Film „The Predator” (2018) – recenzja

 

FILM The PREDATOR (2018) – RECENZJA

 

Przyznam szczerze, że niespecjalnie czekałem na kolejną część filmu o Predatorze. Świat kina pokazał już nie raz, że powroty do legendarnych tematów po latach bywają często karkołomne i rzadko kiedy dają zadowalające rezultaty. Za przykład niech posłużą prequele filmów „The Thing” i „Alien” z ostatnich lat. Produkcja „The Thing” (sic) z 2011 roku przeszła właściwie bez echa i mimo kilku ciekawych pomysłów, jak i świetnej roli głównej bohaterki, rozbiła się o ścianę legendy filmu z 1982 roku. Inaczej mają się sprawy z filmami „Prometheus” i „Alien: Covenant”, które pod wieloma względami (obsada, element wizualny i muzyka) stoją na wysokim poziomie, jednak fabularnie szybko spolaryzowały fanów starych filmów o Ksenomorfach, dając ich przeciwnikom mnóstwo paliwa.

Jakiś czas temu za temat niespodziewanie wziął się znowu sam Shane Black, znany i szanowany reżyser i scenarzysta, mający na swoim koncie takie filmy jak kasowy blockbuster „Iron Man 3”, „Kiss Kiss Bang Bang”, czy „The Nice Guys”, jak również scenariusze do „Last Action Hero” i pierwszych dwóch części „Zabójczej broni”. Jego słuszne portfolio uzupełniają też powiązania ze światem Predatora, bowiem wystąpił w pierwszej części serii w roli sprośnego żołnierza Hawkinsa, jak również maczał palce w scenariuszu, dorzucając od siebie elementy humorystyczne związane z jego postacią. Znane nazwisko, w dodatku jegomościa, którego historia splotła się już w przeszłości z tematyką Predatorów, mogło gwarantować coś udanego. Mogło…

Już trailer nie nastawiał mnie pozytywnie do filmu, zapowiadają mocno generyczny film akcji pełen standardowych efektów specjalnych, godnych zapomnienia bohaterów i oklepanych schematów jakich pełno w obecnych produkcjach filmowych, za to ze śladowymi elementami tego, co czyniło pierwsze dwa filmy o Predatorach wyjątkowymi. Zaskakiwały też wiadomości i fotosy promocyjne samego filmu. Jedną z popularniejszych fotek było zdjęcie przedstawiające skład nowych kozaków, mających walczyć z Predatorem, w towarzystwie Olivii Munn i… małego chłopca. Internet szybko podchwycił temat w swoje bezlitosne szpony szydery i sprokurował zdjęcie z samymi kręgosłupami i czaszkami odpowiadającymi gabarytom nowych bohaterów.

Fabuła filmu jest prosta, ale dodajmy w tym miejscu, że i jego poprzednicy nie grzeszyli jakąś szczególną ekwilibrystyką mentalną w tym zakresie. Oto na naszej planecie ponownie pojawia się Predator, stając się szybko solą w oku ludzkich oponentów. W wyniku jego konfrontacji z głównym bohaterem część jego uzbrojenia trafia pocztą do syna naszego herosa, ten zaś przypadkowo uruchamia sprzęt przyzywając kolejnego Predatora. Jak się okazuje, ten ostatni jest reprezentantem nowej kasty kosmicznych łowców, a poczynania jego słabszego pobratymca/przeciwnika, jak i ludzi, nie są zgodne z jego agendą.

Początek filmu zwiastował coś naprawdę świetnego. Muzyka, klimat, kosmos, pojawienie się Predatora na ziemi, jego walka z ludźmi – wszystko to było natchnione duchem pierwowzorów. Niestety im dalej w las tym gorzej. Film szybko popada w typowe dla Blacka zagrywki, oddalając się coraz skuteczniej od akcyjniaka sci-fi na rzecz komedii z elementami akcji i sci-fi. Shane Black zdecydowanie przeszarżował jeśli chodzi o humor i dialogi w „The Predator”. To, co idealnie sprawdzało się w jego komediowych filmach, jak również przysporzyło potężnej firmie Myszki Miki więcej zielonych od całych rodzin w przypadku „Iron Mana 3”, tutaj nie zdaje egzaminu. Black stał ewidentnie w rozkroku między komedią, a rasowym akcyjniakiem sci-fi i postanowił skoczyć w stronę świata mniej lub bardziej wyszukanych gagów. Podobnie jak natężenie heheszkowania zabiło emocje i powagę sytuacji w „Thor: Ragnarok”, tak i tutaj luźny wydźwięk filmu nie pozwala na odpowiednie sklejenie się widza z tym, co dzieje się na ekranie. W efekcie nieszczególnie przejmuję się losami głównych bohaterów, a ich kolejne zgony to po prostu odhaczanie listy z obowiązkowymi trofeami na koncie Predatorów.

