Film „Blade Runner 2049” (2017) – recenzja

OPIS FABUŁY

Akcja  filmu „Blade Runner 2049″ dzieje się 30 lat po wydarzeniach z oryginalnego „Łowcy androidów”. Replikanci klasy Nexus-7 i Nexus-8, którzy stanowili zagrożenie dla człowieka, zostali wycofani z użytkowania, a ich miejsce zajęli posłuszni replikanci z serii Nexus-9. Jednym z przedstawicieli nowej generacji replikantów jest „K” (Ryan Gosling), pracujący dla policji Los Angeles. Jego zadaniem jest ściganie i eliminowanie przedstawicieli poprzednich serii. Podczas rutynowej akcji „K” natrafia na informację, której ujawnienie może grozić zburzeniem delikatnej równowagi utrzymywanej pomiędzy ludźmi, a replikantami. Zadaniem „K” będzie zlikwidować wszelkie dowody i świadków związanych z odnalezioną informacją.
Tak zaczyna się długo oczekiwany sequel kultowego filmu „Blade Runner”.

 

RECENZJA BLADE RUNNER 2049

Reżyserem „Blade Runner 2049″ został Denis Villeneuve, wschodząca gwiazda kina Science fiction. Kanadyjski reżyser zyskał sławę dzięki takim filmom jak „Pogorzelisko”, „Labirynt” czy „Sicario”. Ale to jego „Arrival” – film Science fiction opowiadający o kontakcie z kosmitami – pokazał, że jest on reżyserem doskonale rozumiejącym ten gatunek kina, zarówno pod względem konceptualnym, jak przede wszystkim wizualnym. „Arrival” przypomniał Akademii Filmowej o Science fiction, zdobywając nominację do Oscara aż w 7 kategoriach. Dla fanów gatunku było jasne, że kanadyjski reżyser jest nadzieją dla ambitnego kina Sci-Fi.

Niemniej jednak nakręcenie sequela do filmu tak kultowego jak „Blade Runner” jest zadaniem arcytrudnym. W 2017 ukazała się, jeszcze przed premierą „Blade Runnera 2049″, inna ekranizacja kultowej pozycji SF – „Ghost in the Shell”, gdzie  filozoficzny aspekt filmu został jednak spłycony, a nacisk położono na efekty specjalne i akcję. Tamten film spotkał się z chłodnym przyjęciem zarówno ze strony widzów jak i krytyków. Pierwsze doniesienia po seansie nowego „Blade Runnera” były zgoła odmienne i sugerowały, że film jest wolny, niemal pozbawiony akcji. Dla mnie był to sygnał, że otrzymamy wartościowe dzieło.

Jaki jest zatem nowy „Blade Runner”?
Villeneuve doskonale odnajduje się w stylistyce filmu noir, kina nieśpiesznego, bardzo klimatycznego i wręcz migotliwego. O ile w thrillerze „Sicario” czasem tęskniłem za większą dynamiką, o tyle „Łowca androidów 2″ – poza paroma scenami pod koniec filmu – ma wręcz idealne tempo. Najnowszy film Villeneuve’a jest przede wszystkim filmem medytacyjnym z dominacją długich ujęć. Podczas seansu widz ma się zrelaksować i przestać analizować. Jego umysł ma w ten sposób ulegnąć sugestii, że wszystko co widzi na ekranie jest prawdziwe.

Wielu ludzi krytykuje wolne sceny jako pseudo ambitne, jednak te sceny mają swoją określoną funkcje w budowaniu klimatu. Leżąc na plaży, słuchając szumu fal, wiatru, przelatujących mew, możemy pozostawać w takiej chwili godzinami. Natomiast, gdy czekamy na pociąg, obładowani bagażem, to denerwuje nas każda minuta opóźnienia. Filmy Villeneuve’a można porównać do wspomnianego leżenia na plaży. Czas nie gra roli kiedy jesteśmy przyjemnie zanurzeni w wyobraźni twórcy.

Świat w „Blade Runner 2049″ jest niesamowity. To zdecydowanie najmocniejsza strona filmu. Uwielbiam futurystyczne wizje w filmach, ale mało które z nich wyglądają realistycznie. Np. w kinowym „Ghost in The Shell” futurystyczne miasto pełne jest kolorowych hologramów wielkości wieżowców, a ludzie naszpikowani są wszelkimi cybernetycznymi implantami, z których tylko część ma jakiś sens, a większość tych gadżetów ma tylko przyciągnąć uwagę widza. Na tym tle „Blade Runner 2049″ ze swoją oszczędną estetyką wygląda wręcz ascetycznie.

