Film „Łotr 1. Gwiezdne Wojny Historie” / „Rogue One” – Recenzja

 

Film „Rogue One” / „Łotr 1” – Informacje:

  • tytuł polski: Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie
  • tytuł oryginalny: Rogue One: A Star Wars Story
  • premiera: 15 grudnia 2016 (Polska), 14 grudnia 2016 (świat)
  • reżyseria: Gareth Edwards
  • scenariusz: John Knoll, Gary Whitta

 

Fabuła / Opis

Akcja filmu toczy się między historią znaną z epizodu trzeciego oraz czwartego „Gwiezdnych Wojen”. Film opowiada o oddziale rebeliantów, którzy otrzymują misję wykradnięcia planów powstającej, potężnej broni Imperium – Gwiazdy Śmierci.

 

Recenzja

Po wielu dekadach otrzymaliśmy film z uniwersum Star Wars, który nie należy do głównej serii. Nie zapominam o „Ewoks: The Battle for Endor”, ani mniejszych telewizyjnych produkcjach, ale „Rogue One” jest pierwszym pobocznym filmem Sagi „Gwiezdne Wojny”, który wyprodukowano z tak dużym rozmachem i promowano z równie wielką pompą. Ze wszystkich zapowiedzianych dotąd dzieł z serii „A Star Wars Story”, to właśnie ten aspekt wydaje się najbardziej interesujący. W przypadku „Rogue One”, to nie główni bohaterowie mieli „sprzedać” film, ale kontekst historyczny.
Podejrzewam, że prawie każdy fan Star Wars, wyobrażał sobie jak mogło wyglądać mityczne wykradanie danych dotyczących Gwiazdy Śmierci z rąk Imperium. Zazwyczaj w takich przypadkach jestem zdania, że nie wszystko warto pokazywać, nie każdy wątek rozwijać, bo owiany mgłą tajemnicy jest zdecydowanie bardziej ekscytujący. Tym razem jednak musiałem odpuścić, gdyż ta historia aż prosiła się o ekranizację. Pytanie brzmi – jak to finalnie wyszło i czy „Łotr 1” jest godny kanonu? Trzeba pamiętać, że temat dotyczy „Gwiezdnych Wojen”, a fani traktują kanon jako świętość.

Moim zdaniem, udało się całkiem przyzwoicie. Film „Łotr 1. Gwiezdne Wojny – Historie” można było zepsuć na wiele sposobów, ale scenarzyści Chris Weitz i Tony Gilroy oraz reżyser Gareth Edwards nie muszą się wstydzić swojej, bez wątpienia ciężkiej pracy.

Historia jest dosyć prosta. Kiedy Jyn Erso jest jeszcze dzieckiem zostaje osierocona.
Imperium szantażem zmusza jej ojca, do współpracy nad nową, potężną bronią. Rodzina zostaje rozdzielona, mija wiele lat. Niespodziewanie losy Jyn splatają się z losami rebeliantów walczących przeciw imperialnej tyranii. Bohaterka staje w obliczu decyzji, która zaważy na przyszłości jej i reszty galaktyki.

Esencją „Gwiezdnych Wojen” zawsze były proste (z pozoru) historie. Najważniejszym jednak zawsze był fakt, jak to się ostatecznie przedstawiało jako film.

Miejmy z głowy nieprzyjemności. Największą wadą „Rogue One” jest mocno utrudnione emocjonalnie związanie się widza z głównymi bohaterami filmu. Jako, że mamy zasadniczo do czynienia z filmem wojennym, nie może dziwić, iż akcja toczy się w zawrotnym tempie. W przypadku „R1” będziemy jednak bardziej kibicować samej sprawie niż głównym bohaterom. Szkoda, bo niektóre z tych postaci wydają się bardzo interesujące, a niewiele się o nich dowiadujemy. Z radością wydłużyłbym film o przynajmniej 30 minut, aby starczyło czasu na odpowiednie rozwinięcie pewnych wątków. Zwłaszcza zakończenie i połączenie „Rogue One” z wydarzeniami przedstawionymi w „Nowej nadziei” wydaje się mocno popędzone i skompresowane. Gdyby w taki sposób przedstawiano przygody z oryginalnej trylogii, to każdy z tych filmów trwałby po godzinie.

