Film „Zack Snyder’s Justice League” (2021) – wnikliwa recenzja

„Zack Snyder’s Justice League” to film w podobnym stylu jak poprzednicy spod ręki tego reżysera. I o to właśnie chodziło Snyderowi: o spójność uniwersum, które odznacza się mroczniejszym i cięższym klimatem, bez oglądania się na formułę filmów prezentowaną przez konkurencję z Marvel Studios.
Naturalnie film „Liga Sprawiedliwości” by Zack Snyder nie jest dziełem idealnym, ale dostarcza sporej dozy rozrywki i epy. Snyder stworzył 4-godzinny film, który jest na tyle angażujący, że można pochłonąć go na jednym posiedzeniu.
Zacznijmy jednak od początku…

 

Film Zack Snyder’s Justice League (2021) – Recenzja / Opinia

UWAGA: poniższy tekst zawiera spoilery!

„Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.”

Dla mnie takim dniem był 18 marca 2021, dzień premiery filmu „Zack Snyder’s Justice League”, opowiadającego przygody popularnej supergrupy rodem z kart DC Comics, w skład której wchodzi m.in. Wielka Trójca DC, czyli Superman, Batman i Wonder Woman. Tytuł ten jest prawdopodobnie jednym z najgłośniejszych tematów ostatnich lat, jeśli chodzi o szeroko pojętą popkulturę.

Historia powstawania tego filmu to świetny materiał na dobrą książkę, którą chętnie zobaczyłbym kiedyś na swojej półce. Reżyser, Zack Snyder, w wyniku osobistej tragedii, jaką było samobójstwo jego córki Autumn, odszedł bowiem od pracy nad filmem „Justice League”. W znanej nam dotychczas wersji kinowej z 2017 roku, czyli wersji Jossa Whedona, który przejął schedę reżyserską, zostało niestety niewiele oryginalnego materiału nakręconego przez Snydera.

Gdy Whedon zabrał się za „Ligę Sprawiedliwości”, film był w zasadzie gotowy. Brakowało głównie efektów specjalnych i muzyki. Mimo to zaprzepaszczono tę wizję, zatrudniając reżysera, który z jednej strony był jednym z kół zamachowym Marvel Cinematic Universe dzięki jego „Avengers”, z drugiej strony jednak, przytłoczony wcześniejszymi doświadczeniami z realizacją „Avengers: Age of Ultron”, uległ włodarzom Warner Bros. i nakręcił (a raczej dokręcił) coś wysoce sztampowego, metrażowo niewłaściwego dla tego tematu (szefowie Warnera nie chcieli bowiem nic dłuższego niż 2 godziny). Finalnie stworzył dzieło godne zapomnienia. „Liga Sprawiedliwości” Whedona z miejsca stała się obiektem żartów, a liczne memy z amatorsko usuniętym przez grafików komputerowych wąsem Henry’ego Cavilla w roli Supermana regularnie krążyły po Internecie.
Z czasem jednak pojawił się ruch #ReleaseTheSnyderCut, za którym stali fani domagający się wypuszczenia wersji Zacka Snydera; wersji, z której istnienia szydziło wiele osób, a która po latach oczekiwania, ostatecznie ujrzała światło dzienne w 2021 roku.

 

Part 1. Don’t Count on It, Whedon

Nie da się ukryć, że odpowiadający za wszystkie dokrętki i przemontowanie filmu Joss Whedon, było nie było ojciec sukcesu „Avengers”, pokpił zadanie w całej rozciągłości. Ciężko jest bronić decyzji, jakie zapadły w związku z jego wersją, gdyż szwankuje tam całe mnóstwo rzeczy, poczynając od ekspozycji głównych bohaterów, poprzez źle rozłożone akcenty, a kończąc na montażu, przez który uleciało nie tylko sporo wartościowego materiału, ale przede wszystkim związane z nim napięcie i emocje. Ostateczny rezultat, który obejrzeliśmy w kinie, mógł zdecydowanie napsuć sporo krwi Snyderowi, choć ten zarzeka się, że nigdy nie obejrzał choćby urywka wersji Whedona.

