Film „Predator” (1987) – Akcja, Krew, Przemoc & Testosteron – Recenzja

 

  • Tytuł: Predator
  • Premiera: 12 czerwca 1987 (świat)
  • Reżyseria: John McTiernan
  • Scenariusz: Jim Thomas, John Thomas

Fabuła / opis

Grupa najemników, na czele z majorem Alanem „Dutchem” Schaefferem (Arnold Schwarzenegger), zostaje wezwana na misję do południowoamerykańskiej dżungli. Ich zadaniem jest odbicie grupy ważnych osób z rąk rebeliantów. Sprawy zaczynają się komplikować, gdy ginie jeden z żołnierzy. Okazuje się, że ten teren jest już zajęty przez kogoś innego… Bohaterowie szybko stają się zwierzyną łowną, na którą poluje myśliwy z kosmosu. Czy ktoś zdoła się przeciwstawić obcemu i przeżyć?

 

FILM PREDATOR – RECENZJA / OPINIA

 

Film „Predator” z 1987 roku wprowadził na wielki ekran postać międzygalaktycznego myśliwego o specyficznym kodeksie honoru, zaawansowanym uzbrojeniu i nietuzinkowej fizjonomii. Produkcja ta na zawsze odcisnęła swój ślad w historii kina. Tytułowa bestia miała w nim zarazem szczęście i nieszczęście spotkać jednego z najlepszych reprezentantów ludzkiego gatunku, jakich nosiła nasza planeta: Arnolda „Dutcha” Schwarzeneggera.

Nakręcony przez Johna McTiernana film to od wielu lat klasyka gatunku sci-fi horror. Choć reżyser bardziej kojarzony jest z wypuszczonym rok później filmem „Die Hard” (sławetna „Szklana Pułapka” w polskiej wersji) z wzorową rolą Bruce’a Willisa wcielającego się w nieugiętego Johna McClane’a, to jednak trzeba mu oddać, że w „Predatorze” wykreował coś, czego wcześniej w kinie nie było. Starcie grupy wyszkolonych i uzbrojonych po zęby komandosów z nieznanym przeciwnikiem spoza Ziemi na terenie dżungli do dziś robi niemałe wrażenie i stanowczo opiera się upływowi czasu.

Dość przewrotny jest koncept samego Predatora, bowiem mamy tu do czynienia z istotą, która nie zabija ot tak sobie, czy też stara się przeżyć w konfrontacji z przeciwnikiem, ale kieruje się morderczą pasją związaną z polowaniem na najsilniejszych osobników, wykorzystując do tego nie tylko swoje fizyczne atrybuty, ale także całą gamę technologicznych środków ze swojej planety.

Film „Predator” jest niesamowicie dynamiczny, a akcja cały czas wartko posuwa się do przodu. Sceny walk wciskają w fotel i podkreślają fakt, że film w zasadzie nie zestarzał się ani o jotę. Orgię wybuchów i strzelaniny z wszelakiej broni gwarantuje już w początkowym etapie filmu sprawny nalot naszych herosów na bazę partyzantów. Dalej jest już tylko lepiej… Nie trzeba dodawać, że najbardziej w napięciu trzymają sceny, kiedy tytułowy Łowca skutecznie zamienia komandosów w kolejne trofea swojej kolekcji. Dżungla plus niewidzialny i uzbrojony w wymyślne gadżety przeciwnik z kosmosu – to nie rurki z kremem…

„Predator” pełen jest pamiętnych scen, o których można pisać i pisać. Wystarczy wspomnieć chociażby pierwsze spotkanie Dutcha i Dillona, którzy wymieniają bodajże najbardziej mocarny uścisk dłoni w historii ludzkości, poprzedzony kultowym i dosadnym tekstem Arnolda: „Dillon, you son of a bitch!”.

Dalej mamy lot naszej mocarnej ekipy komandosów śmigłowcem w takt piosenki „Long Tall Sally” w wykonaniu Little Richarda (całość przywołuje klimatem „Czas Apokalipsy”), mini-wojnę w obozie partyzantów, pierwsze spotkanie z nieznanym przeciwnikiem, desperackie karczowanie lasu przez oddział komandosów wszystkim co wypluwa z siebie pociski, pogoń Maca za drapieżcą, z góry przegraną walkę honorowego Billy’ego z potworem, ukazanie się Predatora w pełnej krasie po wyłączeniu optycznego kamuflażu, przygotowania Dutcha do ostatecznej walki z kosmitą, czy wreszcie samą walkę i jej finał.