W pozostałym zakresie nie ma zbyt wielu powodów do narzekań. Jedną z głównych zalet filmu „Łotr 1” jest dosyć wyraźna zmiana tonu w stosunku do produkcji z głównej serii. Twórcy pokazali, że nie trzeba filmowi doklejać znaczka „R Rated”, aby zrobić z niego prawdziwy wojenny obraz, pełen konwencjonalnych dla tego typu kina dylematów moralnych i poświęceń. Przyzwyczailiśmy się, że w oryginalnej trylogii kwestię Rebelii i Imperium przedstawiono w sposób czarno-biały. „Rogue One” zrywa z tym na dobre. O ile „Przebudzenie Mocy” przedstawiało dylematy bohaterów stojących po ciemnej stronie, tak tym razem ukazano nam skazy na obliczu Rebelii, która (podobnie jak Imperium) pełna jest wewnętrznych sprzeczności, niepewności i braku wzajemnego zaufania.
Niestety również te wątki ucierpiały trochę przez mocno galopującą akcję i nad pewnymi kwestiami zaczniemy się zastanawiać już po filmie, a nie w jego trakcie. Mimo wszystko, „Rogue One” jest dużym powiewem świeżości dla uniwersum SW (a pod tym względem rozczarowaniem było nawet „Przebudzenie Mocy”).

Warto również zaznaczyć, że „Łotr 1” jest pierwszym filmem Star Wars, w którym Jedi praktycznie nie istnieją. „Nowa nadzieja” dopiero nadchodzi, ostatni żyjący rycerz ukrywa się na Tatooine, a Luke Skywalker zasuwa na polu i marzy o byciu pilotem. Kultura Jedi jest uznana za wymarłą, a ci którzy nadal w nią wierzą (jak Chirrut Îmwe – jeden z głównych bohaterów) uważani są za dziwaków. Nie zobaczymy zatem w „Rogue One” walk na miecze świetlne, chociaż sam miecz się pojawi.
To jeszcze nie jest etap walki Jedi z Sith. To walka zwykłych rebeliantów z Imperium, w którą żadne wyższe moce nie są jeszcze jawnie zaangażowane.

W „Rogue One” nie zebrano gwiazdorskiej obsady. Nowe twarze stanowią element działający zdecydowanie na plus produkcji. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby grał w tym filmie np.: Chris Pratt, bo skojarzenia ze Star Lordem byłyby nie do zniesienia.

Aktorzy nie mają może zbyt dużego pola do popisu, ale wypadają bardzo przyzwoicie. Irytowała mnie jedynie wymalowana Felicity Jones (w roli Jyn), która momentami sprawiała wrażenie zbuntowanej nastolatki. Zdecydowanie lepiej wypadają tu Diego Luna (Cassian Andor), czy też Riz Ahmed (Bodhi Rook). Na największe brawa zasługuje jednak Ben Mendelsohn, który wcielił się w rolę Dyrektora Orsona Krennica, surowego imperialnego dowódcy o wielkich ambicjach, ale zranioną dumą. Można wyraźnie odczuć, że mamy tu do czynienia ze starym dobrym Imperium, a nie raczkującym i trochę nieporadnym Najwyższym Porządkiem.

Po premierze „Przebudzenia Mocy”, pojawiło się wiele opinii, że przesadzono w tak zwanym „fan service”, czyli dogadzaniu fanom na siłę umieszczając w filmie elementy mocno nacechowane nostalgią (np. postacie z oryginalnej trylogii, lub takie smaczki jak hologramowe „szachy” z „Nowej nadziei”).
W „Rogue One” również się takie rzeczy pojawiają. Niektóre są bardziej, a niektóre mniej nachalne, sami musicie to ocenić. Myślę jednak, że uśmiech wielokrotnie zagości na twarzach największych fanów serii. „R1” próbuje nawet nadać sens legendarnej zagwozdki, jak Imperium mogło zostawić tak oczywistą kreślarską furtkę do zniszczenie swojej największej broni. Wam pozostawiam ocenę, czy wyjaśniono to w wystarczająco wiarygodny sposób, czy nie.

Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie. Zachowano zdrowy balans między efektami praktycznymi, a komputerowymi. Z tymi drugimi przesadzono jedynie przy tworzeniu niektórych postaci. Wiem, że ten element traktuje się jako spoiler więc nie napisze więcej, ale będziecie wiedzieli, o co mi chodzi, kiedy zobaczycie film.
Szkoda jednak, że takie zabawy CGI bardzo szybko się zestarzeją, co stanowi zmorę prequeli Star Wars oraz „wersji specjalnych” (gdy praktyczne efekty z oryginałów, nadal są aktualne i robią piorunujące wrażenie).