Tytułowy Predator, a w zasadzie Predatorzy (w filmie mamy ich dwóch) to sporna kwestia jeżeli chodzi o ich obecność w filmie, jak i samo wykonanie. Pierwszy Predator to w pełni oldschoolowy osobnik. Mamy tu więc aktora w kostiumie, który jak żywo przypomina swoim wyglądem stworzenia z dwóch pierwszych części serii. Jeśli dodać do tego jego uzbrojenie (oczywiście nieco podrasowane żeby sprostać nowoczesnym standardom), mamy starą szkołę pełną gębą. Duży plus filmu.

Niestety, nasz „stary znajomy” zostaje skonfrontowany z nowym gatunkiem Predatora, ochrzczonego ksywą Superpredator. To po prostu znacznie większa, wyższa, brzydsza i w dodatku zrobiona całkowicie komputerowo wersja standardowego Predatora. Razi szczególnie ta ostatnia z jego cech, bowiem Predator stworzony starymi metodami (kostium) ma miażdżącą przewagę nad bijącym po oczach słabym CGI Superpredatorem.

Zastanawiające jest to, że wraz z upływem lat powinniśmy być zaskakiwani coraz lepszymi, bardziej dopieszczonymi i przede wszystkim wiarygodnymi efektami specjalnymi generowanymi przez komputery. Tymczasem otrzymujemy półprodukt, który razi swoją sztucznością, czy też, jak zwykłem to często określać, „plastelinowatością”. Dodam też, że film jest całkiem dobry do momentu pojawienia się tego komputerowego potworka (sic). Jest to nie tylko ciekawa linia demarkacyjna dla jakości filmu, ale również pewien smutny znak czasów, który można interpretować na różne sposoby, nie tylko pod kątem nierównej walki efektów praktycznych z komputerowymi. Z grzeczności przemilczę już wygenerowane komputerowo Predopsy towarzyszące nowej bestii, które są chyba odrzutem po Pinkym z „Dooma”.

Oczywiście nie samym Predatorem film stoi. Filmy z żądnym krwi łowcą kosmosu zawsze były pełne świetnie napisanych i zagranych ludzkich bohaterów. Film „Predator” (1987) dumnie nosi twarz heroicznego Arnolda Schwarzeneggera oraz całego zastępu wtórujących mu kozaków z wielkimi spluwami i jeszcze większymi osobowościami. „Predator 2” z kolei to przygoda świetnego gliny wykreowanego przez Danny’ego Glovera, któremu na ekranie partnerują równie znakomici Gary Busey, María Conchita Alonso i przede wszystkim smakowicie przeszarżowany Bill Paxton.

Postacie ludzkie w „The Predator” stoją o kilka klas niżej, ale muszę powiedzieć, że są pozytywnym aspektem filmu. Mimo, że bohaterowie są mocno przerysowani, ogólnie dają się lubić i są przede wszystkim jacyś. Tego samego nie mogłem powiedzieć o bohaterach obu części „Alien vs Predator” oraz prequeli pierwszego „Aliena”, gdzie grupy/załogi/mieszkańcy zlewali się w jedną masę bez cienia indywidualizmu, stanowiąc jedynie kolejne krwawe punkty do odhaczenia na mapie kosmicznych drapieżników.

Główną twarzą ludzkich zakapiorów jest Quinn McKenna, grany przez znanego z „Narcos” i „Logana” Boyda Holbrooka. Holbrook bardzo dobrze odegrał rolę twardego żołnierza i ojca, który za wszelką cenę chce ochronić swojego syna. Trzeba jednak dodać, że nie jest to ikoniczna postać na miarę Arnolda czy nawet Glovera. Jego żonę gra Yvonne Strahovsky, aktorka zarówno utalentowana, jak i urodziwa.
Na szczególne pochwały zasługuje jednak Jacob Trembley, który zagrał Jacoba, autystycznego syna Quinna. Młody aktor wykreował tu bodaj najlepszą i najciekawszą rolę w filmie, grając bardzo przekonująco postać dotkniętą autyzmem, który, jak szybko się przekonujemy, objawia się nie tylko zaburzeniami utrudniającymi mu funkcjonowanie w otaczającym go świecie, ale również nietuzinkowymi talentami, pozwalającymi mu rozgryźć obcy język i technologię.

W tle mamy ekipę żołnierzy, których przeznaczeniem jest więzienie. Każdy z nich ma coś godnego zapamiętania, jakąś osobowość, wyróżniającą go na tle reszty. Zdecydowanie na prowadzenie wysuwają się tu Keegan-Michael Key jako Coyle oraz dawno niewidziany na wielkim ekranie Thomas Jane, którego zawsze miło widzieć w akcji, a który stworzył postać cierpiącego na zespół Touretta’a weterana Baxleya. Cały ten testosteronowy skład uzupełnia pani biolog, doktor Casey Bracket, którą gra urodziwa Olivia Munn. Niestety, bardziej zapamiętałem ją z parówkowych (i nie tylko) ekscesów na planie programu „Attack of the Show!” (polecam Google), niż z tej roli.