Sytuacja z wypuszczeniem pogrzebanego wcześniej Snyder Cut poprzez platformę streamingową HBO Go to ewenement w świecie komiksowych ekranizacji. W efekcie otrzymaliśmy epicką produkcję, która jak żadna inna wcześniej zawiera 200% Snydera w Snyderze. Reżyser momentami przeszarżowuje, jest nie do okiełznania, ale nie da się ukryć, że zawsze jest wierny sobie i swojej wizji. W dodatku momentami jest nawet mocno poetycki, a niektóre kadry filmu to obowiązkowe pozycje na tapetę. Wystarczy przywołać tu scenę z Clarkiem i motylem na polu, Aquamana w objęciu spienionych fal, Supermana wznoszącego się nad Ziemią w dość oczywistej pozie przypominającej inną znaną na całym świecie postać… Przykładów jest całe multum.

 

Part 2. The Age of Heroes

Ponieważ w przypadku Justice League mamy do czynienia z grupą nietuzinkowych outsiderów, podział na rozdziały pozwolił skupić się na jakże różnych od siebie postaciach. Batman czy Wonder Woman w wydaniu Snydera są zawsze czymś, co przyjmuję z otwartymi ramionami już od pierwszego seansu „Batman v Superman”. Relacje pomiędzy Dianą i Brusem, jako swoistymi „rodzicami” projektu Justice League, na barkach których spoczywa poważne brzemię, zostały przedstawione należycie. Sam Bruce stał się postacią bardziej pozytywną, chcącą naprawić swoje błędy pokazane w „Batman v Superman”. Bardzo podobały mi się także relacje Bruce’a i Alfreda, czuć dobrą chemię. Sam Alfred stał się w zasadzie kolejnym członkiem Ligi, bowiem jego obecność w filmach Snydera nie ogranicza się tylko do wysłużonego parzenia herbaty i bycia zaledwie lokajem, a prawdziwym mentorem i ojcem Wayne’a, jak również współstrategiem jego misji i niesamowicie sprawnym mechanikiem.

Barry Allen to kolejny solidny punkt programu. Wprowadzenie Flasha do filmu i jego tricki ze Speedforce powodują, że już teraz zacieram ręce na jego solowy film. Sceny, gdzie musi wykorzystać maximum swoich umiejętności do ratowania świata, z pewnością przejdą do annałów, a w kategorii „speedsterzy” Flash, dokazujący u Snydera, może spokojnie zbić piąteczkę z Quicksilverem z X-Men. Ponadto Flash stanowi też źródło humoru w filmie, jednak nie takiego, jaki reprezentował nam Whedon.
Barry stał się też bardziej zdecydowany w swoich działaniach jako bohater i nie jest już paradoksalnie „ślamazarą”, który wręcz potyka się o własne nogi.

Aquaman, którego Snyder wyłowił (sic) jako postać komiksową z niebytu, to oczywiście wspaniały kozak. Owszem, jest cyniczny i toporny, ale zdecydowanie warto go mieć w drużynie jako sprzymierzeńca. W porównaniu z jego solowym filmem, Arthur Curry jest wyjątkowo powściągliwy i rozsądny, nie tak buńczuczny i rzucający co chwila chwytliwymi tekstami. Zarazem czujemy do niego respekt, a on sam jest niemal mityczną postacią, co widać po reakcjach ludzi z wioski w pierwszych fazach filmu. Dla osadników człowiek z wodnych głębin jest częścią swoistego folkloru. Po raz kolejny pokazuje to ciągotki Snydera do mitologii, przez co on sam ukazuje superbohaterów wśród zwykłych śmiertelników niczym bogów. Odpowiednia aura okrywa także samą Atlandydę, co pozwoliło rozwinąć jej wątek w jakże odmiennym stylistycznie „Aquamanie”.

Whedon okrutnie wykastrował wątek Cyborga i po lekturze wersji Snydera zachodzę w głowę jak można było tak pominąć tę postać. Piszę to też jako osoba, która na co dzień nie jest w ogóle fanem tej postaci na kartach komiksu. Snyder świetnie uwypuklił historię i dramat młodego chłopaka, któremu nieobecny dotąd w jego życiu ojciec uratował życie i zmienił je diamatralnie, ostatecznie nawet poświęcając dla syna własne życie. Wielokrotnie widziałem komentarze Zacka, że Cyborg jest sercem filmu i po obejrzeniu jego wersji „JL” stwierdzam, że tak właśnie jest. Wokół jego postaci dzieje się bardzo dużo, jego działania są istotne dla całej superbohaterskiej grupy i losów świata, a osobista historia przed i po wypadku jest pełna emocji.

