Doszliśmy do ściany… A raczej do granicy, której nie da się już przekroczyć bez klarownej decyzji: albo damy się ponieść temu, co „Obcy: Ziemia” proponuje, albo machniemy ręką, damy sobie spokój i pójdziemy dalej.
Czwarty odcinek, „Observation”, jest właśnie taką formą testu dla miłośników sagi – momentem, w którym serial nie tylko pokazuje, w jakim kierunku jedzie, ale i dociska pedał gazu. I powiem szczerze: coraz ciężej mi to recenzować. Każdy kolejny epizod męczy mnie bardziej, coraz trudniej jest mi dostrzec w nim coś naprawdę ciekawego, a nieliczne pozytywy giną pod ciężarem nietrafionych decyzji i zgrzytów, które nie pozwalają mi wejść w ten świat bez mniejszej lub większej irytacji.
UWAGA: poniższy tekst zawiera spoilery!
Najbardziej jaskrawym przykładem jest Wendy i jej zdolność .. porozumiewania się z Ksenomorfami i to będących w różnych fazach rozwoju. Serial otwarcie pokazuje bohaterkę jako swoistą tłumaczkę obcego języka: nie tylko słyszy dziwne kliknięcia i „syki”, ale potrafi na to odpowiedzieć (tutaj nie ma mowy o samym naśladowaniu i „suchym” odtwarzaniu nagranych fal dźwiękowych). Potrafi nawet ułagodzić nowo narodzonego potwora, aby go .. pogłaskać…
W samym założeniu, nie ma tutaj nic ani odkrywczego, ani specjalnie nowego – motywy porozumiewania się, czy wyczuwania, mieliśmy już chociażby w „Obcym: Przebudzeniu”, a liczne książki i komiksy ten temat dość często podchwytywały i rozwijały. Problem w tym, że cała mitologia „Obcego” opierała się na czymś odmiennym – Ksenomorf był doskonałym drapieżnikiem, który nie potrzebował komunikacji, by siać grozę, a ewentualna komunikacja paradoksalnie tą grozę jeszcze podsycała. W „Alien: Earth” stworzenie zostaje zredukowane do jakiejś formy pupila, co już we wspomnianym filmie było dosadnie wyśmiane przez klon Ripley. Można nawet docenić próbę reinterpretacji, jednak w praktyce efekt jest taki, że potwór traci – kolejny już raz w tym serialu – aurę grozy. To już nie cień czyhający na bohaterów w korytarzu, to już nie przedstawiciel mrocznego gatunku, który kieruje się swoimi intencjami by przetrwać i podporządkować sobie otoczenie, lecz egzotyczne zwierzę, które bohaterka hipnotyzuje niczym zaklinacz węży.
Do tego dochodzi sceneria. Gdy wyszliśmy definitywnie z korytarzy statku, coś w tym serialu pękło. Zamiast klaustrofobicznych pomieszczeń dostajemy tropikalną wyspę Neverland, która wygląda jak plan „Białego lotosu” w futurystycznej wersji. Plaże, dżungle, ujęcia czystego nieba – wizualnie łądne, ale nijak niepasujące do DNA „Obcego”. Rozumiem zamysł: kontrast między rajską fasadą, a duszną atmosferą uwięzienia. Ale na srebrnym ekranie wychodzi to tak, jakby ktoś pomylił konwencje i przeniósł nas na wakacyjny serial, w którym syntetyczne dzieci jedzą chipsy przy basenie. Trudno mi było czuć napięcie, gdy kamera błądziła po pocztówkowych pejzażach, które nijak nie współgrają z ciężarem franczyzy.
Kolejny problem to dalej wątki hybryd. Ciąża Nibs to pomysł, który balansuje na granicy groteski i prowokacji. W założeniu jest ciekawy i pobudza szare komórki. Możemy to czytać jako metaforę dziecięcej psychiki uwięzionej w dorosłym ciele lub/oraz jako odbicie traumy, którą przeszła bohaterka po bliskim spotkaniu z OKIEM. Serial jednak nie daje wystarczających narzędzi, by potraktować to poważnie. Zamiast tego pozostaje mi poczucie sztucznie podkręconej kontrowersji, która bardziej irytuje niż prowokuje do refleksji. I choć wprost pada w odcinku fundamentalne pytanie – czy te dzieci w ogóle istnieją, czy to tylko cyfrowe kopie w nowych ciałach – mam wrażenie, że scenariusz obchodzi ten problem bardzo szerokim łukiem, zamiast go realnie przepracować. Takie szczątkowe traktowanie potencjalnie ważnych i poważnych tematów jest nagminne w tym serialu. Przynajmniej na razie, ale tracę już wiarę, że to się zmieni.