Aktorsko ten film to prawdziwy majstersztyk. Wydawałoby się, że cały ciężar filmu spocznie na barkach Arnolda Schwarzeneggera i postaci, jaką stworzył, ale tak nie jest. Jego koledzy z planu stworzyli plejadę nie mniej charyzmatycznych postaci, z których każda wnosi coś do filmu. Uwielbiam sytuację, kiedy mam w filmie do czynienia z postaciami, które mogę polubić, zapamiętać (nie tylko z imienia) i którym mogę po prostu kibicować.

Każdy z bohaterów odznacza się indywidualizmem i charakternością, co pokazuje tylko jak dobrze rozpisano role na poziomie tworzenia scenariusza i jak doskonale dobrano aktorów. Świetnie obserwuje się ich w każdej sytuacji – kiedy skaczą sobie do oczu, opowiadają kawały, strzelają do wroga, oddają cześć poległym czy też walczą o przetrwanie. Są wiarygodni zarówno jako aktorzy, jak i odgrywane przez nich postaci.

Oddział mający zmierzyć się z niewidzialnym łowcą jest chyba najtwardszą ekipą, jaką kiedykolwiek zaprezentowano w świecie filmu. Z ekranu aż leje się testosteron, co podkreślają liczne momenty jak wzmiankowany uścisk dłoni starych kumpli na początku filmu, drobne smaczki typu żucie tytoniu przez jednego z bohaterów (Blain) i związana z tym otoczka, częste dowody męstwa i odwagi naszej ekipy w warunkach nieprzyjaznej dżungli, czy wreszcie konfrontacja mano a mano z uzbrojoną po zęby bestią z kosmosu w finale.

Cała militarna otoczka filmu jest wręcz namacalna i gdyby nie postać Predatora, mielibyśmy do czynienia ze świetnym filmem wojennym. W roli komandosów obsadzono dobrze zbudowanych ludzi, z których kilku miało również przeszłość wojskową. Przykładem niech będzie tu Jessie Ventura (Blain), który był członkiem Navy Seals. Wykreował on świetną rolę testosteronowego twardziela z wąsem i potężną „obrotówą” w rękach, który nawet w obliczu zagrożenia nie ma czasu na krwawienie i woli przeżuć kolejną porcję obrzydliwego tytoniu niż się rozczulać.

Wcielający się w rolę „Poncho” Ramireza aktor Richard Chaves służył, tak jak Ventura, w Wietnamie i również stworzył wiarygodną postać silnego żołnierza.

Tężyzną fizyczną wykazał się również Carl Weathers (ekranowy Dillon), kojarzony z rolą zapaśnika w serii „Rocky”, który ma w swojej karierze epizod futbolisty. Jego Dillon to dość złożona jak na skład zwykłych-niezwykłych komandosów postać, bowiem stoi w rozkroku pomiędzy wieloletnią przyjaźnią z Duchem, a obowiązkami człowieka będącego na żołdzie CIA.

Potężny skład uzupełnia postawny Sonny Landham, który mimo roli stonowanego i szlachetnego Indianina Billy’ego, potrzebował na planie obecności jeszcze większego ochroniarza, mającego za zadanie pilnować… wybuchów cholerycznego aktora, skorego do sprzeczek.

Bill Duke (Mac) co prawda nie ma wojskowej przeszłości, jednak jego imponujący wzrost i aktorskie umiejętności jak ulał pasują do schematu kolejnego twardego zawodnika w tej dżungli, który jest również uczestnikiem jednej z najbardziej wzruszających i podniosłych scen w filmie związanej ze śmiercią przyjaciela, a jego wyraźny konflikt z Dillonem dodaje pikanterii relacjom w drużynie.

Na tle naszych zakapiorów wyróżniają się dwie osoby. Pierwszą z nich jest Shane Black grający Hawkinsa. To niewyróżniający się posturą scenarzysta „Commando” (znowu Arnold) i „Zabójczej broni” (warto dodać, że grający tam Danny Glover również zmierzył się z łowcą w sequelu „Predatora”), który dorzucił do filmu element humorystyczny. Jego bohater rzuca bowiem co jakiś czas suche dowcipy oscylujące wokół kobiecych narządów płciowych.