O ile największym zwycięzcą Snyder Cut jest sam reżyser jak i fani filmu, tak największym przegranym będzie Ray Fisher, który skłócił się z Warner Bros. (o całej historii możecie poczytać szczegółowo w Internecie) i nie powróci już do roli Cyborga. Szkoda, ponieważ Snyder pokazał, że ta mało popularna w porównaniu z pozostałymi bohaterami postać ma spory potencjał i odpowiednio poprowadzona może zaskoczyć widza podejściem do tematów takich jak problemy rodzinne, alienacja, czy wreszcie szanse i niebezpieczeństwa wynikające z nowoczesnej technologii w codziennym świecie. Do Cyborga należy też jedna z najlepszych scen w filmie, gdzie dzięki swoimi nowym umiejętnościom pomaga biednej samotnej matce z dzieckiem. To prosta, krótka i wymowna scena, która pokazuje czym tak naprawdę jest prawdziwe bohaterstwo i pomaganie słabszym.

źródło: kadr z filmu „Zack Snyder’s Justice League” (2021)

 

Oczywiście świat DC zawsze stał mocno konkretnymi adwersarzami. Generał Zod z „Man of Steel”, w którego rolę fantastycznie wcielił się Michael Shannon, wciąż plasuje się w mojej osobistej czołówce. Ekipę Justice League postawiono przeciwko kolejnemu zagrożeniu z kosmosu, tym razem pochodzącemu z piekielnej planety Apokolips, a reprezentowanego przez Steppenwolfa. Niespodziewanie okazał się on być jednym z moich ulubieńców wersji Snydera, który w wersji kinowej prezentował się jako generyczny złoczyńca rodem z kreskówki, w dodatku z fatalnym designem, przez który nie można go było brać jako prawdziwe zagrożenie. Snyder zrobił z niego groźnego sadystę z kosmosu, w dodatku obleczonego w reaktywny pancerz, przez co stał się nie lada wyzwaniem zarówno dla dziesiątkowanych Amazonek czy mieszkańców Atlantydy, którymi miota w scenach konfrontacji jak szmacianymi lalkami, jak i naszej grupy superbohaterów. Jego topór nie jest tym razem tylko fikuśną ozdobą.

Do historii Steppenwolfa dodano znacznie więcej treści, uwypuklono w nim cechy okrytego hańbą wojownika, który za wszelką cenę chce powrócić na ojczystą planetę i próbuje odkupić swoje winy w oczach swojego władcy Darkseida poprzez krwawą krucjatę na niezliczonych światach. Dzięki tym zabiegom autora złoczyńca automatycznie stał się ciekawszą postacią z konkretną motywacją; jest nią właśnie przemożna chęć udowodnienia swojej wartości i pragnienie powrotu do domu.

„Justice League” Snydera to nie tylko historia naszych superbohaterów broniących swojego domu. To także historia złoczyńcy, który musi zniszczyć ich świat jak tysiące innych wcześniej, by wrócić na swój. Co ciekawe, w pewnym momencie filmu było mi go wręcz szkoda, co tylko pokazało, że pierwotnie jednowymiarowy siepacz Darkseida stał się pełnokrwistą i dobrze napisaną postacią. Duża też w tym zasługa aktora Ciarána Hindsa, który nie tylko użyczył Steppenwolfowi swoich ruchów, poprzez technikę motion-capture, czy też głębokiego demonicznego głosu, ale był również jedną z pierwszych osób głośno lobbujących za Snyderem i jego wersją, komentując jednocześnie w odpowiedni sposób wersję Whedona, która obdarła postać kosmicznego oprawcy praktycznie z wszystkiego.

