- tytuł: Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy
- tytuł oryginalny: Star Wars: The Force Awakens
- reżyseria: J.J. Abrams
- scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams, Michael Arndt
- premiera: 18 grudnia 2015 (Polska), 14 grudnia 2015 (USA)
Należę do pokolenia, które wychowało się na „Star Wars”, które na machiny kroczące mówiło „śniegołazy” i które wie, co to znaczy stoczyć imperialną bitwę podczas międzylekcyjnej przerwy, bez udziału komputera czy komórki, lecz za pomocą gumowanych figurek szturmowców, noszonych przez każdego ucznia w kieszeni fartuszka.
Nie jestem w stanie opisać, co „Gwiezdne wojny” zrobiły w głowie bardzo młodego człowieka o więcej niż bujnej wyobraźni, jakim byłem, gdy wchodziły na polskie ekrany. Napiszę tylko, że nie byłoby Alien Hive, ani tego artykułu, gdyby saga Lucasa nigdy nie trafiła do kin. „Star Wars”, podobnie jak saga „Obcy”, znacznie przyczyniły się do mojej nieuleczalnej choroby zwanej „fascynacja fantastyką”.
Każda premiera „Gwiezdnych wojen” jest dla mnie dobrym powodem do wspomnień i sentymentalnych uniesień. Niemniej nie będę Was zanudzał moimi refleksjami na temat całej sagi i jej ogólnego, niepodważalnego wpływu na światowe kino. Wspomnę tylko ważną kwestię, która spowodowała pewien niesmak przy odbiorze „Przebudzenia Mocy”. Zacznę zatem od negatywów produkcji, a tych się trochę nazbierało.
Wydaje mi się, że nikt zbiorowej fascynacji uniwersum „Gwiezdnych wojen” i jego wpływu na całe pokolenia miłośników fantastyki nie mógł ani zaplanować, ani przewidzieć. Siłą pierwotnej wizji George’a Lucasa była w dużej mierze twórcza spontaniczność, pewna doza nieskrępowanego szaleństwa, która w latach 80-tych emanowała z kina nowej przygody.
Czy po 30 latach marketingowych doświadczeń, stałym umacnianiu marki Star Wars i lustrowaniu wymagań fanów, możemy jeszcze mówić o owej spontanicznej twórczości? Szczerze wątpię by J.J. Abrams miał tyle swobody, co Lucas reżyserując chociażby niezbyt dawne, prequelowe epizody I-III, a o „Nowej nadziei” nie wspominając.
Nawet jeżeli prawda była odmienna, odnoszę wrażenie, że Abramsowi narzucono ścisłe ramy czy widełki, w których mógł się poruszać oraz odgórnie nakazano powstrzymać się od nadmiaru eksperymentów. „Przebudzenie Mocy” emanuje bowiem wtórnością, powielaniem schematów fabularnych i sztandarowych wątków kultowych części sagi, a zwłaszcza „Nowej nadziei”.
Disney tą produkcją najwyraźniej chciał uspokoić fanów „Gwiezdnych wojen”, obawiających się nadmiernego zmienienia sagi i przekształcenia jej w bliżej nieokreśloną, płytszą formę.
Stworzono zatem film bezpieczny, czerpiący garściami ze sprawdzonych już elementów fabularnych, mający, nieco zbyt nachalnie, przypodobać się miłośnikom pierwotnej trylogii. Spontaniczność to chyba ostatni z elementów jaki miał miejsce przy powstawaniu „The Force Awakens”. Przełożyło się to na pewien strach twórców tego filmu przed wdrożeniem czegoś zupełnie innego, a zatem i zaskakującego.
Skoro zacząłem od wad filmu, muszę obok zbytniej wtórności względem „Nowej Nadziei”, wskazać także kilka słabo wiarygodnych i grubymi nićmi szytych scen oraz fabularnych zwrotów akcji.
Aby nie spoilerować, nie będę oczywiście zdradzał, o które momenty chodzi. Zwrócę tylko uwagę na zadziwiającą łatwość w odkrywaniu dużych możliwości Mocy wśród niedoświadczonych jej użytkowników, przez co atrybut rycerzy Jedi stracił swoje mistyczne znaczenie. Świetlny miecz w „The Force Awakens” stał się zaledwie zwykłą bronią, którą mogą skutecznie posługiwać się osoby bez jakiegokolwiek przeszkolenia w tajnikach Mocy.