Drugą osobą jest postać Anny Gonsalves (w tej roli Elpidia Carillo), która dopełnia naszą uber-męską ekipę kobiecym elementem. Mimo pozornej roli typowej damy w opałach, Anna z czasem pokazuje, że też jest zahartowana duchem i ma predyspozycje, by przeżyć w dżungli, w której króluje niepodzielnie kosmiczny myśliwy.

Oczywiście klejnotem w koronie jest bezsprzecznie będący wówczas u szczytu swojej formy Arnold Schwarzenegger, jeden z aktorów wszech czasów. Jego major Alan „Dutch” Schaeffer bezwzględnie zdobywa naszą sympatię już od pierwszej sceny, kiedy to w wyjątkowo wyluzowanym nastroju pali cygaro w helikopterze. Kibicujemy mu do samego końca, kiedy to opieczętowany metką „last man standing” rzuca wyzwanie morderczemu przybyszowi z innej planety i ściera się z nim w pojedynku na śmierć i życie. Trzeba przyznać, że rola Arnolda wryła się w pamięć całym rzeszom kinomanów i można ją spokojnie stawiać w jednym rzędzie obok występów w filmach „Terminator”, „Pamięć absolutna” czy „Commando”.

Choć to Arnold Schwarzenegger i jego Dutch zdaje się być głównym protagonistą, w jego tytule widnieje nie bez powodu nazwa „Predator”. Postać łowcy z kosmosu, który wyposażony w broń, będącą kombinacją niezwykle zaawansowanej technologii i łowieckiego arsenału (ostrza, włócznia, strzałki itd.), urządza sobie polowanie na silnych reprezentantów różnych gatunków (w tym przypadku ludzi) – budzi podziw do dziś, szczególnie jeśli skontrastujemy ją z innym kultowym stworem, czyli Xenomorphem.

Podobnie jak czarny koszmar zmaterializowany w postaci Obcego, tak i Predator wymyka się schematycznemu przedstawianiu kosmitów w filmach, zaskakując nas nie tylko swoim modus operandi, ale przede wszystkim interesującym wyglądem, którego próżno szukać we wcześniejszych produkcjach sci-fi. „Ojcami” tej postaci są bracia Jim i John Thomas, natomiast za sam jego wygląd odpowiada nikt inny, jak człowiek-legenda w branży efektów specjalnych, Stan Winston, przy odpowiedniej inspiracji ze strony jeszcze jednej legendy: Jamesa Camerona, twórcy „Terminatora” i „Aliens”.

Kombinacja burzy mózgów czterech panów, szczególnie tych dwóch ostatnich, zaowocowała imponującym, humanoidalnym monstrum o fascynującym orężu, morderczych zapędach/zamiłowaniu do polowań, a przede wszystkim charakterystyczną głową z dredopodobnymi włosami i szczęką, której nie sposób pomylić z żadną inną. Do tego dołożono technologiczne nowinki spoza Ziemi, na czele z kamuflażem i termowizją, jak również zróżnicowanym orężem do walki ze „zwierzyną łowną”. Wszystkie te cechy dały nam postać, która na stałe zapisała się złotymi zgłoskami w historii kina, z łatwością dostając się do panteonu legendarnych stworów z kinowych ekranów.

Postać Predatora wypada na ekranie tym bardziej wiarygodnie, ponieważ do jej stworzenia wykorzystano praktyczne efekty (pomijając efekty specjalne typu kamuflaż czy naramienna broń plazmowa), przez co jako widz jestem w stanie uwierzyć, że nasi bohaterowi starli się w gęstej dżungli z prawdziwą i namacalną bestią z kosmosu. Zdawałoby się, że jest to tylko wysoki facet w wymyślnym kostiumie, jednak wykonanie Predatora, oraz umiejętności przebranego za łowcę Kevina Petera Halla, aktora o imponującej posturze (218 cm wzrostu), dały nam postać, która swoją obecnością na ekranie potrafi wywołać ciarki i stanowić prawdziwe zagrożenie dla niejednego twardziela, w tym samego Arnolda.

