- tytuł: Liga Sprawiedliwości
- tytuł oryginalny: Justice League
- premiera: 17 listopada 2017 (Polska), 16 listopada 2017 (świat)
- reżyseria: Zack Snyder
- scenariusz: Chris Terrio
- zobacz zwiastuny »
Film „Liga Sprawiedliwości” – Fabuła / Opis
Bruce Wayne (Ben Affleck), zainspirowany poświęceniem Supermana, na nowo zaczyna wierzyć w ludzkość. Nowe, potężne zagrożenie dla Ziemi zmusza go do podjęcia szybkich i zdecydowanych kroków. Z pomocą Wonder Woman (Gal Gadot) stara się on zebrać specjalny zespół ludzi o ponadprzeciętnych zdolnościach, który ma stawić czoło nowemu wrogowi. Tak uformowana „Liga Sprawiedliwości” będzie musiała zmierzyć się z katastroficznym atakiem… Czy zjednoczenie super-herosów nie nastąpiło za późno?
Film Justice League (2017) – Recenzja / Opinia
Przyszło nam żyć w bardzo dobrych dla nas geeków czasach. Kto by pomyślał kilkanaście lat temu, że tematyka komiksowa tak silnie zdominuje świat filmów i seriali. 17 listopada 2017 dano mi aż dwie wyczekiwane przeze mnie produkcje z różnych światów, zarówno wydawniczych, jak i medialnych. Jedną z nich jest serial „The Punisher” wyprodukowany przez Marvela i platformę Netflix. Drugą jest oczywiście główne danie tego dnia, czyli pełnoprawny film kinowy o przygodach Justice League, znanej grupy superbohaterów, gdzie prym wiodą Superman, Batman i Wonder Woman. Pamiętając, aby dzień święty święcić, ruszyłem w piątek do kina, a rano zdecydowałem się na kanapowy Netflix & chill.
Film „Liga Sprawiedliwości” kontynuuje wątki podjęte we wcześniejszych „Man of Steel” oraz „Batman V Superman: Dawn of Justice”. Po śmierci Supermana świat pogrążył się w żałobie, podczas gdy Batman stara się zebrać grupę ludzi z mocami na wypadek kolejnej inwazji. Ta jest już zresztą u progu, bowiem w Gotham i Metropolis zaczynają znikać tajemniczo ludzie, a pojawiają się dziwne stworzenia, których pochodzenia raczej próżno szukać na Ziemi. W dodatku krainę Amazonek znaną z filmu „Wonder Woman” atakuje starożytny przeciwnik z kosmosu w poszukiwaniu pewnych potężnych artefaktów. Wszystko to szybko znajduje się na celowniku Batmana i Wonder Woman, którzy szykują na tę ewentualność plany i grupę sprzymierzeńców. Jak widać w stosunku do przekombinowanego dla wielu osób „Batman V Superman”, tutaj historia jest prosta jak budowa cepa: zły megaloman z kosmosu gromadzi potężne fanty i atakuje ziemię, zaś dobrzy kompletują ekipę celem spuszczenia łomotu złoczyńcy.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Wcześniejsze produkcje z filmowego świata DC Extended Universe mocno spolaryzowały środowisko fanów i krytyków filmowych. Niestety Warner Bros. nie miało tak lekko jak konkurencyjny Disney i filmy Marvela, stąd też film „Justice League” to swego rodzaju być albo nie być dla przyszłości tej franczyzy. Zaognioną i tak sytuację pogorszyły smutne wydarzenia z życia Zacka Snydera, reżysera filmu. W maju 2017 Snyder zrezygnował z powierzonej mu funkcji w trakcie post-produkcji filmu, aby uporać się ze śmiercią swojej córki i zostać przy rodzinie w tych trudnych chwilach. Jednocześnie na kontynuatora jego działań i wizji mianowano Jossa Whedona.