Natomiast odnośnie wykorzystania efektów przy scenach batalistycznych, wypada to wybornie. Po prostu obrazy wciskają człowieka głęboko w fotel. Mieszanka tradycyjnych i namacalnych modeli oraz generowanej komputerowo otoczki pola bitewnego skutkuje wiarygodnym obrazem. Wyjątkowo urzekła mnie dbałość o detale i umiejętność reżysera w kreowaniu, nazwijmy to – poszerzonego pola widzenia. Jako widz miałem wrażenie przebywania w samym centrum działań zbrojnych. Wszystko, co widzimy jest częścią trwającej bitwy. Jeżeli skupiamy się na walce w powietrzu, jej efekt zaraz obserwujemy z poziomu rebelianta walczącego na ziemi. Nie nabieramy dystansu, nie patrzymy na wszystko z lotu ptaka. Wsiąkamy w walkę i jesteśmy jej częścią. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że od strony batalistycznej „Rogue One” dostarczył nam najlepszych wrażeń w historii Sagi.

Bardzo ucieszyło mnie za to zachowanie wizualnej zgodności z retro klimatem oryginalnej trylogii (czemu, z nie najlepszym rezultatem, nie podporządkował się np. Ridley Scott w „Prometeuszu”, który miał być prequelem pierwszego „Obcego”). Oczywiście, minęło prawie 40 lat od premiery pierwszych „Gwiezdnych Wojen” i z kinematograficznych względów, „Rogue One” wydaje się być odległy od tamtych filmów, ale twórcy dołożyli wszelkich starań, aby przypominać nam, że fabularnie jesteśmy bardzo blisko „Nowej nadziei”.

Zbliżając się ku końcowi recenzji, muszę bardzo pochwalić ścieżkę dźwiękową autorstwa Michaela Giacchino. Kompozytor ten zaczynał od soundtracków do gier video, a obecnie świeci triumfy doskonałymi działami stworzonymi do hollywoodzkich gigantów (w tym rewelacyjne ścieżki do „Jurassic World” i „Doktora Strange’a”). John Williams (którego „Przebudzenie Mocy” jest lekkim spadkiem formy) z pewnością może być dumny z takiego następcy. Nowe motywy skomponowane przez Giacchino, doskonale podkreślają mroczny charakter „Rouge One”. Wprawdzie nowe ujęcie głównego motywu Star Wars, może się wydać trochę zbyt karykaturalne, ale poza tym jestem na tak.

Podsumowując, film „Rogue One. A Star Wars Story” to bardzo udane zapoczątkowanie serii „Gwiezdne Wojny – Historie”. Nie jest oczywiście pozbawiony wad, ale jak na film, który z natury jest dziełem pobocznym (czyli mniej istotnym) względem trzech głównych trylogii, to mamy do czynienia z całkiem odważnym i dającym wiele radości dziełem, które powinno zadowolić większość zatwardziałych fanów Star Wars, jak i niedzielnych kinomanów. Wiele osób zarzuci temu filmowi naiwne skróty fabularne, nielogiczność, czy brak spójności, ale takie rzeczy od zawsze były plagą Star Wars i w każdym filmie z tej serii znajdziemy trochę „baboli”. Niemniej jednak one też mają przecież swój urok.
Nie warto się zastanawiać, tylko ruszać do kina!

OCENA: 7/10

Jonesy
korekta + swoje 3 grosze – Dr. Gediman

Przeczytaj recenzję redaktora Guli >>

Trailer / zwiastun

  • Behind The Scenes

Zobacz także:

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 26 Średnia: 4]
Komentarze (3)
Dodaj komentarz
  • Green

    Film nie budzi niestety żadnych emocji. Pozbawiony klimatu i atmosfery, pełen miałkich postaci, których los nie obchodzi widza w najmniejszym stopniu, z oklepaną fabułą, chaotyczną narracją (szczególnie na początku) i kulminacją będącą wodotryskiem efektów specjalnych. Przykre, że zalew kiczu i sztampy jaki serwuje nam od lat Marvel niektórym kompletnie wypalił kubki smakowe i nie są już w stanie odróżnić tandety od dobrego kina (ktoś na filmwebie określił te filmidło „pełnoprawnym dramatem wojennym” sic!).

  • Hoc

    Byłem, zobaczyłem, zostałem zdobyty !
    Dużo lepsze od przebudzenia.
    Jeśli z takim przytupem będzie kolejny spinoff z SW to czekam na historie o łowcach nagród.
    Jedynie co nie przypadło mi do gustu to rola Foresta W.

  • Falowniki

    Ja jestem ciekaw jak wyjdzie. Jako wielki fan gwiezdnych wojen nie mogę się doczekać. Plejada gwiazd, szybka akcja, dla mnie rewelacja.