Pozostając przy temacie przeciwników naszych głównych bohaterów, pozostał jeszcze jeden istotny czarny charakter, będący sprawcą całego tego zamieszania, lecz pozostający bardziej za kulisami wydarzeń. Mowa o Darkseidzie, potężnej i przerażającej istocie z planety Apokolips, która na co dzień przypomina piekło, wizualnie i w przenośni. Widzimy go w filmie zaledwie na kilka chwil (w tym w retrospekcji sprzed tysięcy lat, gdzie był jeszcze w swojej znacznie młodszej i słabszej postaci jako Uxas), jednak tyle wystarczyło, by momentalnie zaznaczyć jego przerażającą obecność, potęgę i dalekosiężne plany. Wiadomym jest, że nie mamy do czynienia z nikim przyjemnym, jeśli tylko na widok jego starożytnego malunku na skale wzdryga się sama Wonder Woman, a ledwo hologram Darkseida powoduje, że hardy dotąd Steppenwolf pokornieje niczym piesek. Spotęgowany wywołującym ciarki wyglądem i majestatyczną prezencją, jak również przeszywającym i dudniącym w uszach głosem (brawo Ray Porter!), Darkseid jest prawdziwym bogiem zła. Jestem bardzo zadowolony z tego jak przedstawiono tę komiksową postać i odważę się stwierdzić, że pod kątem grozy Thanos nie ma do niego żadnego startu.

źródło: kadr z filmu „Zack Snyder’s Justice League” (2021)

 

Part 3. Beloved Mother, Beloved Son

Oczywiście pisząc o tej produkcji nie mogę nie wspomnieć o Supermanie, na którego mocarnych barkach Zack Snyder oparł początki DC Extended Universe kilka lat wstecz przy okazji kręcenia „Man of Steel”. Wszystkie produkcje spod znaku DCEU to tak naprawdę jedna wielka historia o Supermanie, jego genezie, poświęceniu i zmartwychwstaniu. Snyder lubuje się w symbolice religijnej, co da się zauważyć w mesjanistycznych wręcz elementach jego przedstawienia postaci Ostatniego Syna Kryptona. Choć Superman został fabularnie odsunięty na bok na rzecz większego rozbudowania i nacisku na postacie Cyborga i Flasha, którzy stali się sercem i duszą zespołu, to Kal-El jest wciąż jego podporą i głównym symbolem. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie krajobraz filmowego DC miałby zostać bez Supka odgrywanego przez Henry’ego Cavilla. Aktor ten jest nie tylko dla mnie idealnym Człowiekiem ze Stali.

W „Zack Snyder’s Justice League” jego wątek fabularny ma swój finał w odrodzeniu i pewnej wizualnej metamorfozie, bowiem dotychczasowy ikoniczny strój w niebiesko-czerwonych barwach zastępuje czarny kostium, znany z komiksowej historii o zmartwychwstaniu Supermana po walce na śmierć i życie z potwornym Doomsdayem. Przywrócony dopiero co do żywych Clark szybko jest gotów na kolejne poświęcenie dla przyjaciół i reszty świata, co jest zgodne z jego modus operandi. Dodatkowo powracamy do wątku złego Supermana z wizji Batmana znanej z „BvS” jako Knightmare. Po obejrzeniu snyderowskiej „Ligi”, sceny te nabierają w końcu sensu. Snyder znalazł także odpowiednie miejsce dla matki Kenta oraz Lois Lane, dwóch najważniejszych kobiet w życiu Clarka, z którymi ma bardziej przyziemne i ludzkie momenty w filmie.

 

Part 4. Change Machine

Snyder, któremu rzucono liczne kłody pod nogi, mógł się wyszaleć w „Justice League” i popuścić wodze fantazji, igrając jednocześnie z kubkami smakowymi komiksowych geeków. Dość długa introdukcja owocuje później przyśpieszeniem akcji i wydarzeniami, które nierzadko wywołują u nas efekt „wow”. Wersja autorstwa Snydera jest o wiele płynniejsza niż kinowy wariant. Film eksponuje motywacje wszystkich bohaterów, dodaje istotne wątki do ich indywidualnych historii, co nie tylko rozbudowuje wszystkie główne postacie, ale i pozwala także pooddychać odpowiednio drugiemu planowi. Przykładem tego mogą być ojcowie Cyborga i Flasha (poświecenie tego pierwszego jest jakże istotne dla dalszych działań supergrupy), naukowiec Ryan Choi, podwodny duet Mera i Vulko, czy też Lois Lane

Teraz jako drużyna nasi herosi są rzeczywiście niezbędni do pokonania Steppenwolfa i powstrzymania jego planów odnośnie Ziemi. Tworzenie drużyny obyło się bez powielania schematu grupy Avengers, gdzie przez większość ich debiutanckiego filmu wszystkie postaci skakały sobie do oczu, a zjednoczyły się dopiero pod koniec. Tutaj wszystko kliknęło szybciej. Owszem, Wayne szukający po śmierci Supermana innych meta-ludzi i kompletujący załogę herosów to podobny patent jak w „Avengers”, ale na tym podobieństwa się kończą. Pokazuje to, że tak naprawdę DC Extended Universe mogło podążać zupełnie inną ścieżką niż Marvel Cinematic Universe, a właściwe ugruntowanie poszczególnych postaci w tym świecie niekoniecznie wymagało solowych filmów przed drużynowym.