Dla wielu był to prognostyk katastrofy tego filmu, dla innych szansa na coś dobrego. W końcu Whedon to nie chłop w ciemię bity, a człowiek, który tematykę i stylistykę komiksową zna nie od dziś, a w dodatku dostarczył na duże ekrany bardzo dobrze przyjętą historię o grupie Avengers. Whedon wziął pod swoje skrzydła temat dokrętek, zmian i dodania pewnych scen w filmie, kładąc też nacisk na aspekt humoru, którego było jak na lekarstwo we wcześniejszych filmach Snydera. Jak się z czasem okazało, wyrzucono znaczną część pierwotnego materiału i zastąpiono go nowym. Koszt tych zabiegów szacuje się swoją drogą na około 25 milionów dolarów, jednak można spokojnie zakładać, że ta suma jest znacznie większa. Co ciekawe, w budżecie mamy nawet uwzględnione komputerowe wymazywanie… wąsów Henry’ego Cavilla (Superman), który był zobligowany do noszenia ich przez kontrakt w ramach innego filmu, konkretnie „Mission: Impossible 6”. Jak to mówią: Obyś żył w ciekawych czasach…
Geoff Johns, jeden z głównych architektów DC Extended Universe prosto ze stajni DC Comics zapowiedział z kolei, że nowa odsłona przygód Batmana, Supermana i reszty będzie pełna „nadziei i optymizmu”, co tylko podkreśliło odskocznię od mroczniejszej i poważniejszej tonacji dotychczasowych produkcji Snydera.
źródło: indiewire.com
Biorąc pod uwagę całą zawieruchę związana z powstawaniem tego filmu, ostatecznie całość złożono niespójnie, a film aż ugina się od błędów. Tradycyjnie film podzielony jest na część introdukcyjno-ekspozycyjną oraz wielki finał z walką ze złym i jego niecnymi planami. Zdecydowanie bardzo przypadł mi do gustu pierwszy akt, gdzie otrzymaliśmy rozbudowę postaci i ich interakcje, natomiast druga połowa jest już bardziej standardowa, wręcz ociekająca sztampą i podchodzi pod to, co otrzymaliśmy już w wielu produkcjach opartych na komiksach, z naciskiem na godny zapomnienia „X-Men: Apocalypse”.
Bezsporną zaletą całego filmu są postaci tych dobrych, choć z uwagi na ich potraktowanie po macoszemu są dalekie od ideału i naszych wyobrażeń. Głównym zadaniem filmu takiego typu jest pokazanie interakcji i relacji w większej grupie, gdzie poszczególnie bohaterowie chcąc nie chcąc muszą działać jako jedna drużyna. Każdy z superbohaterów różni się nie tylko wyglądem czy zestawem umiejętności, ale także charakterem.
Na pierwszy ogień idzie Ben Affleck jako Bruce Wayne/Batman. Mamy tu już innego Wayne’a niż w „BvS”. Mroczny Rycerz pragnie odkupić swoje grzechy związane z brutalną przeszłością, jak i poczuciem winy z powodu śmierci Supermana, zmieniając swój modus operandi i starając się otworzyć bardziej na kooperatywę z innymi bohaterami, z naciskiem na Dianę (Wonder Woman). Tym razem Batman jest bardziej wygadany, a nawet ironizujący, co jest dość nietypowe jak na tę postać, kojarzoną bardziej z typem samotnika i mruka. Sceny, kiedy Whedon wkłada w usta Batmana suche śmieszkowanie, są bardzo out-of-character i zupełnie nie pasują do tej postaci.
Wayne dostał dobre sceny z Dianą oraz Alfredem, w których czuć emocje i pewne zmęczenie bohatera. Zmęczenie widać też niestety na twarzy aktora, bowiem liczne dokrętki zastały go w momencie, kiedy Affleck zmagał się z demonami życia prywatnego. Tak oto film stawia nas w niekomfortowej sytuacji, gdzie obok siebie w tych samych scenach mamy zestawione momenty Bena z czasów Snydera, jak i opuchniętego na twarzy aktora, kiedy planem zawiadywał Whedon. Efekt jest bardzo słaby i potęguje wrażenie filmu, który jest niczym pozszywany potwór Frankensteina. Affleck sam był także przybity reakcjami na wcześniejszy film Snydera, więc ponowne wcielanie się w tę postać było dla niego podwójnym wyzwaniem.