Patrząc na „Blade Runner 2049″ miałem wrażenie, że wiele scen nakręconych jest przez ekipę dokumentalną, która zwiedza świat przyszłości. Uczucie realizmu jest wręcz niesamowite.
Oczywiście ten realizm nie jest jednakowy przez cały film.
Najbardziej doświadczamy go w scenach kameralnych, będąc przykładowo w aucie tytułowego bohatera, gdzie widać drobiny kurzu w rogach ekranu czy pogniecione policyjne dokumenty walające się po kokpicie. Na farmie należącej do Sappera Mortona czujne oko wyłapie napisy na szklarniach, wypisane cyrylicą oraz stare urządzenia rolnicze. Doskonale wyglądają też sceny w których „K” przelatuje nad miastem. Kilometry slumsów, potężny mur chroniący Los Angeles przed podniesionym oceanem, panele słoneczne ciągnące się kilometrami. To są sceny, które biją realizmem.

Oczywiście „Łowca androidów 2 to cyberpunk i miasto musi wyglądać odpowiednio futurystycznie, nawet jeśli nie wydaje nam się bardzo realistyczne. To właśnie sceny z Los Angeles najbardziej przypominały mi, że oglądam film z serii „Blade Runner”. Wszechobecne neony, deszczowa poświata, snujące się po niebie, niemal bezdźwięczne pojazdy. Los Angeles podobnie jak w oryginale, jest tętniącym życiem ulem z różnymi rasami, językami i stylami. Ten miejski świat wygląda już mniej realistycznie, ale działa z kolei stymulująco na wyobraźnie i wprowadza do filmu niesamowity nastrój.

Za muzykę do filmu odpowiedzialni byli Benjamin Wallfisch i Hans Zimmer. Nie mieli łatwego zadania, konkurowali z legendarną już ścieżką dźwiękową, którą na potrzeby pierwszego filmu stworzył sam Vangelis. Mimo że w soundtracku do „Blade Runner 2049″ brakuje utworów z potencjałem, aby stać się nieśmiertelnymi, jak utwory Vangelisa, to jednak oprawa muzyczna w „Łowcy androidów 2″ trzyma bardzo wysoki poziom. Dominują w niej delikatne, senne wręcz, ambientowe utwory idealnie pasujące do mglistej atmosfery cyberpunka. Utwory, przy których patrząc na spływające po oknach strugi deszczu robi nam się przyjemnie ciepło z odprężenia. Nie brakuje też muzyki pompatycznej, oddającej skalę tego filmu. Akcja wspierana jest z kolei kawałkami dynamicznymi, ale nadal pozostającymi w konwencji cyberpunkowej.

Rolę tytułowego „K” odgrywa Ryan Gosling i robi to naprawdę dobrze. Gosling urodzony jest do odgrywania dwóch typów charakterów. Jest najlepszy kiedy gra albo sarkastycznego lowelasa, albo milczącego detektywna o wrażliwej naturze. Postać „K” bardzo przypomina rolę jaką Gosling stworzył w kultowym „Drive”. Podobnie jak tam, tak i w „Blade Runner 2049″ Gosling nie mówi wiele, jego ekspresja jest oszczędna, a większość emocji wyraża oczami.

Spotkałem się z opinią,  że Goslingowi brakuje w tym filmie polotu, co jest dla mnie absurdalnym stwierdzeniem. „K” jest modelem replikanta Nexus-9. Replikanci, pomimo, że stworzeni na bazie człowieka, różnią się od nas emocjonalnością. Trudno, żeby android „rozbijał” się po ekranie niczym Al Pacino. Goslingowi idealnie udało się zrównoważyć ludzkie emocje i charakter replikanta.
Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, w której „K” pojawia się w centrum wspomnień. Replikant wpada tam w szał, prezentując intensywne, impulsywne emocje. Widać, że nie ma doświadczenia w wyrażaniu intensywnych emocji, pomimo, że je przeżywa. Wygląda to jak próba mówienia przez osobę niemą. Tak mógłbym sobie wyobrazić reakcje replikanta. Scena ta udowadnia też, na jak wielu płaszczyznach film Villeneuve’a został zaprojektowany w ten sposób, żeby realistycznie oddać wizję przyszłości.

Rolę towarzyszki Goslinga – Joi zagrała Ana de Armas. Joi stanowi postać niezwykle ciepłą i wspierającą „K”, co może budzić zaskoczenie, ponieważ jest tylko kodem komputerowym, zaprojektowanym, aby uszczęśliwiać swojego właściciela.

W rolę szefowej „K” – Porucznik Joshi – wcieliła się Robin Wright. Z pozoru zdecydowana i nastawiona na wykonanie misji wymyka się ona prostym stereotypom, pokazując w paru scenach więcej niż wynika z pozornie schematycznie rozpisanej roli szefowej. Robin Wright to aktorka doskonała, acz niedoceniona. W „Blade Runner 2049″ zagrała na zwyczajnym dla niej, bardzo wysokim poziomie.

