robocie i jego filozoficznych rozterkach.

  • Marcin

    Bardzo dobry tekst. Zgadzam się ze wszystkim w 100 %. Szkoda, że temat inżynierów szybko ucięto, byłby ciekawszy niż to zrobiono z obcym.

  • Axell

    Milion linijek i w zadnej nie jest napisane kto stworzyl obcego. Zalosny tekst

    • GrimFiction.pl

      Tobie powinni odciąć dostęp do Internetu za to. Recka napisana jest poprawnie, bez rozpieprzających spojlerów – a takim byłoby wyjaśnienie w tekście pochodzenia obcego. Pozwala wyrobić w sobie przekonanie, czy warto zabulić za to w kinie, czy też nie. Byłem strasznie zajarany, ale po lekturze mi przeszło.