Niestety gorzej tym razem jest ze scenami walki z udziałem Mrocznego Rycerza. Zabrakło mi zdecydowanie w filmie sceny na miarę walki w opuszczonym magazynie z „Batman V Superman”, gdzie otrzymaliśmy esencję Batmana rodem z gier z serii „Batman: Arkham”. Poprzeczka była postawiona naprawdę wysoko i w „Justice League” dostajemy zaledwie namiastkę tego, przez co Mroczny Rycerz jest zaledwie cieniem własnego siebie. Tu Batman polega bardziej na swoich gadżetach (których tym razem ma całe mnóstwo, włączając w to pancerne pojazdy czy nowy strój), aniżeli fizycznych umiejętnościach. Wynika to też z faktu, że tym razem zestawiono go z całą gamą najróżniejszych supermocy, przy których uwypuklił się aspekt bycia (nie)zwykłym śmiertelnikiem. On sam zresztą ironizuje w pewnym momencie do Flasha, kiedy ten pyta go o moc: „Jestem bogaty”. Mimo ewidentnego odstawania od reszty obdarzonej nadprzyrodzonymi mocami, Batman stanowi mózg zespołu i dobrze odnajduje się w roli stratega grupy.
źródło: moviebrew.net/justice-league-trailer-breakdown-lets-go-all-in-on-the-dc-comics-superhero-union/
Osoby zakochane zarówno w Gal Gadot, jak i Wonder Woman, będą miały tu jej sporo. Urokliwa aktorka/modelka położyła na łopatki krytykantów i wszelkie kobiece bohaterki z konkurencji już wcześniej przy okazji jej solowego filmu. Tym razem mamy ją wkomponowaną w większą grupę, przedsmakiem czego było jej epickie wejście w „Batman V Superman”. Diana próbuje odnaleźć się w nowoczesnym świecie, który jak nigdy potrzebuje bohaterów. Za sprawą Batmana staje się również z czasem sercem grupy, a także wsparciem dla Cyborga. Gal jako Wonder Woman jest ponownie wyjątkowo charyzmatyczna. Ponadto w pełni zdaje sobie sprawę ze swoich mocy i umie z nich odpowiednio korzystać, czy to przy okazji napadu na bank i obrony cywili, czy też w trakcie kosmicznej inwazji lub gdy trzeba przywołać do porządku kolegę po fachu. Wyjątkowo ciekawie wypadły jej sceny z Cyborgiem oraz Batmanem. Relacje z tym drugim dają zresztą szerokie pole do popisu w przyszłych produkcjach. Minusem niestety są często jej kwestie, wypowiadane w dość drewniany sposób.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Poza znaną nam już trójką film „Liga Sprawiedliwości” to również debiut trzech nowych postaci, których istnienie zostało zaledwie zasygnalizowane we wcześniejszym „Batman V Superman”. Pierwszą z nich jest najszybszy człowiek świata, Flash, grany przez Erzę Millera. To postać i aktor, którzy mogli wypaść naprawdę irytująco. Wykreowany przez Ezrę Barry Allen ma nieco neurotyczną osobowość, co jest samo w sobie ciekawe, ale efekt psuje fakt, że rzuca co chwila zabawnymi tekstami, które często brzmią tak w mocno wymuszony sposób (duża w tym zasługa Whedona, który wręcz bryluje w tym temacie humorystycznych momentów i ewidentnie chciał „dośmiesznić” film na modłę produkcji Marvela). Flash dysponuje ciekawymi zdolnościami czerpanymi ze Speed Force, których uczy się jeszcze używać. Niestety jego postać rozpisano jako niezdarę, któremu daleko do herosa jakiego znamy. Swoją drogą pokazy jego mocy zrealizowano bardzo dobrze pod kątem wizualnym, zwłaszcza jeśli chodzi o detale (iskry, gorące powietrze gromadzące się wokół Flasha itd.). Ciekawie obserwuje się go w kontekście jego kolegów i koleżanek, którzy są bardziej doświadczeni w kwestiach superbohaterzenia, bowiem tu Flash jest jeszcze niezbyt pewnych swoich możliwości, a z czasem okazuje się być nie tylko śmieszkiem w ekipie, ale jej ważnym elementem jeśli chodzi o działania w ogniu walki. Mam nadzieję, że jego kolejne występy, w tym solowy film o Flashu, pozwolą tej postaci rozwinąć skrzydła na odpowiednim poziomie. Na chwilę obecną robi bardziej za nachalny comic-relief.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Dalej mamy jednego z najbardziej kozackich aktorów, czyli samego Jasona Momoę, którego publiczność zna bardziej jako barbarzyńcę Khala Drogo z mega popularnego serialu „Gra o Tron”. Momoa podjął się trudnej postaci jaką jest Aquaman/Arthur Curry. Trudnej, gdyż jego moce czy strój od wielu lat były bowiem obiektem żartów zarówno fanów komiksów, jak i innych superbohaterów w przeróżnych parodiach tematu (polecam zgłębić odcinki „Robot Chicken” poświęcone DC Comics, a zobaczycie o co chodzi).