Rozwiązania fabularne zaproponowane w „Przebudzeniu Mocy” minimalizują, bagatelizują lub wręcz całkowicie pomijają także rolę mentora, bardzo istotną w całej sadze i dotychczas niezbędną, by pomóc szkolonemu osiągnąć wyższy poziom wtajemniczenia w sekrety Mocy.
Głównym bohaterom niestety brakuje wiarygodnej motywacji ich wyborów i poczynań. Efekt ten wynikł z wdrożenia nadmiernych skrótów narracyjnych i braku odpowiednio rozbudowanego wprowadzenia w świat „Przebudzenia mocy”. Wszystko, zwłaszcza w pierwszej części trwania filmu, dzieje się nazbyt szybko, główni bohaterowie są przedstawieni zbyt szczątkowo, co łatwo rodzi zastrzeżenia i może podważyć konstrukcję fabularnych wątków pobocznych, jak i wiarygodność zaprezentowanego zarysu postaci.
Kolejnym „nalotem” jakoby wymuszonym przez nawiązania do dawnej trylogii i nieśmiertelnego duetu Solo-Leia, jest znów dość nachalne narzucenie nam wzrastającej więzi między Finnem, a Rey. Niestety, ale chemia między tymi postaciami nie istnieje, mimo iż aktorzy usilnie starają się temu zaprzeczyć ;). Mam nadzieję, że w następnych częściach iskrzenie między nimi będzie namacalne, a nie tylko napisane w scenariuszu.
Ciężko jest pogodzić się ze zmarnowaniem przez scenarzystów ogromnego potencjału postaci Kylo Rena. Skoro tak mocno twórcy filmu trzymali się rozwiązań znanych z „Nowej nadziei”, dlaczego pozwolili bohaterowi zdjąć maskę? Czy nie lepiej byłoby poznać twarz Rena w następnej częściach, jak stało się w przypadku Vadera? Obnażony Ren traci poważanie ze sceny na scenę, nie tylko jednak przez brak maski, lecz także przez obdarcie tej postaci z tajemniczości. Im więcej się o nim dowiadujemy, tym wzbudza mniejszą grozę i w efekcie końcowym wywołuje zaledwie politowanie. Pozostaje mi wierzyć, iż postać ta dopiero rozwinie się w kolejnych częściach i co ważnie – dojrzeje, by wznieść się ponad przedstawiony teraz obraz rozwydrzonego antagonisty.
Można się także zastanawiać, czy koniecznym było przedstawienie postaci Generała Huxa lub Kapitan Phasmy w kilku rwanych scenach, które w „Przebudzeniu Mocy” nic nie wniosły, prócz zapowiedzi, że tych bohaterów obejrzymy w kolejnym epizodzie lub epizodach.
Dobrze… Obiecuję, że to koniec marudzenia. :) Zajmijmy się pozytywami produkcji Abramsa…
Wspomnianą wyżej wtórność oczywiście można uznać za sporą wadę produkcji, ale paradoksalnie zabieg ten, mimo iż teraz wywołuje pewien niedosyt, w przyszłości może wyjść sadze na dobre.
Abrams musiał stworzyć dzieło, które zamiast dzielić fanów, spróbuje ich połączyć. Stanął przed zadaniem poukładania „Star Wars” na nowo i stworzenia podwalin pod następne historie. Aspekt ekonomiczny, który w obecnym kinie „dla każdego widza” odgrywa istotną rolę, zaważył na kształcie „Przebudzenia Mocy”, filmie ewidentnie przejściowym.
Czy reżyserowi udało się wykonać trudne zadanie? Trzeba przyznać, że Abrams pieczołowicie odrobił zadanie domowe i z godnym podziwu wyczuciem powiązał przeszłość sagi z jej przyszłością. Nie eksperymentował z konwencją i zadbał o wymagany przez chyba wszystkich szacunek dla pierwotnych części sagi. Jednocześnie udało mu się zachować jej unikalność i odrębność w porównaniu do innych uniwersów, jak chociażby „Star Trek”.
