VALERIAN I MIASTO TYSIĄCA PLANT – Recenzja Guliego
Sezon letni, tradycyjnie najbardziej naładowany filmowymi hitami, nie był łaskawy dla gatunku Science Fiction. Dominowały produkcje o superbohaterach oraz kontynuacje filmowych hitów w rodzaju Transformers czy Piraci z Karaibów. Wysokobudżetowe Science Fiction z prawdziwego zdarzenia miał reprezentować tylko jeden film: „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Space Opera o galaktycznych proporcjach i w dodatku wyreżyserowana przez Luca Bessona.
Od momentu kiedy pojawił się pierwszy zwiastun filmu „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” miałem wątpliwości co do jego strony wizualnej. Na ekranie zaczęły pojawiać się super kolorowe obrazy, tysiące szczegółów, mnóstwo nieznanych form. Zwiastun Valeriana niebezpiecznie przypominał inną wysokobudżetową Space Operę z ostatnich lat – „Jupiter: Ascending” braci Wachowskich.
Sądziłem, że pomimo średniego trailera, talent Bessona zagwarantuje, że film będzie niezwykły. Miałem wszelkie podstawy, żeby ten film wspierać. Lubię produkcje Luca Bessona (przede wszystkim Wielki Błękit i Leona Zawodowca), za ich oryginalność, a także za francuską egzotykę (w Leonie Zawodowcu nawet Nowy Jork, z wolna wyrastający nad Central Parkiem, ukazany został jak super egzotyczne miasto). Francuskie akcenty mogły dać powiew świeżości zastałemu Hollywood, używającemu ciągle tych samych schematów.
Tak się jednak nie stało.
Fabuła filmu „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” skupia się wokół poszukiwania Convertera – mitycznego zwierzęcia żyjącego na zniszczonej od ponad 30 lat planecie Mul, które ma niezwykłą moc pomnażania zjedzonych przedmiotów. O tą istotę walczy kilka grup oraz agenci międzynarodowej stacji kosmicznej Alpha – Major Valerian i Sierżant Laureline. W procesie przejęcia Convertera odkrywają oni prawdziwą historię zniszczenia planety Mul oraz kto jest za to odpowiedzialny.
W założeniu fabuła brzmi ciekawie, jednak film jest tak chaotyczny, że główna historia spada na dalszy plan i odzyskuje swoją moc dopiero pod koniec filmu. Im bliżej szczegółów i konkretnych scen tym scenariusz jest coraz bardziej kiepski. Dialogi są w większości słabe. Sceny ułożone są chaotycznie. Trudno zorientować się, co dzieje się na ekranie, a przez to przestajemy przejmować się losem bohaterów.
Brak empatycznej więzi z bohaterami i historią nie jest jednak winą tylko scenariusza, „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” jest nieprzekonywujący również ze względu na wątpliwej jakości aktorstwo.
Aktorzy w Valerianie nie są źli, ale pamiętajmy, że film kosztował 170 milionów dolarów. Besson mógł w ramach takiego budżetu zatrudnić najlepszych aktorów na świecie. Moim zdaniem reżyser wybrał kiepsko.
W główną rolę Valeriana wcielił się Dane DeHaan, znany głównie z ambitnych, niskobudżetowych produkcji. Nie był to dobry wybór. W założeniu Valerian miał być bezczelnym kobieciarzem, który ma jednak dobre serce. Valerian DeHaana zachowuje się nerwowo, szczególnie w kontakcie ze swoją partnerką Sierżant Laureline. Jego mowa ciała jest chaotyczna, zachowuje się jak młody przestraszony chłopak zagadujący do pięknej dziewczyny. Takie aktorstwo może sprawdziłoby się w filmie o nastolatkach z High Schoolu, ale od galaktycznego wojownika oczekujemy więcej werwy, więcej pewności siebie, więcej charakteru. DeHaana jest tak niepewny w swoich zachowaniach, że i my zaczynamy się martwić czy mu się poszczęści.