Aktor złapał jednak postać Aquamana za fraki i wykreował go tak, że z miejsca możemy go polubić. To koleś, z którym można uratować świat, a potem pójść do knajpy i pić na umór wysokooprocentowane płyny. Duża zasługa w tym Jasona, ponieważ przelał na morskiego herosa 100% swojego luzu i hardości. Na każdym kroku widać, że gra na planie filmowym była dla niego czystą zabawą. Aquaman uzupełnia świetnie skład Ligi i otrzymuje tu zalążki swojej historii, która będzie w pełni rozwinięta w jego solowym filmie. Nie do końca jestem usatysfakcjonowany scenami podwodnymi z jego udziałem, które wyszły przeciętnie i dość nieczytelnie. Pozostaje żywić mi nadzieję, że to był zaledwie wstęp do większego dania, które naprawi te błędy.
źródło: moviebrew.net/justice-league-trailer-breakdown-lets-go-all-in-on-the-dc-comics-superhero-union/
Wyjątkowo pozytywnie zaskoczył mnie zupełnie nieznany mi wcześniej aktor Ray Fisher, który wcielił się w postać Victora Stone’a a.k.a. Cyborga. Sam Cyborg nie jest osobnikiem, który interesował mnie na łamach komiksów. Na szczęście aktor stworzył wyrazistą postać chłopaka, który wrzucony w wir niecodziennych wydarzeń i obciążony tragiczną przeszłością (stał się pół-człowiekiem, pół-maszyną w następstwie wypadku i eksperymentu z obcą technologią) został zasłużonym członkiem Ligi.
Momenty z Cyborgiem dodały też pewnej głębi temu filmowi, co jest szczególnie widoczne w scenach z jego ojcem, który jest odpowiedzialny za eksperyment z na wpół mechanicznym ciałem syna, a także z Wonder Woman, która próbuje nadać jego mocom i dalszemu istnieniu sens.
Rozwinięcie jego dramatu i wewnętrznych rozterek mogło uatrakcyjnić film, niestety widać, że wątki te padły ofiarą znacznych cięć i zostały ledwie zaakcentowane w filmie. Ponadto mam też wrażenie, że w drugiej części filmu sprowadzono go do roli wygodnego dla fabuły deux ex machina (sic). O ile zdołał mnie do siebie przekonać swoim charakterem, tak efekty specjalne związane z Cyborgiem wyszły bardzo słabo. Przy każdym jego pojawieniu się na ekranie widać jak na dłoni, że jest to postać wykreowana w przeważającej części przez komputer, w dodatku tak, jak gdyby technologia CGI dopiero wchodziła na salony i nie wyrenderowano go do końca. Wciąż nie jest to dla mnie postać, która, zgodnie z pierwotnymi i odważnymi założeniami Warner Bros., miałaby dostać swój solowy film, jednak Cyborg Fishera zyskał na tyle przychylności mojej i innych osób, że widziałbym go częściej na dużym ekranie u boku jego superprzyjaciół po fachu.
źródło: heroichollywood.com/justice-league-cyborg-humanity/
Na deser zostawiłem sobie postać Supermana. Mówienie o nim w kontekście jego śmierci w „Batman V Superman” i pojawienia się w „Justice League” nie jest spoilerem, jeśli brać pod uwagę jego oczywisty udział w wydarzeniach tego świata i filmu jako jednego z głównych filarów Ligi Sprawiedliwości. Mimo skrzętnego ukrywania Henry’ego Cavilla w materiałach promocyjnych, czy oszczędnego dawkowania go podczas wywiadów i trasy promocyjnej filmu z udziałem aktorów, było pewne, że ten film nie może się obyć bez postaci DC numer 1.