Największe wrażenie w czwartym odcinku nie zrobiła na mnie obecność Chestburstera, lecz pojawienie się „Eye-monstera”. Scena, w której pasożyt przejmuje kontrolę nad owcą i powoli przyjmuje postawę stojącą, była jednym z nielicznych momentów, kiedy naprawdę przeszły mnie ciarki. W tej istocie czuć zupełnie obcą nam motywację, chłodną inteligencję i konsekwentną cierpliwość w dążeniu do celu, którym będzie przejęcie kontroli nad człowiekiem. Właśnie tutaj poczułem echo tego, co w „Obcym” zawsze było najciekawsze: spotkanie z radykalnie INNYM. Dodam, że scena ta była fenomenalnie ukazana, a jej dosłowność w tym przypadku była wręcz przerażająca.
Nie przeszkadza mi zupełnie, że Oko jest w tym serialu bardziej intrygującym stworem niż Ksenomorf, którego znamy już na wylot. Wręcz przeciwnie – to naturalne, że nowa forma budzi silniejsze emocje. Problem pojawia się jednak gdzie indziej: skoro Eye-monster i inne hybrydy są tak wyraziste, czy obecność Ksenomorfa i znanych już jaj nie staje się w tym serialu zbędnym balastem? Czy całość nie zyskałaby na sile, gdyby była tylko luźno powiązana z uniwersum „Obcego”, zamiast próbować na siłę spinać nowe pomysły z ikoną, której twórcy najwyraźniej nie wiedzą, jak użyć? Przynajmniej takie wrażenie odnoszę w połowie sezonu.
Do tego wszystkiego dochodzą dysonanse tonalne: raz jesteśmy w grotesce, raz w filozoficznym traktacie o etyce, raz w dziecięcej bajce o Piotrusiu Panie (ile można to nachalnie promować), a chwilę później w kolejnym żarcie. Niby można to tłumaczyć jako świadomą mieszankę, ale dla mnie efekt jest taki, że serial gubi ciężar i konsekwencję. I choć trafiają się momenty mocne, jak wspomniana scena body horroru, czy zimna manipulacja Morrowa (nadal najlepsza postać) – to nie są one w stanie zrównoważyć całej reszty.
Nie ukrywam, że coraz trudniej mi patrzeć na ten projekt z entuzjazmem. Z każdym odcinkiem mam wrażenie, że pozytywy giną pod ciężarem nienajlepszych decyzji twórców, a świat budowany jest w pośpiechu, na chybił trafił. Zastanawiam się czy oglądam ten serial dalej tylko dlatego, że w tytule widnieje znajoma nazwa. Jestem już zmęczony, częściowo sfrustrowany, ale wciąż mam tą resztką ciekawości i chcę wiedzieć dokąd to wszystko zmierza – czy twórcy potrafią to poukładać i jak to powiążą z historią opowiadaną w całej sadze. Czy w ogóle będą chcieli to zrobić? Czy też zaserwują nam kolejny świat równoległy rodem z MCU.
Odcinek „Observation” to ściana, do której doszliśmy. Albo teraz damy się ponieść i spróbujemy znaleźć coś fajnego w tej mieszance groteski, bajki i filozofii, albo czas uznać, że to projekt nie dla nas. I może właśnie w tym tkwi problem: zamiast czuć rosnące napięcie i gęstniejącą atmosferę, czuję coraz większą niepewność, czy sam serial przetrwa własne ambicje…
Jednak w naszej redakcji jestem raczej w mniejszości – jak się już sezon skończy na pewno będziecie mogli przeczytać u nas o innym spojrzeniu na produkcję.
<< Recenzja odcinka 3| Recenzja odcinka 4 >>
Serial jest dobry. I naprawia błędy lub niedopatrzenia z wcześniejszych odcinków, rozwijając temat. Pewne durne zachowania i decyzje zmieniają sens, jeśli dowiemy się więcej. Ciekawe, co napiszesz, bo odcinku 5. Najlepszym do tej pory!