Po raz kolejny w kinie (po „Strażnikach Galaktyki vol. 2”) zagościł były zapaśnik Dave Bautista, który zagrał poszukiwanego przez „K” androida Sappera Mortona i była to chyba najlepsza rola w jego dorobku aktorskim. Wspaniałą obsadę po stronie złych bohaterów uzupełniają Jared Leto i Sylvia Hoeks. Jared Leto gra następcę doktora Tyrella – nowego władcę androidów, Niandera Wallace’a. Jared wypada poprawnie, to znakomity warsztatowo aktor. Zastrzeżenia, co do jego postaci, mam od strony scenariusza. Niander Wallace ma bowiem wszystkie cechy stereotypowego wizjonera psychopaty, ale nie zdaje się odgrywać w filmie wielkiej roli.
Na szczęście jego zastępczynię – replikantkę Luv – gra Sylvia Hoeks, która zrobiła to znakomicie. Luv jest wyrafinowaną, niezwykle sprawczą i dynamiczną postacią. Podobnie jak Gosling emocje okazuje subtelnie, ale dzięki temu nabierają one większego znaczenia.

Podsumowując ekipę aktorską nie sposób pominąć Harrisona Forda. Jego pojawienie się w roli Ricka Deckarda trochę wybija z rytmu. Twarz Forda stała się tak rozpoznawalna, że mimo jego talentu aktorskiego na ekranie widzimy przede wszystkim aktora, ewentualnie Hana Solo z siódmej części Gwiezdnych Wojen, a dopiero na końcu – Deckarda.

Fabuła jest chyba najsłabszym elementem „Łowcy androidów 2049″ i w zasadzie jedynym, który nie jest w tym filmie perfekcyjny. W dużej mierze kontynuacja „Łowcy androidów” stanowi film detektywistyczny. Agent „K” przez pierwszą połowę filmu odkrywa fragment po fragmencie historię, która może zmienić losy nie tylko świata, ale i jego własne. „Blade Runner 2049″ nie jest jednak klasycznym kryminałem i thrillerem napakowanym akcją i zagadkami do rozwiązania. Wydarzenia rozgrywają się w nim wolno, pozostają jakby w tle naszej podróży po tym niezwykłym świecie. I jest to dla mnie całkowicie do zaakceptowania.

Pierwsza połowa produkcji jest wręcz znakomita ze swoim połączeniem wspaniałego świata, nastrojowej muzyki i nieśpiesznej, ale zapowiadającej ciekawe rozwiązanie fabuły. Druga połowa filmu jest jednak słabsza i to właśnie w tej części filmu najbardziej czuć, że fabuła nie może sprostać naszym oczekiwaniom.

Główny bohater w pogoni za tajemnicą dziecka replikanta, dociera do post apokaliptycznego Las Vegas. Jesteśmy już w połowie tego wolnego filmu i w tym momencie oczekiwalibyśmy przyspieszenia akcji i pewnych konkluzji, ale reżyser raczy nas kolejnym spowolnieniem akcji. Sceny są jeszcze dłuższe i jeszcze bardziej nacisk pada na nastrój. Dla mnie nie zadziałało to na paru płaszczyznach.
Przede wszystkim Las Vegas nie jest już tak ciekawe jak ultra cyberpunkowe Los Angeles. Opuszczone wieżowce, gigantyczne pomniki, tunele z autostradami – to wszystko wygląda fajnie, ale już wnętrza kasyn są zwyczajnie, szczególnie w porównaniu do spektakularnych wnętrz z pierwszej połowy filmu.

Po wątku z Las Vegas, który moim zdaniem był najsłabszym w całym filmie, „Blade Runner 2049″ odzyskuje werwę i pod sam koniec raczy nas paroma wspaniałymi scenami. Fabuła nie wychodzi jednak na prostą, raczy nas na pozór przewrotnym zakończeniem, ale jednak zakończeniem, które nie wywołuje większych emocji.

„Blade Runner 2049” nie zachwyca i nie szokuje fabularnie, ale przez wolne i wyważone sceny elementy fabularne nabierają większego znaczenia. Przewodnim tematem „Blade Runner 2049” są granice człowieczeństwa. Kogo można nazwać człowiekiem, a kogo już nie? Czy posiadanie DNA i fizyczne podobieństwo do człowieka to wystarczające przesłanki, by zostać zaliczonym do ludzkości, nawet jeśli powstało się w laboratorium? Czy DNA musi być jednakowe z ludzkim, czy może być zmienione w celu zwiększenia szybkości, siły, inteligencji i czy nadal taką istotę zaliczać będziemy do grona ludzi?