W opozycji do naszych bohaterów stoi rządowa agencja monitorująca aktywność Predatorów od czasów starcia ich reprezentanta z Dutchem (nawiązanie do pierwszej części filmowego cyklu). Najbardziej prominentną personą tej organizacji jest Will Traeger (w tej roli Sterling K. Brown), agent i dyrektor w jednym, który depcze barwnej ekipie i kosmitom po piętach, jednocześnie trzymając stery enigmatycznego projektu „Stargazer”. Zamysłem była pewnie bardziej wyluzowana wersja Nicka Fury’ego granego w filmach Marvel Cinematic Universe przez Samuela L. Jacksona, jednak otrzymujemy kogoś, kto przypomina irytujących bohaterów odgrywanych przez Martina Lawrence’a, z „Bad Boys” na czele.

Pewnym smaczkiem dla fanów serii jest obecność Jake’a Busey grającego Seana Keyesa, głównego naukowca projektu. Postać ta jest synem Petera Keyesa, zawziętego agenta z filmu „Predator 2”, którego grał swoją drogą ojciec Jake’s, Gary Busey.

Cała ta przypadkowa drużyna nie dorasta do pięt kultowym ekipom zawadiackich żołnierzy z pierwszego „Predatora” i „Aliens”. To zdecydowanie nie ta liga, jednak jak na obecne standardy serwowania bezpłciowych postaci, mamy tu do czynienia z miłym zaskoczeniem.

Za muzykę w filmie odpowiada Henry Jackman, który ubarwił swoimi brzmieniami liczne filmy spod znaku superhero („X-Men: First Class”, „Captain America: The Winter Soldier”, „Captain America: Civil War”, obie części „Kick-Ass”), czy też produkcje pokroju „Kong: Skull Island” i „Captain Phillips”. Jackman to dobry rzemieślnik, a jego ścieżka dźwiękowa do „The Predator” to jeden z pozytywnych elementów filmu. Już od samego początku słychać, że Jackman bardzo mocno inspirował się oryginalną ścieżką mistrza Alana Silvestriego sprzed lat. Jest dynamiczna, pełna orkiestralnych instrumentów, a główny motyw muzyczny to skóra zdjęta ze starego klasyka, choć z nowoczesnym twistem. Utwory są różnorodne i podobnie jak w przypadku muzyki do poprzednich filmów mamy żywsze kawałki, jak i te bardziej stonowane. W kinie miałem wrażenie, że w zestawieniu z klasycznym soundtrackiem Silvestriego ścieżka do nowego filmu brzmi trochę jak „odtłuszczona”, jednak wrażenie zatarła to w pełni udana sesja z muzyczną ilustracją Jackmana na domowym nagłośnieniu. Najwyraźniej system w kinie nie podbił odpowiednio muzyki, a i efekt przywiązania do starego dał się zapewne we znaki. Podsumowując, Henry Jackman stanął na wysokości zadania, choć nie da się ukryć, że była to trudna sztuka, biorąc pod uwagę legendarny status muzyki Alana.

Pierwszą część filmu ogląda się całkiem przyzwoicie. Mamy tu godnego swoich poprzedników Predatora, nawiązania do klasyków i ciekawą, zróżnicowaną ekipę ludzkich bohaterów. Niestety później wszystko zmienia się diametralnie w jakąś autoparodię tematu, a krwawa jatka robi się z czasem autoparodystyczna, przez co film pikuje jakościowo w dół, zaliczając szybko dno, którego kulminację mamy w finale i epilogu. Nawiasem mówiąc epilogiem Shane Black po raz kolejny „przeskoczył rekina” jeśli chodzi o tę serię. Wcześniej zrobił to wyjaśniając wedle swojego ekscentrycznego scenariusza dlaczego Predatorzy odwiedzają ziemię, zaprzeczając tym samym poprzednim częściom. Wydawałoby się to kuriozalne, ale z drugiej strony Black to ten sam facet, który z największego przeciwnika Iron Mana zrobił aktora i pijaka. Razi nie tylko kulawa fabuła, ale także strona wizualna filmu jeśli chodzi o komputerowe efekty specjalne, które wyglądają nieprzekonująco i trącają tandetą.

Ostatecznie otrzymaliśmy film zupełnie niepotrzebny, który poziomem przypomina nam o pierwszej filmowej produkcji „Alien vs Predator”. Obejrzeć go można w ramach swoistej ciekawostki, szczególnie jeśli chcemy połechtać swoje receptory nostalgii ponowną wizytą Predatora na błękitnej planecie, lub potraktować w całości jako niezobowiązującą, odmóżdżającą rozrywkę w sam raz na kanapowy spęd ze znajomymi przy piwku, ponieważ nie można odmówić filmowi olbrzymiego ładunku humoru. W innym przypadku można sięgnąć po coś zupełnie innego, a zdecydowanie warto odkurzyć pierwsze dwie części, którym wciąż nic nie brakuje.

 

OCENA :


Templar

 

 

THE PREDATOR – OPINIA NA GORĄCO (dr Gediman) »

THE PREDATOR (2018) – OPIS, ZWIASTUNY, INFORMACJE »

SCIENCE FICTION 2018 – FILMY SCI-FI »

 

źródło foto: imdb.com/title/tt3829266/mediaindex

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 9 Średnia: 4.7]
Komentarze (1)
Dodaj komentarz
  • Mr??

    Ten film to takie 2/10 najwyżej i do tego jedna wielka obraza inteligencji widza.