Pozwolił nam posmakować przyszłości, przedstawił “młody narybek”, jednocześnie dbając o sentymentalny wydźwięk widoczny w wielu scenach z udziałem dobrze znanych nam bohaterów, robotów i pojazdów. Każdy ów symbol pierwotnej sagi z lat 80-tych był traktowany ze szczególną wyniosłością. Ich pojedyncze pojawianie się na ekranie zawsze było finałem długiej, misternie konstruowanej sceny, mającej odpowiednio przygotować widza. Efekt okazał się świetny – przyznam się, że kilka razy w oczach zakręciła mi się łezka.
Trzeba przyznać J.J., że umiejętnie wkomponował nowych bohaterów do starszego, dobrze znanego nam zespołu. Z postaci Lei i Hana Solo emanuje doświadczenie, mądrość i spokój, a z Finna oraz Rey aż bucha kipiąca w nich, młodzieńcza energia. Chociaż do gry Johna Boyega (Finn) można mieć pewne zastrzeżenia, Daisy Ridley (Rey) łatwo zdobywa naszą sympatię i wszystko wskazuje na to, że stanie się silnym kobiecym charakterem, następną kobiecą ikoną sagi. Byle tylko nie zwalniała tempa i nie tłumiła ekspresji w kolejnych częściach.
Między oba dobrze znane nam roboty C3-PO i R2-D2, piorunująco wcisnął się uroczy BB-8. Chylę czoło przed twórcami, naprawdę nowa maskotka sagi jest rozbrajająca – kto nie śmiał się przy numerze z palnikiem?
Duże znaczenie w budowaniu nastroju filmu miała muzyka Johna Williamsa. Inna niż w poprzednich częściach, gdyż poza klasycznym początkiem, nie wybijająca się na pierwszy plan. Stonowana, rozbrzmiewająca w tle, pozbawiona mocnego wątku przewodniego, ale potrafiąca jednak bardzo dobrze potęgować doznania wizualne widza. Gdy trzeba było wzmacniała dramaturgię lub sentymentalną nutą pomagała wycisnąć łzę. Majstersztykiem jest wymruczany przez chór utwór „Snoke”, który poznaliśmy już częściowo w epizodzie III i który teraz wzmocnił scenę rozmowy Mistrza z uczniem. Szczególnie udanie wypadł także smyczkowy utwór „Starkiller”, który w połączeniu z zapierającą dech wizualizacją, powodował dreszcz emocji na plecach.
Mówiąc o sferze wizualnej, aby pojąć jak mocno film „Przebudzenie Mocy” zostawia konkurencję w tyle, potrzebowałem obejrzeć go dwukrotnie. Podczas pierwszego seansu zbyt mocno bowiem skupiony byłem na kwestiach fabularnych i nie poświęciłem należytej uwagi wielu wizualnym smaczkom. Nowe „Gwiezdne wojny” są wizualną perełką. Wiele przepięknych scen zapiera dech. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że żaden z pozostałych 6 epizodów, nie prezentuje się aż tak wybornie w warstwie wizualnej i – co ważniejsze – aż tak poetycko.
Tego efektu nie osiągnięto poprzez przeładowanie efektów specjalnych, lecz przez zdjęcia rzeczywistych krajobrazów, w wyważony sposób połączonych z CGI, tradycyjnymi kostiumami i elementami scenografii, wykonanymi fizycznie w skali 1:1. Scenografia, znów jak w latach 80-tych, wydaje się namacalna, a nie „plastikowa”, jak w epizodach I-III.
Dysonans w odbiorze estetyki filmu powodują jedynie wszystkie postacie wykreowane techniką motion-capture, czyli przedstawiciele obcych ras, zwłaszcza Snoke. Sztuczna mimika twarzy jest łatwo zauważalna i zbyt mocno kontrastuje z „fizycznymi” postaciami.
Wspomniane niedociągnięcia łatwo wybaczyć, gdy widzimy chociażby scenę walki na miecze w lesie obsypanym białym puchem, skonstruowaną z plastyczną gracją. Poezją jest kilka ujęć przedstawiających „erupcję” słonecznej energii, czy rzucającego świetlne refleksy Sokoła Millennium, zbliżającego się do lasu, czy też niski lot X-Wingów tuż nad taflą wody.