Pytania te rodzą się zwłaszcza, gdy spojrzymy przez pryzmat wysiłków agenta „K”, szukającego swojej tożsamości, pragnącego zrozumieć kim jest, po co znalazł się na ziemi i czy może uważać się za odrębną jednostkę. „K” wydaje się być najbliżej człowieka – przejawia emocje, a jego szefowa w licznych przebłyskach traktuje go jakby był przedstawicielem jej gatunku.
Takiego szczęścia nie ma jednak Luv, która dla odmiany jest tylko narzędziem w rękach Wallace’a. Luv zazdrości „K” autonomii i jego dążenia do uzyskania człowieczeństwa. Sama nie ma na to nadziei i swoje ambicje przejawia w realizacji celów i wykorzystywaniu władzy.

To jednak nie replikanci (posiadający ludzkie ciało, umysł i DNA) są najbardziej ludzcy w całym filmie ze wszystkich przedstawionych istot. Na ten tytuł zasługuje bowiem Joi – program komputerowy nie oparty na białku, lecz na zapisie zero-jedynkowym. Joi posiada swoistą świadomość i coś na wzór ludzkich emocji. Jej więź z „K” jest jedyną, prawdziwie ludzką relacją w całym filmie.

Na innych płaszczyznach film porusza takie zagadnienia jak: niekontrolowany kapitalizm (Wallace jest panem i władcą, nie ma nad sobą żadnej kontroli ze strony społeczeństwa), alienacja (ludzie są jeszcze bardziej osamotnieni i chłodni niż replikanci) czy w końcu zniszczenie środowiska naturalnego (w Kalifornii, zdominowanej przez zszarzałe pustynie, nie ma już drzew, miasto Los Angeles musi chronić się potężnym murem przed wzrostem poziomu wód, a z nieba pada na przemian śnieg i deszcz).

Film „Blade Runner 2049″  to arcydzieło pod względem formy, ale wspaniałe obrazy, niesamowita muzyka i hipnotyczny klimat nie są celem samym w sobie. Film Denisa Villeneuve ma zachęcić nas do myślenia i czyni to w najbardziej atrakcyjny sposób.

 

OCENA :


Guli

 

Korekta redakcyjna: Dr Gediman

źródło foto: imdb.com/title/tt1856101/mediaindex?ref_=tt_pv_mi_sm

Zobacz także:

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 8 Średnia: 4.5]
Komentarze (2)
Dodaj komentarz
  • ThiDoIn

    Sicario – za pierwszym razem też czułem momenty „dłuższe”. Za drugim razem, po 3 latach… no powiem, że chyba mi coś zaskoczyło bo film całościowo mi się podobał i nie czułem już tych „dłuższych” momentów bo one wciągnęły mnie w klimat filmu.
    Blade Runner 2049:
    Co do „pięknej wydmuszki”, pociągnięcie starych wątków, zaprzestanie rozwinięcia nowego spojrzenia – nie wiem czy to wada czy zaleta ale ten film ogląda się z otoczką czyli:
    -Blade Runner (2019) – czyli nasz kultowy łowca z 1982
    -Blade Runner Black Out 2022 – jak pamiętasz 1 pozycję to zaczynasz tutaj
    -2036: Nexus Dawn
    -2048: Nowhere to Run
    -Blade Runner 2049 – nasz oceniany film. Wspaniały (jak dla mnie, nawet bez tego wstępnego trio)

  • Tomek

    Zgadzam się zasadniczo, ale wyraziłbym się ostrzej o tym filmie. Może nie jest to piękna wydmuszka, ale niestety dużo nie brakujedo takiego stwierdzenia. Bo niby o czym jest ten film? Kogo można, a kogo nie nazwać człowiekiem? Jakie są granice człowieczeństwa? To już przerabialiśmy w pierwszej części i nie trzeba było tego powtarzać. Oczekiwałem czegoś nowego. Innych pytań, innych problemów. Najbardziej boli mnie nie wykorzystanie potencjału tkwiącego w postaci Niandera Wallace’a. Mógł być genialny konflikt boga-stwórcy, kreatora nowego życia, z jednym z jego dzieci, plus do tego stary łowca który na dodatek jest ojcem nowej rasy. Taki konflikt mógł mieć w sobie gigantyczny ładunek emocjonalny, dramaturgiczny, mógł stanowić oś filmu (albo jedną z dwóch osi). Niestety, ale odbieram ten film na letnio, ani mnie on grzeje, ani ziębi (mówię o fabule, bo warstwa wizualna to istne cudo), a to jest najgorsze co może się zdarzyć. Być może potrzebuję obejrzeć go jeszcze kilka razy żeby bardziej zrozumieć, ale na dziś to jednak raczej zawód niż spełnienie…