Snyder usunął wszystko, co nie należało do jego wizji, a wyeksponował to, co trzeba było jego zdaniem uwypuklić. Pod topór poszły więc sceny z ukraińską rodziną i ratującym ją potem Flashem, czy też scena ze słabowitym i silącym się na śmieszność Batmanem po starciu z ożywionym Supermanem.
Samo wskrzeszenie Supermana wygląda niesamowicie i wywołuje ciarki. Niesamowicie prezentuje się również Flash używający swoich nadprzyrodzonych mocy – każda scena z nim to wizualne delicje. Zmian jest sporo i wyliczanie ich mija się z celem, ale dzięki nim wszystko się zazębia i nie odnosimy już takiego wrażenia jak wcześniej, że zbyt wiele zrobiono „po łebkach”.

Warto też dodać, że humor w filmie jest subtelny, w przeciwieństwie do nierzadko ostentacyjnych akcentów humorystycznych rodem z filmów Marvela. Dzięki temu widz nie czuje się wybity z rytmu i można poczuć powagę sytuacji, a zarazem nie ma się wrażenia, że oglądamy kreskówkę bądź lekki film familijny. Zaangażowanie w walkę z wrogiem oraz dźwiganie na barkach losów całego świata może nie mieć takiego samego wydźwięku, jeśli dostaniemy nachalne humoreski. Tak oto wszystkie „heheszkowe” wtręty Jossa Whedona („Dostojewski!”, „Gadasz z rybami.” i cała reszta) poszły na śmietnik – i bardzo słusznie, ponieważ świat Snydera nie jest dobrym miejscem na takie elementy.

Wiatr zmian, jakie przyniosła ze sobą wersja Snydera, dął również w muzyczne żagle filmu. W przeciwieństwie do wersji Whedona, którą okraszono wyjątkowo przeciętnym soundtrackiem Danny’ego Elfmana, tutaj mamy do czynienia ze ścieżką dźwiękową przygotowaną przez Thomasa Holkenborga, znanego bardziej pod pseudonimem Junkie XL. Tematyka była mu nieobca, bowiem już wcześniej i w powodzeniem kooperował z mistrzem Hansem Zimmerem nad muzyką do „Batman v Superman”. Znając też jego dokonania przy filmach „Mad Max: Road Fury” oraz „Deadpool” byłem bardzo ciekaw jak zmierzy się z tematem Ligi.

Warto tutaj wspomnieć, że Junkie XL stworzył już wcześniej soundtrack do „Justice League”, jednak po odejściu Snydera i zastąpieniu go Whedonem, zwolniono kompozytora z projektu, a na jego miejsce zatrudniono Elfmana. Kiedy zatrudniono go ponownie do prac przy Snyder Cut, muzyk porzucił wcześniejsze pomysły i zaserwował nam zupełnie nowy soundtrack. I to jaki! Muzyka w filmie jest naprawdę dobra, pompatyczna, momentami za bardzo szarżująca i kierująca się w stronę „mocniej, głośniej”, jednak pasująca do obrazu jak ulał. Soundtrack wynosi poszczególne sceny na odpowiedni poziom, podbijając epickość takich momentów jak retrospekcje z walki ludzi, mieszkańców Atlantydy, Amazonek i bogów z armią Parademonów oraz ich hersztem Uxasem (młody Darkseid), czy też akcjami z Flashem. Pewnemu odświeżeniu uległ też motyw muzyczny Wonder Woman, który obok znajomych brzmień otrzymał również nowe rysy, kojarzące się z muzyką z seriali „Xena” czy też „Spartakus”. Cała grupa również otrzymała swój theme, który gładko pompuje epę prosto w nasze uszy.

 

Part 5. All the King’s Horses.