Osoby, które już wcześniej polubiły sympatycznego Brytyjczyka w roli najpotężniejszego herosa Ligi, będą wniebowzięte, zaś ci, którzy mieli mniejsze lub większe zastrzeżenia co do postaci Supermana w „Man of Steel” i „Batman V Superman” mogą się spokojnie przeprosić z Henrym. Dostaliśmy tu bowiem Supermana silnego, niosącego nadzieję, optymistycznego. Jego przemiana od nieco wycofanego i niepewnego siebie oraz swojego przeznaczenia osobnika po kogoś, kto kocha i chroni ludzi za wszelką cenę, nastąpiła w sposób jak najbardziej naturalny. Superman kradnie show w wielu scenach, przy których serducho zabije szybciej, choć przyznam, że krótkie nawiązanie do jego potyczki z Mrocznym Rycerzem film wcześniej było dość… osobliwe. Obecnie nie wyobrażam sobie nikogo innego w tym ikonicznym niebieskim stroju z czerwoną peleryną.
Na niekorzyść działają niestety wspomniane przeze mnie wcześniej sceny, w których przebija nieudolnie usunięty komputerowo wąs aktora i naraża odbiór postaci na śmieszność. Nie jest to jednak coś, co spędza mi sen z powiek. Powiem tak: oby w życiu były tylko takie problemy. Swoją drogą, są to sceny, za które ewidentnie odpowiada Whedon. W przeciwieństwie do Batmana, nowy reżyser filmu wyczuł postać Człowieka ze Stali. Sumując, otrzymaliśmy pozytywnego ekranowego Supermana.
źródło: batman-news.com/2017/10/08/new-justice-league-trailer-hd-screencaps/
Poza głównymi bohaterami, na ekranie przewija się też multum innych postaci. Do tych bardziej istotnych należy zaliczyć oczywiście wiernego pomocnika Batmana, czyli lokaja Alfreda Pennywortha. Kreujący go Jeremy Irons miał tu szansę na rozwinięcie postaci Alfreda, który świetnie uzupełnia skład Ligi, pomagając im zza kurtyny w kwestiach logistycznych, sprzętowych czy służąc ojcowską radą bądź przednim sarkastycznym komentarzem.
Skoro mowa o mieszkańcach Gotham, jako komisarz James „Jim” Gordon debiutuje tu kolejny zdobywca Oskara, J.K. Simmons. Jego Gordon wygląda i zachowuje się jak żywcem wyciągnięty z kart komiksów, a jeśli dodać do tego posępne tło komisariatu i miasta Gotham oraz interakcję z naszymi herosami, mamy tu kolejny atut filmu.
Słabo wypadają niestety osoby związane z Metropolis, czyli Lois Lane i Martha Kent. Wcielająca się w tą pierwszą Amy Adams jest dla mnie castingową pomyłką już od czasów „Man of Steel”. Natomiast o pani Kent, można powiedzieć jedynie tyle, że po prostu jest na ekranie.
Drugi i trzeci plan to także postaci ze świata Atlantydy i Amazonek, jak również ojcowie naszych dwóch najmłodszych bohaterów: Flasha i Cyborga. Co do tych pierwszych, przez chwilę na ekranie mignie nam Willem Defoe jako Vulko, a także otrzymamy krótką scenę z Merą, w którą wcieliła się Amber Heard. Na obie postaci musimy poczekać do „Aquamana”, ponieważ nie zrobiono tu z tymi postaciami nic ciekawego i znaczącego. W scenach z Amazonkami również zobaczymy kilka znajomych twarzy z „Wonder Woman”, a jeśli nie mrugniecie oczami w odpowiednim momencie pojawi się nawet sam Ares. Z kolei w rolę ojców Flasha i Cyborga wcielili się kolejno Billy Crudup (znany bardzie jako Doktor Manhattan z kultowych „Watchmen”) oraz Joe Morton, którego rozpoznamy jako naukowca z drugiego „Terminatora”. Ten ostatni jak widać ma słabość do eksperymentów z cybernetycznymi mechanizmami, co prowadzi zawsze do kłopotów. Sceny z obydwoma tatusiami superbohaterów wypadają dobrze i dodają postaciom herosów pewnej głębi z indywidualnymi tragediami w tle, choć bankowo padły ofiarą nożyc edytorskich i przydałoby się je rozszerzyć.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Niestety, o ile film dostarczył grupę ciekawych bohaterów, o tyle w kwestii złoczyńcy poległ na miarę konkurencyjnego Marvela. Główny przeciwnik super-ekipy to Steppenwolf, pochodzący z kosmosu tyran o imponującej posturze i niemałej sile. Jego design i wykonanie są fatalne. Przy 300 milionach budżetu jest to policzek dla odbiorcy filmu. Użyte do stworzenia jego postaci efekty komputerowe uwsteczniają tę dziedzinę o wiele lat, przez co Steppenwolf wygląda wyjątkowo sztucznie i ani przez chwilę nie jestem w stanie zaklasyfikować go jako realny byt, a jedynie zlepek pikseli.