Postępując w myśl zasady „najstraszniejsze jest to, czego nie widać”, McTiernan oszczędnie dawkuje widzowi postać nieuchwytnego łowcy przez większość filmu, trzymając nasze nerwy na skraju, podobnie jak robił to lata wcześniej Steven Spielberg w „Szczękach”. W tamtym filmie również nie dane nam było zobaczyć od razu mordującego ludzi potwora, a jego obecność była zaledwie sygnalizowana i podkreślana muzyką. To prawdziwa sztuka, której dziś szukać jak ze świecą.

Smaczku obecności potwora na ekranie dodaje również jego subiektywny punkt widzenia, który zobrazowano przy użyciu kamery termowizyjnej. Daje to poczucie zanurzenia się w sytuacji, zupełnie nowej perspektywie (w końcu nie na co dzień jest nam dane oglądać wydarzenia oczami myśliwego z kosmosu) oraz pogłębia efektu 'ciarogenności’ przy oglądaniu filmu.

Poza grupą ludzkich bohaterów oraz naszym tytułowym kosmitą jest również trzeci bohater filmu, czyli sama dżungla, w której rozgrywa się akcja. Stanowi ona zarazem niemego świadka starć komandosów z kosmicznym łowcą, teren konfrontacji dwóch jakże różnych gatunków, jak również swego rodzaju arsenał dla jednej ze stron konfliktu (ludzi – a w szczególności odgrywany przez Arnolda Dutch – wykorzystujących zastałą „infrastrukturę”) i safari/kamuflaż dla drugiej (Predator). Wybrane w Meksyku plenery okazały się być przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. To miejsce żyje, oddycha, niepokoi dźwiękami lokalnej fauny, a wsparte muzyką Silvestriego – potęguje także napięcie.

Dobry film to także dobra muzyka. Za ścieżkę dźwiękową filmu odpowiada Alan Silverstri, jeden z moich ulubionych kompozytorów w tym fachu, który zasłynął budzącymi podziw muzycznymi ilustracjami do trylogii „Powrót do przyszłości”, „Forrest Gump”, czy też produkcji ze stajni Marvel Studios („Captain America: The First Avenger”, „Avengers” i „Avengers: Infinity War”). W każdym z tych soundtracków zawarł specyficzne dla siebie brzmienie, dzięki czemu z łatwością możemy powiedzieć: „Tak, to nikt inny jak Silvestri.” Utwory ilustrujące poszczególne sceny filmu pasują do nich idealnie, zarówno jeśli chodzi o szybsze momenty wypełnione akcją, jak i spokojniejsze części filmu, jednocześnie niepozbawione napięcia i emocji. Ścieżce tej nie brakuje niczego i jest ona koronnym dowodem na to jakim fachowcem jest Alan. Silvestri stworzył tu idealny, klasyczny mariaż, gdzie na pierwszy plan wychodzi cała gama instrumentów dętych, pianino, perkusja z dynamicznymi i wyrazistymi bębnami na czele itp. Orkiestralne cudo.

Mimo upływu lat „Predator”, film do którego mam olbrzymi sentyment, nie zestarzał się ani trochę, co w przypadku świata filmów jest rzadkością. O ile innej kultowej produkcji z tego gatunku, konkretniej pierwszemu filmowi serii „Obcy”, mogę zarzucić pewną archaiczność (co, podkreślę, nie ujmuje mi nic z odbioru tego świetnego skądinąd filmu), tak obraz autorstwa McTiernana wciąż opiera się zębowi czasu i zaskakuje rozwiązaniami w zakresie efektów specjalnych.

Próżno dziś szukać filmu, który mogę oglądać po raz n-ty i wciąż czuć podobne emocje jak za pierwszym razem. Mając na koncie zapewne kilkadziesiąt seansów z tym filmem nie czuję nigdy zmęczenia materiału, co tylko podkreśla jego status i wiarygodność w oczach widza. Ten pełen akcji, krwi, przemocy, testosteronu i bezkompromisowości film momentalnie transportuje mnie wirem nostalgii do czasów ery VHS, w której królowali herosi pokroju Arnolda i gdzie na porządku dziennym były wyjątkowe, zapierające dech w piersiach rozwiązania techniczne w zakresie efektów specjalnych, kiedy to polegano na praktycznych efektach zamiast na cyfrowym oszukiwaniu widza.

