Jaki jest ten nowy Spielberg? Hmm… i obiecujący, i ciekawy, i nudny, i wtórny, i poruszający, i banalny, i naiwny, i baśniowy. Generalnie niezła huśtawka, prawda?
Dawno nie miałem seansu, podczas którego równie często przechodziłbym od zaciekawienia do wzruszenia, od wzruszenia do lekkiego znużenia, od znużenia do szczerej frajdy, a od frajdy do autentycznego przejęcia itd.. „Dzień objawienia” jest filmem, który przez chwilę wydaje się prowadzić w bardzo interesującym kierunku, po czym skręca w coś zaskakująco prostego. Potem znów odzyskuje część uroku, żeby za moment przypomnieć o swoich problemach i ograniczeniach. Dlatego tak trudno mi jednoznacznie go ocenić. Bo choć całościowo nie uważam „Disclosure Day” za szczególnie udany film, to jednocześnie nie mogę powiedzieć, że źle się na nim bawiłem.
Fabuła – o czym jest „Dzień objawienia”?
Punktem wyjścia są tajemnicze zdolności pozyskiwane nagle przez główną bohaterkę, Margaret Fairchild, które są równie zaskakujące dla ludzi z jej otoczenia, jak i dla niej samej. Jednocześnie młody dr. Daniel Kellner wykrada ściśle tajne dane z agencji, zajmującej się tuszowanie prawdy. Drogi Margaret i Daniela będą musiały się przeciąć. Tylko dzięki temu od dawna skrywana prawda o UFO będzie miała szansę zostać ujawniona całemu światu.
Spielberg nie wrzuca widza od razu w środek globalnego kryzysu czy kosmicznej inwazji. Zamiast tego stopniowo buduje atmosferę niepewności i ciekawości, obserwując wydarzenia oczami kilku bohaterów próbujących zrozumieć, co właściwie dzieje się wokół nich. W tle pojawiają się rządowe tajemnice, napięcia polityczne, teorie spiskowe i tajemnicza technologia.
Recenzja „Disclosure Day”
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Spielberg nakręcił jeden z najbardziej nierównych filmów w swojej karierze. Przez pierwszą godzinę byłem wręcz kupiony – mieliśmy tu tajemnicę (i to nie jedną), UFO, rządowe sekrety, dziwne zjawiska, ludzie zaczynający doświadczać czegoś, czego nie rozumieją. Czuć tutaj klimat dawnych historii o bliskich spotkaniach, teorii spiskowych i charakterystycznej dla Spielberga dziecięcej fascynacji nieznanym. Nie stawiałbym jednak łatwych tez, że to mieszanka „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” i „Z Archiwum X”, bo mi to nie pasuje. Otrzymaliśmy raczej bardziej współczesny i lekki thriller o ujawnieniu prawdy. Problem w tym, że im bardziej historia się rozwija, tym częściej łapałem się na myśli: „zaraz, ale to nie ma kompletnie sensu”. A kiedy już zaczniesz zadawać sobie takie pytania, ciężko jest przestać. Jeśli potrafisz jednak to przerwać i odpuścić, film odwdzięczy się jeszcze kilkoma naprawdę przyjemnymi momentami. Jeżeli jednak kwestionowanie pomysłów przedstawionych na ekranie zostanie z Tobą na dłużej, to możesz mieć bardzo duże problemy w obiorze już do samego końca.
Tyle tylko, że „Dzień objawienia” najlepiej działa właśnie wtedy, gdy pozwolisz się prowadzić emocjom, a nie logice. Spielberg od zawsze miał talent do sprzedawania widzowi rzeczy kompletnie nieprawdopodobnych tak, jakby były najnaturalniejszym wydarzeniem na świecie. Tutaj też próbuje tego samego chwytu. Raz mu to wychodzi dobrze, raz gorzej, a innym razem kompletnie nie wychodzi.
Ale mimo wszystko, długimi momentami bawiłem się naprawdę dobrze na seansie. Dwie i pół godziny minęły zaskakująco szybko, co samo w sobie jest pochwałą. Jest kilka fajnie rozpisanych scen pościgów, trochę paranoi i zaskoczeń, trochę przygodowego kina drogi i kilka obrazów, które zostają w głowie. Ale jednocześnie fabuła zaczyna wpadać w coraz to większą naiwność. Antagoniści są miejscami tak nieudolni i jednowymiarowi, że przypominają 'złoli’ z filmów familijnych sprzed trzech dekad.
