Niestety „Mandalorian i Grogu” wymęczył mnie bardziej, niż powinien wymęczyć film, który z założenia miał być lekką, kinową rozrywką. Może Cinema City próbowało pomóc immersji, bo przy niemal pełnej sali i braku klimatyzacji już w połowie seansu zrobiło się duszno i gorąco, jak na tropikalnej planecie na ekranie.
Ale nawet gdy odłożę ten seansowy dyskomfort na bok, problem pozostaje – ten film niby daje wszystko, co powinien oferować współczesny blockbuster ze świata Star Wars, a jednak przez większość czasu nie potrafi wzbudzić we mnie realnego zaangażowania.
Mamy akcję, są lasery, wybuchy, pościgi i chyba rekordowa liczba potworów na metr ‘kliszy’ filmowej w Gwiezdnych wojnach. Galaktyka nadal zaskakuje swoimi mniej znanymi zakątkami, ale światy – mimo że pozornie atrakcyjnie, pełnią raczej funkcję ładnego, momentami mroczniejszego tła niż autentycznie żywej przestrzeni, która może nam coś interesującego opowiedzieć. Niemniej jednak ta specyficzna zielonkawa, lekko wyblakła oprawa głównego świata opowieści jest akurat jednym z ciekawszych wyborów twórców – zaskakująco mało kolorowa jak na Gwiezdne wojny. No i jest jeszcze pewien umięśniony bohater, którego nie da się odzobaczyć, a który paradoksalnie okazał się najciekawszą postacią całego filmu.
Największy problem mam z tym, że kompletnie nie czułem tu stawki. Bohaterowie zmieniają planety, walczą z kim i z czym popadnie, mamy wybuchy, strzelaniny, ucieczki i pogodnie, tyle tylko, że w pewnym momencie człowiek przestaje się tym przejmować. Film cały czas próbuje czymś bombardować widza, ale po pewnym czasie zamiast napięcia otrzymałem po prostu zmęczenie. Niestety w tym wszystkim nie czułem ciężaru, realnych konsekwencji dla bohaterów, jak i tego, że Din Djarin albo Grogu wyjdą z tej historii w jakikolwiek sposób odmienieni. Zapomnijmy zatem o rozwoju głównych postaci.
W efekcie w samym środku kilku rozpierduch potrafiłem na chwilę zamknąć oczy i możliwe nawet, że raz czy dwa na chwilę odpłynąłem.
Mimo tego daleki jestem od nazwania filmu katastrofą, raczej był to drogi i całkiem sprawny technicznie przerywnik, który jest przyjemny dla oka, ale i bezpieczny wręcz do bólu oraz fabularnie słabiutki. Nawet jeśli twórcy celowo postawili na prostą, samodzielną przygodę zamiast mocnego wikłania się w serialową mitologię, to efekt końcowy przypomina zaledwie poboczną misję w ramach serialu, którą można obejrzeć bez zobowiązań w domowym zaciszu, a już niekoniecznie w kinie. Trudno jest mi uznać film za naprawdę potrzebny.
Jak na powrót marki na duży ekran to w moim odczuciu zdecydowanie za mało. Czystej frajdy trochę tutaj jest, a kilka scen może zadziałać na fana odruchowo, bo jednak elementy świata i bohaterowie wciąż w człowieku uruchamiają dzieciaka. Zabrakło lepszej historii, wyraźniejszego pomysłu i emocji, które uzasadniałyby kinowy format, a tego nie da się przykryć nadmiarem CGI, potworami, laserami i eksplozjami. „Mandalorian i Grogu” to produkcja dość nijaka, jednak nie irytuje na tyle, by ją definitywnie odradzać. Mimo że nie mamy tutaj do czynienia z czymś istotnym w świecie Star Wars, to jednak magia wiecznie sweetaśnego Grogu (i jego małych kolegów też) oraz charyzma „zahełmionego” Pedro Pascala – nadal potrafią działać, zwłaszcza jeśli nie macie szczególnie dużych oczekiwań od sfery fabularnej.
Zwiastun filmu