Oczywiście nikt nie oczekuje od tego serialu jakiejś superlogicznej fabuły rodem z twardego SF. W końcu to horror kosmiczny, a Alien już od dawna jest trochę autoparodią. Tu nie dość że mamy coś naprawdę świeżego, to jest to zrobione całkiem spójnie, a już z pewnością dla przeciętnego zjadacza hamburgerów. W dodatku liczy się kasa i sam Disney (któremu nie wypada markować takich „brzydkich” filmów), pod marką FX sonduje rynek. Ewidentnie widać że fabuła nie ma rozmachu i potencjał który w niej drzemie jest sztucznie ograniczany, bo producent nie wie, czy rynek to łyknie, a serial na siebie zarobi. Stąd te bardzo kameralne scenki, a nie jakieś duże rozpierduchy w stylu Aliens. Zresztą jest tu masa hołdu dla prekursora serii i może taki jest koncept, żeby przynajmniej początkowo, nie mnożyć obcych jak psów…
A film może zmierzać w kierunku spin-offa. W końcu nie alien jest tu póki co najważniejszy, a ludzkie i korporacyjne rozgrywki o władzę i wpływy, okraszone potworami. Tyle, że one tu pełnią rolę tła i zapewne w porównaniu z ludźmi okażą się całkiem miłymi draniami, przynajmniej ograniczonymi do instynktu. W świecie Muska, Bezosa i Zuckerberga ostrzeżenie przed korporacyjnymi psychopatami którzy traktują ludzi jak NPC-ów w grze, jest co najmniej na czasie!
Dodatkowo wybrzmi tu konflikt między androidami, cyborgami i hybrydami, z których każdy będzie miał własne motywacje i interesy, a wszyscy mogą wykorzystać obcych do przetrwania czy walki z ludźmi. Spodziewam się spektakularnej ucieczki Wendy z bratem po tym jak wyjdzie szydło z worka Prodigy. Spodziewam się też zmiany frontu po Morrowie, który będąc wiernym psem Yutani dowie się że to jakiś księgowy z firmy przekreślił życie jego córki. Spodziewam się nieoczywistych sojuszy. I mam nadzieję, że to się uda, bo scenarzysta jest z tych, którzy wiedzą co robią.
Przy czym piąty odcinek tłumaczy poniekąd zdolności Wendy. Mamy już prowodyra, wiemy że mógł się przygotować do kontaktu. Być może każdy dzieciak będzie kontrolował swój gatunek. Zobaczymy…
Niemniej nie rozumiem tego jojczenia na serial. Masz scenariusz własnego? Napisz do Disneya, może się zachwycą! ;)
Fajnie, że poważnie uszkodzone przez Scotta uniwersum w ogóle żyje i ma się dobrze. A mogli odłożyć na półkę na kolejne lata…
5 odcinek namieszał, zaskoczył i świetnie zabawił się z widzem… Kompletnie nie tego się spodziewałem, zatem serial jest dla mnie jak rollercoaster.
Cieszę się, że twórcy działają i niech działają oraz próbują. Czasem wyjdzie świetnie, czasem fatalnie, ale warto próbować.
Jest mnóstwo wątków poruszonych w tym sezonie, a zostały tylko 3 odcinki… obawiam się, jak zdołają to zamknąć i czy w ogóle próbowali to pozamykać nie mając wczesnej decyzji o przedłużeniu na kolejny sezon.
Zobaczymy :)
Kosmos, Ziemia, świat.
Mnie się wydaje, że „Alien” wróci na scenę twardo. Może Obcy jest na tyle inteligentny, że wie, iż trafił na hiperinteligentny świat i nie wypada mu być zbyt agresywnym, bo zbyt mocno zwróciłby na siebie uwagę. Sprytniejsze byłoby udawanie potulnego stworzenia.
Największym błędem, jaki człowiek zawsze popełnia w serii „Alien” (i chyba sami jesteśmy tego ofiarą), jest niedocenianie Obcego.
Jak dla mnie serial to 10/10. Aspekt horroru nigdy nie był dla mnie kwintesencją serii Alien — to tylko element budujący napięcie. W science fiction chodzi mi o to, co może kryć przyszłość — np. o to, jak mogłaby wyglądać. Świat sterowany przez koncerny, które konkurują swoimi produktami, wydaje się ciekawym podejściem. Czy już teraz nie mamy wojen technologicznych? Ale zgadzam się, że vibe wyspy jest średni; z drugiej strony — gdzie miałby żyć przyszły trylioner?
oprócz Piotrusia Pana czuć tu Wyspę doktora Moreau, nawet jeden z głównych bohaterów się nazywa Morrow, to pewnie nie przypadek.