Kosmiczny tyran nie nadrabia sztucznego CGI fizycznym zagrożeniem, jakie powinno emanować z jego postaci, aby być dobrą przeciwwagą dla silnych jednostek z drużyny superbohaterów. Jego zagrożenie da się odczuć w pewnym stopniu w epickich retrospekcjach, gdzie walczą z nim sprzymierzone siły ludzi, Amazonek, Atlantów, Old Gods i Green Lanterns. Plusem jest za to jego głos, którego użyczył (podobnie jak motion-capture całego ciała) znany z „Gry o Tron” Irlandczyk Ciarán Hinds. Nadaje on tej postaci życia, grozy i pewnej dostojności.
Mając do dyspozycji starego jak świat generała samego Darkseida można było zaprezentować naprawdę znakomitego antagonistę. Niestety, jako główny przeciwnik w filmie jest dość szablonowy i daleko mu do świetnego Zoda z „Man of Steel”. Zdecydowanie groźniejszym przeciwnikiem dla Justice League okazał się być portal Rotten Tomatoes.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Dodatkowo kosmiczny olbrzym do pomocy ma zastępy Parademonów, hordy insektopodobnych żołnierzy, które wyszły całkiem udanie, a ich wygląd jest bardzo bliski temu z kart komiksu czy animacji. W kategorii „minionki głównego złego” zmutowane sługi Steppenwolfa ze szpetnymi obliczami są niestety na tej samej półce z kopiami takiego choćby Ultrona z drugiej odsłony „Avengers” (ponownie Whedon).
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Bolączką filmu jest niewątpliwie jego czas trwania. Film mógł być zdecydowanie dłuższy. Niestety włodarze Warner Bros. zadecydowali o czasie zaledwie dwóch godzin (wielkie „dzięki”, CEO Kevin Tsujihara…). Nie sposób jest opowiedzieć tak wielką i epicką historię dysponując takim czasem. W wielu momentach czuć, że doszło do istotnych cięć (nie pierwszy raz zresztą w przypadku filmów DCEU), przez co wiele kwestii jest zaledwie zasygnalizowanych, a postacie i ich historie oraz środowiska tracą na wartości. Czuć to w przypadku scen związanych z Atlantydą i jej mieszkańcami, gdzie występ takiej chociażby Mery zahacza wręcz o cameo. Podobnie ma się rzecz z przeszłością Cyborga i scenami z jego ojcem. Mam wrażenie, że chciano tu pokazać znacznie więcej, co zresztą potwierdzają materiały promocyjne. Idąc tym tropem, a także za wypowiedziami aktora odgrywającego głównego złego, wydaje się, że chciano wycisnąć znacznie więcej również z postaci Steppenwolfa, która być może byłaby postrzegana w lepszym świetle.