Efekty specjalne nie przytłaczają elementów fabularnych i nie męczą widza, przez co cała produkcja sprawia wrażenie dobrze wyważonej i stonowanej. Mimo tego zabiegu film zachował pożądaną widowiskowość.
Film “Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” stanowi sprawnie zrealizowany, emocjonujący i klimatyczny “pomost” łączący różne pokolenia miłośników gwiezdnej sagi. Tak jak i mnie, produkcja powinna spodobać się wszystkim tym, którzy w latach 80-tych zahipnotyzowani oglądali w kinach “Gwiezdne Wojny”. „Przebudzenie Mocy” ma wiele atutów, by teraz skraść serca przedstawicielom młodego pokolenia.
Choć na szkle pojawiają się rysy w postaci skrótów fabularnych, szczątkowo napisanych postaci, wtórności, humoru czasami wciśniętego na siłę, czy przyziemności bitew (gdzie się podziały te gwiezdne wojny?) – muszę przyznać, że Abrams stworzył świetne dzieło, które ogląda się wyśmienicie, które wciąga. Efekt ten osiągnął bez nadmiernego udziwniania oraz eksperymentowania z elementami sagi. Seanse już dwukrotnie sprawiły mi wiele frajdy, wszelkie wady i braki filmu zostały zrekompensowane przez przywrócenie wspaniałych uczuć i wspomnień z mojej młodości oraz – po prostu – doskonałą zabawę.
„Star Wars” powróciły do swoich korzeni, a ich nowa odsłona stanowi zaledwie wprowadzenie do kolejnych części, które wierzę, że nadrobią pewne niedociągnięcia widoczne teraz i pozytywnie rozwiną poznane już postacie. Niech Moc będzie z twórcami!
Gdybym miał ustawić “Przebudzenie Mocy” w jakościowej i subiektywnej hierarchii wszystkich filmów sagi, wybrałbym miejsce dokładnie pośrodku między starą, a nową trylogią, a szczegółowiej – pomiędzy bardzo dobrym “Powrotem Jedi”, a przyzwoitym “Atakiem klonów”.
Ocena: 7,5 / 10
Dr. Gediman
Mokry sen milionów nerdów w końcu się ziścił. Po długim i niezdrowym teasowaniu kolejna odsłona „Star Wars” trafiła na ekrany.
Oceniając film, trzeba przyznać, że pomogło odsunięcie George’a Lucasa w cień zasłużonej chwały. „The Force Awakens”, pod batutą J.J. Abramsa, raczy nas bowiem odpowiednią dawką oldschoolu i kultowych dziadów, bez wszędobylskiego kłującego w oczy green screenu czy budzącej zażenowanie postaci Jar Jar Binksa oraz scen Padma/Anakin. Nowy reżyser „Gwiezdnych Wojen” dostarcza nam, co prawda, kalkę klimatów i motywów starej trylogii, ale przynajmniej odrobił lekcje starannie, dzięki czemu wizyta w kinie była przyjemnością, a nie miarowymi ‘pawiami’ do kubełka po popcornie.
Świat „Star Wars” od zawsze był rozbierany na czynniki pierwsze. Nawet najdrobniejszy element tła, kawałek sprzętu czy stworek/postać doczekał się kilometrów wpisów na Wikipedii. Najnowsza część gwiezdnej sagi tylko to potwierdza, bowiem ponownie widzimy całe mnóstwo szczególików, o których już teraz rozpisuje się Internet na fanowskich portalach.
Pomaga temu fakt, że Abrams jest fanem starej szkoły, co widać było głównie w jego arcyfajnym filmie „Super 8” (polecam każdemu, komu podobały się „Bliskie Spotkania 3 Stopnia”). W „Przebudzeniu Mocy” reżyser przenosi swoje inspiracje na płaszczyznę efektów specjalnych. Oczywiście nie zrezygnowano z wysłużonych komputerków, ale spodziewajcie się przede wszystkim kilotony efektów praktycznych (animatronika itd.). Warto przytoczyć chociażby przykład przeróżnych stworów i stworków, które z uwagi na zastosowanie w.w. efektów wreszcie wyglądają realistycznie, a nie jak coś, co stworzono od niechcenia na kompie w 1997 roku. Jednocześnie spuśćmy zasłonę milczenia na to, co zrobił Lucas zarówno w prequelach, jak i starej trylogii, wrzucając z uporem maniaka tandetne koszmarki prosto z komputera na każdej możliwej przestrzeni filmu.