Niby stawką filmu jest największe odkrycie w historii ludzkości, a chwilami ogląda się to tak, jakby bohaterowie próbowali ukryć klasowy sekret przed nauczycielką…
Już nie wspomnę o katastrofalnie przedstawionym wątku bliskości kolejnej wojny światowej, który gdzieś tam się przebija, ale żaden widz nawet przez chwilę nie weźmie tego na poważnie.
Największym atutem filmu jest dla mnie Emily Blunt. Bez niej całość prawdopodobnie rozsypałaby się znacznie szybciej. Aktorka zwyczajnie kradnie film pozostałej obsadzie, ale też trzeba przyznać uczciwie, że tylko ona ma realnie co grać. Jej bohaterka jako jedyna wydaje się prawdziwa pośród coraz bardziej bajkowych wydarzeń. Gdy scenariusz zaczyna odpływać w stronę czystej fantazji, ona nadal trzyma wszystko przy ziemi.
Josh O’Connor jest w porządku, Colin Firth robi co może z postacią napisaną dość schematycznie, ale to Blunt sprawia, że chce się śledzić tę historię dalej.
Nie mogę też nie wspomnieć o Januszu Kamińskim. Jeśli coś w tym filmie jest bezdyskusyjnie pierwszoligowe, to właśnie zdjęcia. Pan Janusz nadal robi rzeczy, które dla wielu operatorów pozostają nieosiągalne. Te wszystkie refleksy światła, sylwetki wyłaniające się z mgły i zabawy ostrością, prześwietlone niebo, ludzie patrzący w coś, czego jeszcze nie widzimy – można się oczywiście śmiać, że Spielberg po raz pięćsetny kręci swoje słynne „Spielberg Faces”, ale cóż z tego – jak to nadal działa. Są sceny, które narracyjnie nie mają wielkiego sensu, a i tak ogląda się je z przyjemnością wyłącznie dzięki pracy kamery.
Miło było znowu posłuchać Johna Williamsa, ale z jego muzyką mam podobny problem jak z całym filmem. Jest poprawna, dobrze buduje emocje i potrafi dyskretnie wzmacniać najważniejsze sceny, tylko że po wyjściu z kina niewiele z niej niestety zostaje. Nie przypominam sobie ani jednego motywu, który siedziałby mi teraz w głowie. To nadal poziom profesjonalisty, który wie dokładnie, co robi, ale tym razem zabrakło mi czegoś więcej niż tylko sprawne rzemiosło.
Muszę jeszcze poruszyć temat nieszczęsnych efektów specjalnych. Tu niestety zaczynają się prawdziwe schody. Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio po wyjściu z IMAX-a czułem taki niedosyt pomieszany z czystym wkurzeniem na poziom CGI. Niektóre stworzenia i istoty wyglądają zaskakująco słabo – bardzo, ale to bardzo słabo. Są momenty, kiedy miałem skojarzenia bardziej z najtańszymi w tym elemencie blockbusterami Marvela niż z filmem człowieka, który współtworzył historię kina rozrywkowego. Pal licho cyfrowe zwierzęta. Można je zaakceptować, bo przynajmniej wiemy, że nie męczono na planie prawdziwych. Ale gdy pojawiają się niektóre projekty obcych, cały czar pryska. Paradoksalnie więcej tajemnicy i niepokoju budują sceny, w których praktycznie nic nie widać. Im więcej film pokazuje, tym jest gorzej…
Między innymi dlatego mam z tym filmem problem. Początek jest naprawdę obiecujący. Potem pojawia się długa emocjonalna dziura, podczas której historia kręci się trochę wokół własnej osi i coraz słabiej angażuje. A później przychodzi finał i ostatnie kilkanaście minut naprawdę potrafi poruszyć. Ba – jest mocne jak cholera. Nie dlatego, że mamy tam szczególnie odkrywcze pomysły (nic z tych rzeczy). Raczej dlatego, że dotykają czegoś bardzo prostego i ludzkiego. Co ciekawe miałem wówczas poczucie, że twórcy zmierzają w kierunku czegoś, czego u Spielberga jeszcze nie widzieliśmy. I dokładnie wtedy pojawiają się napisy końcowe…
„Disclosure Day” zapowiada kino o konsekwencjach pierwszego kontaktu, a w rzeczywistości opowiada kolejną typowo spielbergowską historię o rodzinie i odzyskiwaniu dziecięcej wiary w niezwykłość świata.