W filmie „Liga Sprawiedliwości” zaakcentowano sporo motywów, które aż się proszą, by rozwinąć je w przyszłości. Mamy więc Atlantydę, New Gods, planetę Apokolips, samego kosmicznego dyktatora Darkseida (marvelowy Thanos się chowa), długo wyczekiwaną obecność Zielonych Latarni i wiele innych. Samo Gotham najeżone jest mnóstwem easter eggów, by wspomnieć chociaż o logo firmy Sions, które aż krzyczy do fanów mitologii Batmana: „Pozdro dla kumatych!” Wyławianie wszystkich tych mniej lub bardziej oczywistych smaczków bystrymi oczami, wspartymi wiedzą o komiksowym świecie, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Film „Justice League” obfituje w liczne sceny akcji. Choć żadna nie umywa się do obijania oprychów przez Mrocznego Rycerza w obskurnym magazynie w „Batman V Superman”, czy też bezpardonowego oklepu na skalę tytanów w wykonaniu Supermana i Zoda, to jest tu kilka momentów godnych honorowych wzmianek. Do ciekawych sekwencji na pewno należy zaliczyć retrospekcje ze Steppenwolfem kontra reszta (wszech)świata, jak również pogrom Amazonek dokonany przez tego samego osobnika w czasach współczesnych.
Oczywiście nie można zapomnieć o wszystkich scenach z udziałem Supermana, zarówno tych bezpośrednio po jego powrocie, jak i tych, gdzie staje ością w gardle i potężną pięścią prosto z Kryptona w plugawej facjacie głównego złego.
Również Wonder Woman ratująca ludzi w napadniętym przez zbirów banku nie pozostaje w tyle jeśli chodzi o szybsze momenty. Poza tym choreografia walk mocno kuleje, szczególnie jeśli zestawi się ją z kiepskim CGI.
źródło: edge.ca/2017/03/25/watch-heres-the-official-justice-league-trailer/
Efekty specjalne w filmie to prawdziwa loteria. Czasami są poprawne (chociażby sceny z mocami Flasha, czy skąpane we mgle i mroku plenery Gotham), by za chwile wypompować z nas powietrze słabym wykonaniem, które widać najbardziej w postaciach Steppenwolfa i Cyborga lub w finale, gdzie oczywisty green screen aż razi w oczy i zamienia wszystko w sztuczną breję. Takie momenty psują ogólnie dobry odbiór całego filmu. Wizualnie za to, gdy nie mamy do czynienia z CGI, a prawdziwymi zdjęciami i lokalizacjami, film potrafi zapierać dech w piersiach. Do tego jednak przyzwyczaił już nas Snyder przy okazji swoich wcześniejszych filmów. Momentów tych jest niestety bardzo mało i przez sporą część filmu obcujemy ze sztucznymi tworami.
Muzykę w filmie oceniam na minus, co w kategorii filmów o superbohaterach DC powinno być wyjątkiem. Tym razem oprawę dźwiękową zaserwował nie Hans Zimmer, a inny stary wyjadacz komiksowych tematów, czyli Danny Elfman. Ponieważ ma on na koncie pracę między innymi przy „Batmanie” Burtona oraz „Spider-Manie” Sama Raimiego, mogłem być pewien, że dostarczy przynajmniej przyzwoite nutki. Kompozycje są co prawda dynamicznie, a w tle przewijają się nawet oryginalne motywy muzyczne z filmów o Batmanie i Supermanie sprzed dekad (użycie tych dwóch utworów to dość sporna kwestia; ostatecznie potraktowałem je jako osobliwe i nostalgiczne mrugnięcie muzycznym okiem w stronę widza, choć kompletnie niepasujące do stylistyki DCEU i bezsensowne), jednak nie da się ukryć, że nic nie zapamiętałem z tej ścieżki dźwiękowej zupełnie nic. Sam soundtrack jest dość neutralny, żeby nie powiedzieć mdły i poza wykorzystaniem dwóch starych utworów zabrakło mi w nim czegoś, co pamiętałbym tak, jak znakomite motywy muzyczne z „Man of Steel” i „Batman V Superman”. Zupełnie nie wiem co się stało z Elfmanem, ale to już nie jest ten sam genialny muzyk co kiedyś.
źródło: dcextendeduniverse.wikia.com/wiki/
Wiele można powiedzieć o „Man of Steel” oraz „BvS”, ale nie można odmówić im tego, że mają pewną wizję i swój unikalny charakter dzięki Snyderowi. W obu przypadkach mamy do czynienia z autorskimi tworami, będącymi częścią znacznie większego planu. Jeśli chodzi o „Justice League”, zbliżono się tu bardziej do produktu; wizji wykalkulowanej względem liczb i serialowości tych produkcji, podobnie jak w przypadku Marvela. Po gromach jakie spadły na chociażby „BvS” wytwórnia wolała obrać bezpieczniejszą drogę i wybrać wariant czegoś skrojonego bardziej pod masy, które upodobały sobie bardziej familijne kino spod znaku MCU, niż pod znacznie węższe i bardziej specyficzne grono fanów wolących coś innego niż Marvel v2.