Nie znam osób, które nie widziałaby tego filmu. Jeśli zaś gdzieś tam uchowały się takie jednostki, zróbcie sobie proszę przyjemność i odpalcie ten solidny kawał pełnokrwistej klasyki na DVD, Blu-rayu bądź wysłużonym VHS i zanurzcie się bez reszty w potyczce na życie i śmierć pomiędzy nieuchwytnym drapieżcą z kosmosu i uzbrojonym po zęby oddziałem dzielnych komandosów. To gwarant blisko dwóch godzin niesamowitych przeżyć z wyrazistymi postaciami, ikonicznym potworem, przyśpieszającą serce akcją i muzyką, a wszystko podlane kultowymi one-linerami pokroju „I ain’t got time to bleed”, „If it bleeds, we can kill it”, „Get to the choppa!” oraz „You’re one ugly motherfucker”. Gwarantowany uśmiech równie szeroki jak ten u komandosa Billy’ego, gdy załapał dowcip Hawkinsa o pochwie.

 

OCENA :


Templar

 

PREDATOR – ZWIASTUN

źródło foto: kadry z filmu, uchwycone przez imdb.com/title/tt0093773/mediaindex?ref_=tt_pv_mi_sm

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 16 Średnia: 4.7]
Komentarze (8)
Dodaj komentarz
  • SonKun

    Ah.. Pierwszy raz obejrzałem go na VHS mając może 6 lat. Nie mogłem spać chyba ze dwa tygodnie, ale do tej pory obejrzałem go chyba z 1000 razy i nie mam zamiaru nie oglądnąć go jeszce pare razy. Znam wszystkie teksty na pamięć, dosłownie z japońskim dubbingiem będę wiedział co mówią :D kocham ten film, to absolutnie i bezdyskusyjnie najlepszy film we wszechświecie! Piękna recenzja i aż mi troche wstyd, że dopiero teraz odkryłem Waszą stronkę. Będę zaglądał częściej.

    • AlienHive

      Lepiej późno niż wcale :) Zapraszamy do nas – treści u nas sporo, jest co nadrabiać :)

  • Dawid

    Moja najściślejsza czołówka filmów z Arnoldem Schwarzeneggerem. Szkoda, że nie wystąpił w kontynuacjach Predatora, ale nie spodobało mu się przeniesienie akcji z dżungli do miasta i stracił przez to zainteresowanie. Poza tym, pracował nad drugą częścią Terminatora i nie miał czasu na krwawienie… Tfu, dodatkową produkcję! Pozwoliłem sobie na ten żart, bo również tak jak wy bardzo lubię ten film. A zbereźne kawały Hawkinsa czy końcowe ujawnienie się głównego kosmicznego antagonisty to już prawdziwa klasyka tematu – coś, co stało się prawdziwie ponadczasowe. Bardzo lubię science-fiction. 9/10

  • Anonim

    Świetna recenzja świetnego filmu. To był pierwszy film, który oglądałem na „wideo”, jakoś na początku lat 90tych. A jeśli dziś leci w jakiejkolwiek stacji tv, to też z przyjemnością wracam do tego obrazu, bo jest genialny!:)

  • Rico

    Jacy najemnicy? To grupa żołnierzy. Nie używa się słowa „najemnik” tylko operator. Tacy ludzie (byli wojskowi) są na etatach potężnych firm zajmujących się takim sprawami.
    Zapaśnik? Bokser…………

  • Jakub

    Super Recenzja Predatora,mam na Vhs i na blueray,polecam kazdemu.Jeszcze raz dziekuje za super stronę i wszystkiego dobrego w nowym roku.

    • AlienHive

      Dziękujemy i również udanego Nowego Roku! :)

  • jabol_punk

    Świetna recka, i pomyśleć że pradator miał wyglądać jak jakaś przerośnieta mrówka i Van Damme miał grać w tej roli, ciekawe jak zapisał by się wtedy w histori ale na szczęście stalo się inaczej i szczerze oglądając pierwszy raz film na vhs z tym charakterystycznym lektorem z tvp klimat pierwsza klasa mam tak samo mogę oglądać ten film co weekend a i tak się nie nudzi mam nadzieje że nadchodzący film dorówna chociaż w połowie temu arcydziełu;)