W niczym nie przypomina kosmicznego awanturnika jakim jest np. Han Solo.
Główną rola kobieca – Sierżant Laureline przypadła aktorce/modelce Carze Delevingne. Cara jako aktorka posiada pewien urok, ale Besson i w tym przypadku mógł wybrać lepiej. Care widziałbym idealnie w roli drugoplanowej, na pierwszoplanową rolę kobiecą brakuje jej jednak talentu i charyzmy. Jej mimika jest dość jednostajna. Przez większość filmu Cara wygląda na nieco wyniosłą, obrażoną modelkę.
Najgorzej wypada jednak relacja pomiędzy dwójką bohaterów. Czuć zupełny brak chemii. O ile sytuacja lekkiego skrępowania dopuszczalna byłaby przy pierwszym poznaniu, o tyle bohaterowie filmu „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” są już parą i wkrótce mają się pobrać. Pomimo zaawansowania ich związku nadal czuć jakby dopiero się poznawali.
Winą za brak chemii w większym stopniu obarczam DeHanna niż Care Delevinge. Wyniosła i nieprzystępna była też Michelle Pfeiffer w „Scarface”, a jednak trudno odmówić braku chemii pomiędzy nią a Alem Pacino. DeHannowi zabrakło przysłowiowych „jaj”, żeby dobrze zagrać tę rolę.
Role drugoplanowe nie rzucają na kolana. Najlepiej wypada Clive Owen w roli Komandora Arun Filitt. Gra postać teoretycznie najbardziej niejednoznaczną i najbardziej nacechowaną sprzecznościami. Owen wychodzi obronną ręką z tego zadania. Jesteśmy w stanie uwierzyć w jego postać. Arun Filitt gra w Valerianie o najwyższe stawki. Zmaga się z konfliktem pomiędzy lojalnością wobec swoich ludzi, a próbą ratowania samego siebie.
Znacznie gorzej wypadają dwie inne „gwiazdy” obsadzone w Valerianie. Pierwszą jest Ethan Hawke, który gra postać biznesmena-cwaniaka. Hawke stara się tak bardzo wejść w rolę, że staje się to komiczne. Ethan Hawke sprawia wrażenie człowieka, który do świata Valeriana trafił przypadkiem i tam nie pasuje.
Drugą osobą, która może budzić kontrowersje jest Rihanna. Mam mieszane uczucia co do jej roli. Z jednej strony historia postaci, którą gra Rihanna jest jednym z najbardziej emocjonalnych momentów w tym filmie. Krótki fragment, kiedy postać grana przez Rihanne opowiada o poszukiwaniu swojej tożsamości jest przyjemnym odstępstwem od generalnie infantylnego charakteru tego filmu, z drugiej strony słaby scenariusz szybko zamienia jej postać w dostarczyciela nowych gagów i śmiechu, psując jej występ.
Jestem w stanie polubić film za wspaniały świat, nawet jeśli fabuła mnie nie przekonuje, nawet jeśli aktorstwo nie jest perfekcyjne. W przypadku Valeriana, wielu komentatorów wskazywało, że o ile fabuła nie trzyma się kupy, o tyle strona wizualna i wygenerowany świat jest wspaniały.
Nie do końca podzielam jednak tę opinię.
Strona wizualna Valeriana na pewno jest interesująca i ciekawa. Film stoi wizualnie wyżej niż „Guardians of Galaxy”. W filmach Marvela kosmiczne plenery są często nieznośnie powtarzalne i pozbawione życia, jakby generowane metodą kopiuj-wklej. W przypadku produkcji „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” mamy bogaty, tętniący życiem świat. Jest to na pewno aspekt, który powoduje, że film Bessona ogląda się przyjemnie.
Luc Besson ma specyficzny styl, który cenię. Nie jest to mój ulubiony reżyser, ale jego filmy działały na moją wyobraźnię w latach 90-tych. W Valerianie miejscami widać ten super intensywny, nieco chaotyczny styl.