Ironią „Justice League” jest to, że ludzie z WB zrobili sporo, by uspokoić i zaspokoić osoby krytykujące po dziś dzień filmy „Man of Steel” oraz „Batman V Superman”, jak i osobę Zacka Snydera oraz jego wizję. Zelżał więc ton produkcji, paleta kolorów obrazu stała się bogatsza i jaśniejsza, dodano nachalny humor a’la Whedon. Ostatecznie ludzie dalej krytykują, a znalazły się nawet głosy twierdzące, że wersja Snydera byłaby lepsza. Ci sami ludzie, którzy nie szczędzili gorzkich słów pod jego adresem są teraz zainteresowani jego wizją. Niesamowite…
Wizyta w kinie na „Justice League” była dla mnie bardzo ważnym, niemalże historycznym wydarzeniem. W końcu na duży ekranie trafiły w końcu przygody jednej z dwóch najbardziej znanych grup superbohaterów na świecie. Świat DC, szczególnie jeśli chodzi o postać Batmana, działa na mnie jak magnes, więc byłem bardzo ciekaw jak wypadnie ta produkcja. Czułem ekscytację przed filmem, emocje i radość w trakcie jego trwania, a także uczucie zadowolenia po wyjściu z kina. „Justice League” niestety nie udało się odhaczyć większość punktów na mojej liście. Całość byłaby wyraźnie lepsza, gdyby zdecydowano się na dłuższy metraż (lub też dodatkową część przygód Ligi) i postanowiono nie wycinać tylu scen, co pozwoliłoby na lepszą rozbudowę tego świata. Po filmie widać też, że był robiony przez dwóch ludzi o różnych podejściach do komiksowego tematu, którym odgórnie przykazano, aby przeprowadzili całą akcję tak bezpiecznie, jak tylko to możliwe. Z fatalnym rezultatem…
źródło: syfy.com/syfywire/batman-flash-justice-league-promos
Film „Liga Sprawiedliwości” broni się przede wszystkim tym, że mogłem zobaczyć ulubionych bohaterów DC na wspólnym ekranie, choć nie wszystkich w takiej wersji jaką bym sobie życzył. Kupiłem też, choć z licznymi zastrzeżeniami co do Cyborga i Flasha, trzy nowe postaci, które wpasowują się w przedstawiony świat i skutecznie zasiewają ziarno zainteresowania pod przyszłe produkcje. Podobnie jest zresztą z wieloma innymi elementami filmu, który sygnalizuje znaczącą rozbudowę DC Extended Universe, czy to na Ziemi, czy pod wodą, czy w kosmosie.
Chciałem, by film okazał się też być odskocznią od rutynowego świata Marvel Cinematic Universe, szczególnie po ostatnim filmie z Thorem, gdzie nastąpił ewidentny przerost formy nad treścią, a o filmie zapomniałem zaraz po wyjściu z kina. Niestety otrzymałem wyrób Marvelo-podobny, w dodatku pozszywany naprędce z różnych wizji polanych nieudolnością korpo-zagrywek. Życzę filmowemu światu DC jak najlepiej i mam nadzieję, że kolejne produkcje spod tego znaku będą znacznie lepsze i bardziej zróżnicowane. Te postaci naprawdę na to zasługują.
PS. Nie opuszczajcie sal kinowych po rozpoczęciu napisów. Uraczono nas dwiema dodatkowymi scenami, jedną w trakcie napisów, drugą na samym ich końcu. Myślę, że będziecie bardzo zadowoleni, szczególnie drugą z nich, która po prostu wgniata w fotel i stanowi ciekawe podwaliny pod przyszłe wydarzenia związane z Justice League.
Justice League 2017 – Zwiastun / Trailer
Zwiastun #2 opublikowany 25.03.2017:
FILMY O SUPERBOHATERACH 2017 »
Zobacz także:
Jestem ciekaw jak będzie wyglądać nowy film spod DC Comics. Uważam, że będzie ciekawie, choć dużo jest opinii mało przychylnych