Paradoks „Dnia objawienia” polega na tym, że jest to niby film o największym odkryciu w historii ludzkości, tyle tylko, że ludzkość – w sensie zbiorowym – w ogóle reżysera nie interesuje. Spielberg patrzy na wszystko przez pryzmat wąskiej grupy bohaterów. Nie pyta zatem, jak zmieni się cały świat, tylko jak może zmienić się kilka konkretnych osób. I jest to bardzo spielbergowskie podejście, dzięki któremu finał działa tak mocno emocjonalnie. Problem w tym, że przez większość seansu film sam sugeruje coś znacznie większego. Obiecuje kosmiczną tajemnicę, cywilizacyjny przełom i odpowiedzi na wielkie pytania, a potem z premedytacją zamyka drzwi, albo zostawia wszystko na drugim planie. Właśnie z tego rozdźwięku bierze się duża część mojego rozczarowania.
Nie potrafię tego filmu ani jednoznacznie polecić, ani go kategorycznie odradzić. Pewnym jest, że to nie jest poziom „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”. Nie jest to też wielki powrót mistrza science fiction, na który po cichu liczyłem. Ale też szczerze mówiąc – nie wyszedłem z kina zły. Bardziej wyszedłem z poczuciem zmarnowanej szansy na coś więcej, na rozwinięcie tematu, jednocześnie czując pewną sympatię do tego całego baśniowego chaosu. Gdybym miał znowu osiem albo dziesięć lat, pewnie klaskałbym z zachwytu przy połowie scen. Dzisiaj widzę uproszczenia, skróty i te wszystkie fabularne wygibasy. A mimo to gdzieś tam ten stary Spielberg nadal potrafi uruchomić we mnie dzieciaka, który chce wierzyć, że zaraz stanie się coś absolutnie niezwykłego.
Jeżeli mogę coś doradzić przed seansem – nie próbujcie za bardzo racjonalizować tego, co dzieje się na ekranie. Naprawdę. Im mniej będziecie analizować kolejne decyzje bohaterów i logikę świata przedstawionego, tym większa szansa, że będziecie się dobrze bawić. Ja próbowałem robić jedno i drugie jednocześnie. I właśnie dlatego skończyłem gdzieś pomiędzy rozczarowaniem, a całkiem przyjemnym seansem. Wizyty w kinie nie żałuję, ale uczciwie muszę przyznać, że liczyłem na znacznie więcej.
OCENA :
2/4 z małym plusikiem
dr Gediman
Zwiastun filmu
Finałowy zwiastun zaprezentowano online od koniec maja 2026 roku.
Osobiście postanowiłem już go nie oglądać, bojąc się zbyt dużych spoilerów:
Pełny trailer filmu ukazał się 12 marca 2026 roku:
Z okazji Super Bowl zaprezentowano zwiastun, który odkrywa więcej kart:
A pierwszy trailer prezentujemy poniżej:
Niestety film jest tak infantylny, że seans męczy a nie bawi. Co chwilę jest jakaś naiwna, tępa scena, która przywraca widza ze świata filmu do fotela w kinie. Temat wymagał potraktowania bardziej poważnie, a dostaliśmy dziecinną wydmuszkę, która wygląda jakby była nakręcona przez randomowego reżysera których w dzisiejszym Hollywood jest na pęczki. Dawno aż tak bardzo nie żałowałem wydanych pieniędzy na bilet. Do Bliskich spotkań trzeciego stopnia, które przecież wybitnym kinem nie były, nie umywa się…
dokładnie tak.
ocena: można obejrzeć… proszę natomiast nie spodziewać się czegoś „że ho ho” i „uuuuuu”, a także „ahhhh”
<3