Samo CGI zastosowane w „Przebudzeniu Mocy” już tak mocno nie razi.
Efekt ten potęguje wykorzystanie dobrze wyglądających plenerów (pustynia, dżungla, las w trakcie zimy), które nie udziwniają na siłę filmu swoim kosmicznym charakterem, a przypominają jak najbardziej ziemskie pejzaże, dzięki czemu widz może jeszcze łatwiej identyfikować się z tym, co przeżywają bohaterowie. Ponadto Abrams poprawił się od czasów swoich wersji „Star Treka” i nie wciska do co drugiej sceny tak mocno znienawidzonego przez wielu efektu świetlnej flary, widocznego w jego poprzednich produkcjach.
Jeśli chodzi o zdjęcia, reżyser ten był od zawsze co najmniej poprawnym rzemieślnikiem, więc nowe „Gwiezdne Wojny” zostały nakręcone jak trzeba. Mimo charakteru blockbustera z szybkimi scenami akcji, wybuchami, kosmicznymi pojazdami itd., wszystko ma tu swoje miejsce, ręce i nogi, w przeciwieństwie do takiego Michaela Baya, gdzie wiele jego tworów wręcz tonie w chaotycznym montażu i przesadnych eksplozjach.
Nie da się ukryć, że szkielet fabuły to w zasadzie powielenie schematów z „Powrotu Jedi” i „Nowej Nadziei”, z przewagą tego drugiego. Mimo to, film jednak wciąga już od pierwszej sceny. W przeciwieństwie do wielu innych podobnych produkcji, podczas oglądania „Przebudzenia Mocy” autentycznie zależało mi na głównych bohaterach.
Fabuła jest pretekstowa – mamy po raz kolejny walkę dobrych ze złymi. Tym razem są to niedobitki po Rebeliantach, czyli taki KOD dla biednych (sic), kontra nowa wersja Imperium w postaci First Order. Ci ostatni mają nową zabawkę, zdolną siać zniszczenie na kosmiczną skalę – tym razem nie gwiazdę, a całą planetę śmierci. Nawiasem mówiąc, skąd oni biorą na to środki? Chyba mają jakiegoś galaktycznego Swetru i dobry kurs waluty.
Bardzo cieszy powrót starych postaci: Han Solo, Leia, Luke (czuję Oskara! :D), Chewie, robociki… Jest nawet (widoczny już w trailerach) spalony kask Vadera. Nowe postacie przypadły mi do gustu. Zaskoczony byłem tym, jak podpasował mi Finn, ex-Stormtrooper grany przez Johna Boyegę. W filmie Finn ma dobrą historyjkę, nie denerwuje i pcha akcję do przodu. Jest również podręcznikowym wręcz przykładem na zjawisko znane pod nazwą „friend zone”.
Śliczniutka Daisy Ridley jako Rey to kolejny dobry dodatek do całej sagi. Wydawać by się mogło, że to tylko ładna buzia w filmie, czym wpisałaby się w pewną tradycję zapoczątkowaną przez Natalie Portman, ale jej postać stanowi ważne koło zamachowe dla całego zamieszania z Mocą, jak również kryje w sobie kilka zagadek (głównie tą związaną z jej pochodzeniem), dzięki czemu fora internetowe huczą od mniej lub bardziej trafnych teorii i dyskusji na ten temat. Aktorsko daje mocno radę, a i potrafi ‘skopać tyłek’ komu trzeba. Duży szacunek należy się dziabniętemu zębem czasu Forda. Jako zawadiaka Han Solo wciąż ma dawną iskrę, mimo iż sceny z bieganiem sprawiają mu już ewidentnie problem. Ma on również jedną z najlepszych scen w filmie. Wiążę się ona z naładowaną emocjami konfrontacją między nim, a czarnym charakterem (Kylo Ren) w zimnych czeluściach w.w. planety śmierci. Sam sposób jej umiejscowienia (most, ciągnące się kilometrami ściany maszyn) trąca ewidentnie nieśmiertelnym sparingiem Luke-Vader sprzed lat, w trakcie którego ten pierwszy dowiaduje się istotnych faktów o swoim pochodzeniu.