Elementem filmu za który należy docenić Bessona jest jego kreatywność i odwaga w wymyślaniu najdziwniejszych rzeczy. W filmie jest tak dużo nowych pomysłów, wymyślnych maszyn, nowych gatunków, że nasz mózg jest cały czas w stanie intensywnej nauki. Ten kij ma jednak dwa końce. Swobodna kreatywność, która pomaga w tworzeniu wspaniałych światów, dopuszcza w Valerianie na zbyt wiele.
Po pewnym czasie odczuwamy przesyt nowymi formami, nowymi wizualnymi fajerwerkami. Na ekranie dzieje się zbyt wiele.
Obok wspaniałych, oryginalnych ras i form życia, pojawiają się obłe potwory zrobione w jakości CGI z lat 90-tych. Mamy również wersję kosmicznej rodziny Kiepskich, gdzie mama z trwałą na głowie przymierza ciuchy, a tata, popija jakiś napój, będąc rozwalonym w fotelu.
Opisywany film bywa tak infantylny, że zaczynamy tęsknić za czymś poważniejszym. Świat w Valerianie wyglądał miejscami bardzo oryginalnie i pomysłowo, niestety dużo częściej przypominał uniwersum rodem z filmu animowanego dla dzieci, niż epopeje Science Fiction dla dorosłych.
Ani razu sensorycznie i emocjonalnie nie mogłem się wczuć w to, co dzieje się na ekranie. Na pewno nie pomogły mi w tym postacie wygenerowane metodą CGI. Poziom tych postaci zarówno względem ich kreskówkowego wyglądu jak i infantylnego, wyolbrzymionego zachowania przypomina dokonania Georga Lucasa z pierwszych trzech epizodów serii „Gwiezdne Wojny”. Najnowsze części „Star Wars” podobają mi się tak bardzo dlatego, że postawiony został szlaban na niepotrzebne zdziecinnienie. Poważniejszy styl wizualny i bardziej realistyczne postacie uczyniły ze serii Lucasa niemal epickie widowisko. Tymczasem Luc Besson zaczerpnął z „Gwiezdnych Wojen” te elementy, które były tam najsłabsze.
Muzyka w filmie nie została przeze mnie zarejestrowana, nie było żadnych momentów, w których strona muzyczna w jakikolwiek sposób mnie poruszyła. W przypadku produkcji Science Fiction jest to poważny zarzut, bowiem oprawa muzyczna może odgrywać niesamowitą rolę i całkowicie zmienić odbiór filmu. Przykładowo w „Alien:Covenant” kompozycje Jeda Kurzela pozostały ze mną na długo.
W bliższych Valerianowi klimatach Space Opery mamy przecież „Gwiezdne Wojny”, których ścieżka dźwiękowa stała się już częścią popkultury. Do głowy przychodzi mi jeszcze epicka gra „Mass Effect”, w której różnorodność ras i lokacji wyróżniona została wspaniałą muzyką.
Bardzo chciałem, żeby nowy film Bessona odniósł sukces, ponieważ reprezentuje on kino europejskie i jest filmem Science Fiction, w którym reżyser nie bał się narzucić swojej wizji.
Niestety nie mogę ocenić Valeriana pozytywnie. Dla wielu komentatorów „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” to zmarnowany potencjał. Nie dostrzegłem jednak tego potencjału, ani w stronie wizualnej, ani fabularnej. Natomiast świetnie się na Valerianie bawiłem, gdyż nie sposób się na nim nudzić. Pod kątem czystej rozrywki filmy Luca Bessona to zaprzeczenie nudy.
Guli
Zwięzła recenzja Dr Gedimana >>
Zwiastuny filmu „Valerian” i Informacje >>
Wszystkie filmy SF 2017 roku >>
źródło foto: www.imdb.com/title/tt2239822/mediaindex?ref_=tt_pv_mi_sm
*Sióstr Wachowski ;)