Czas niestety nie służył równie dobrze Carrie Fisher, która jako księżniczka/generał (niepotrzebne skreślić) Leia miota się trochę na planie jak we mgle, serwując swoje kwestie zachrypniętym głosem. Znany z „Ex Machina” Oscar Isaac jako super-pilot Poe Dameron to z kolei jakaś ‘popierdółka’. Jego postać znika bowiem na większość czasu z naszego pola widzenia, szybko przekazując pałeczkę bohaterstwa Finnowi, by pojawić się ponownie w kluczowych momentach filmu, piastując zaledwie rolę ludzkiego tła, któremu brak blasku pierwszoplanowców.
Nowy robocik BB-8 to jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie przytrafiły się tej serii. Ten uroczy kuzyn pixarowskiego Wall-E jest robo-gadżeto-maskotką, którą chyba każdy chciałby mieć w domu i która godnie zastępuje poprzedników jako pomocnik głównych bohaterów.
Jak przystało na walkę dobra ze złem, mamy też nowych łotrów. Adam Driver jako Kylo Ren, duchowy i modowy spadkobierca Vadera, templariuszy i Kopernika/Snape’a w jednym, daje radę (wizualnie niestety tylko do momentu zdjęcia kasku, gdyż wówczas heheszki murowane). Design postaci i głos (gdy jest w hełmie) udanie kreują wizerunek przekozaka. Sam pomysł na postać także mi się spodobał. Twórcy filmu budują pomału kolejnego złego bohatera „z przeszłością”, jednocześnie nie powielając schematu nieszczęśliwie zakochanego i niezrozumianego Anakina, a przecież tak łatwo było pójść tą drogą i dostarczyć Vadera v2. Ponadto, nie otrzymaliśmy tutaj postaci z pełnym potencjałem mocy i umiejętności. Rena spotykamy w momencie, kiedy zaczyna urastać do rangi poważnego zła i zdawać sobie sprawę ze swoich możliwości (będących już na tym etapie poważną przeszkodą dla tych dobrych). Smaczku dodają momenty, kiedy targają nim najzwyklejsze w świecie wątpliwości co do tego, kim jest i jak postępuje oraz czy uda mu się ostatecznie wejść w buty swojego poprzednika, swoistego idola, Darta Vadera.
Lepiej jednak moim zdaniem wypadł jego zmarginalizowany koleżka z Harry’ego Pottera, Domhnall Gleeson, jako Generał Hux, wzorowy karierowicz i typ rodem z nazistowskich Niemiec, ale działający na skalę galaktyczną. Idealny na kubki, plecaki i piórniki dla dzieci.
Oczywiście nowe łotry nie mają nawet startu do Palpatine’a czy samego Vadera, niemniej zjadają na śniadanie antagonistów z nowych części Lucasa (jak wszystko inne zresztą).
Warto dodać, że w ramach parytetów przeciwnicy Rebeliantów mają także kobietę w swoich szeregach (Kapitan Phasma), choć skrywa się ona pod hełmem a’la Szturmowiec. Liczę, że jej potencjał zostanie rozwinięty w kolejnych odsłonach gwiezdnej sagi.
Film opiera się mocno na nostalgii, ale nie mam z tym żadnych problemów. Przy scenach z kultowym Sokołem Milenium odpłynęła mi krew z mózgu w inną część ciała. Dźwięki blasterów Szturmowców, odgłosy świetlnych mieczy, muzyka mistrza Johna Williamsa (choć zabrało mi czegoś na miarę utworu „Duel of the Fates”) czy znany motyw muzyczny grający przy ekspozycji kasku Vadera – przyjemnie łechcą ośrodki oldschoolu pod czaszką.
Seria „Gwiezdnych Wojen” to niewątpliwie popkulturowy fenomen, który będzie się ciągnął jeszcze latami, póki na całą serię będą pomysły i póki ludzie będą chcieli oglądać kolejne odsłony kosmicznej walki dobra ze złem. Daleko mi do fana tej sagi, ale bardzo czekałem na wizytę w kinie i wyszedłem z seansu zadowolony. Abrams nie wywrócił mojego świata do góry nogami, ale pokazał, że duch „Star Wars” jest wciąż silny, czego dowodem niech będzie szał na całym świecie, boxoffice, który strzelił milionami zielonych oraz spory element kultowości wylewający się z ekranu. Zabawa gwarantowana, chyba że macie miecz świetlny tam gdzie słońce nie dochodzi ;).
PS. W scenie gdzie Stormtrooper pomaga jednej bohaterce w ucieczce, owego Stormtroopera zagrał gościnnie sam… Daniel Craig vel 007.
OCENA: 8/10
Templar
źródła foto:
1. http://blurppy.com/2015/09/29/these-all-new-character-posters-for-star-wars-the-force-awakens-are-awesome/
2. http://www.starwars.com/news/galaxy-wire-special-edition-star-wars-the-force-awakens-blowout
3. http://metronaut.dk/film-og-tv/de-5-vaerste-ting-ved-star-wars-the-force-awakens/
4. http://www.slashfilm.com/star-wars-7-kylo-ren-backstory/
5. http://screenrant.com/star-wars-force-awakens-han-solo-chewbacca-spinoff/
6. http://nothingbutcomics.net/2015/12/23/this-years-finest-2015-comic-convo-film/
7, 8, 9. http://www.stitchkingdom.com/disney-star-wars-the-force-awakens-20-new-stills-in-ultra-hi-res-featuring-snokes-maz-kanata-and-more-watermark-free-82945/
Polecamy także recenzje filmów:
Mimo fabuły, którą można bez wielkiej przesady określić mianem plagiatu, film ratuje klimat i atmosfera jaką znamy ze starej trylogii.
Fotele w Sokole jakieś inne tandetne, (drzwi sie też nie zamykają, nie ma ich) i tak i też cały film tani i tandetny a zwłaszcza scenariusz
Film mnie okropnie zawiódł , pamietam tylko wielkie na pol ekranu wary Finna…polityczna poprawność przygłupów z Hollywood w oparach absurdu …jak zobaczyłem Vadera kiedyś to sie prawie posikałem ze strachu …a jak zobaczyłem kylo rena jak zdjął maskę …to sie prawie posikałem ze śmiechu….zenada jeszcze tylko muzułmańskiego geja imigranta ktory zmienia płeć tam brakuje…..nie mam zamiaru oglądać kolejnej czesci….
Film zrobiony przede wszystkim po to by zarobić na siebie i przynieść zyski.Bez głębszych myśli czy przesłania, Dużo słabszy od pierwszych części.Dużo efektów, tricków i gadżetów.Do ogłądania -bez dodatkowego myślenia.-dla szerokich mas. Dla mnie-słaby-ale nie spodziewałem się ambitnych wzlotów.
Świetna recenzja :) , zgadzam się w 100 % z wadami i z zaletami , ale uważam ,że film zasługuje na wyższą ocenę co najmniej 9 / 10. Jestem młodym pokoleniem i film zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Chociaż nie pamiętam dokładnie wszystkich części Star Wars , nie przeszkadzało mi to w odbiorze fabuły. Wysoka ocena również za to ,że dobrze bawi się na tym filmie zarówno moje pokolenie (dla którego ważna jest akcja i efekty) jak i starsze , które bardzo patrzy na fabułę i połączenie między poprzednimi częściami Star Wars.
Na filmie byłem już 3 razy… dawno nie miałem takiej frajdy w kinie. Jak dla mnie przebudzenie mocy ma 9 na 10 – zgadzam się z recenzją i z wadami, które autor wyszczególnil, ale to trochę czepialstwo – dobry film rozrywkowy ma to do siebie, że na wady nie zwraca się uwagi i wszystko przyjmuje się z uśmiechem takie jakie jest :). nie mogę się doczekać następnej częsci!