Oczywiście poza zachwytami i faktem, że lubię produkcje Zacka, nie jestem bynajmniej ślepy na błędy filmu. Komputerowo generowane efekty specjalne to istna ruletka. W tym miejscu warto się skupić na wykreowanych w pełni przez CGI postaciach Darkseida, DeSaada i Steppenwolfa. Złoczyńcy prezentują się naprawdę znakomicie w bardziej statycznych scenach, z czym nie mają większych problemów dwaj pierwsi, a w szczególności władca Apokolips, budząc bardziej posągową grozę ze swojej sali tronowej, aniżeli udzielając się fizycznie, jak jego uziemiony sługus w zbroi z żyletek.

Problem z ich ekranową wiarygodnością pojawia się podczas scen akcji, gdzie postacie są w ruchu. Szybko zdradza to ich status bycia jedynie zlepkiem tysięcy pikseli.
Podobnie jest z Cybogiem, gdzie momentami razi sztuczność jego mechanicznego ciała, jak również z Marsjańskim Łowcą, który ewidentnie za szybko opuścił komputery grafików. To jednak zmora wielu filmów naszych czasów, gdzie tylko raz na jakiś czas udaje się oszukać wprawne oko wychowane na dziesiątkach tworów CGI.
Poza postaciami, doskwiera mi też green-screenowość wielu scen, gdzie widać sztuczność wykreowanego przez komputery tła. Ponownie: znak czasów.

Zahaczając o temat metrażu filmu, momentami da się odczuć dłużyzny, co jest przypadłością pierwszej połowy filmu, a całość pełna jest scen, które spokojnie mogłyby wypaść przy montażu. Z drugiej strony chłonąłem wszystko jak gąbka i złapałem się na tym, że chciałbym, aby całość trwała nawet 2 razy dłużej. W końcu kto nie chciałby więcej materiału pokroju prostej, ale uroczej sceny, gdzie Alfred zwraca uwagę Dianie jak parzyć herbatę, czy też „ziomalskich” dialogów Kenta i Wayne’a?

źródło: kadr z filmu „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” (2021)

Jeżeli już o dialogach mowa, niektóre z nich mogłyby być lepiej dopracowane i bardziej naturalne. Przypomina mi to casus innego sprawnego artysty, który wymiata pod kątem wizualnym, natomiast ma braki w sferze tekstów. Mowa o Toddzie McFarlane, twórcy komiksów o Spawnie, w których rozmowy często wypadają dość sztucznie lub pretensjonalnie. W Snyder Cut wielokrotnie napotkamy sztywne kwestie postaci, wypowiadane w dodatku w wyjątkowo beznamiętny sposób (w czym często bryluje np. Gal Gadot, u której w takich momentach uwidaczniają się braki w warsztacie aktorskim).

Często da się odczuć, że Snyder za poważnie podchodzi do narracji superbohaterskiej, przez co prowadzone przez niego postacie wydają się zbyt nadęte. Wykreowany przez Snydera świat okupuje pretensjonalność i patos, przez co nie starcza miejsca na więcej oddechu i luzu.

W świetle tego dziwią mnie decyzje kurczowego trzymania się wyłącznie czarnego stroju Supermana, który choć robi niemałe wrażenie i świetnie nawiązuje do komiksowej historii o śmierci i zmartwychwstaniu Człowieka ze Stali, tak nie ma sensu w ostatniej scenie z Kentem. W niej heros rusza do akcji i zmienia strój z cywilnego, pod którym zamiast najbardziej rozpoznawalnych niebiesko-czerwonych barw kojarzonych z nadzieją i bohaterstwem tej postaci jest wciąż czerń.
Reżyser romansuje też z pewną formą teledyskowego wręcz kiczu, choć muszę dodać, że nie psuje mi to odbioru jego produkcji, tej czy wcześniejszych.

Zack Snyder ewidentnie chciał opowiedzieć w swojej wersji bardzo dużo, przez co upakował sporo wątków i postaci na przestrzeni tych 4 godzin, niemniej odnoszę wrażenie, że niektóre rzeczy nie zostały jeszcze do końca należycie wyjaśnione bądź poprowadzone. Przykładem niech będzie tu równanie Anty-Życia, które komiksiarzom nie musi być specjalnie tłumaczone, natomiast laicy będą drapać się w głowę o co tu chodzi i czemu to takie ważne. Podobnie jest z postacią Marsjańskiego Łowcy, który pojawia się w filmie ot tak – szczególnie, że w pierwotnym zamyśle reżysera jego miejsce w finale miał zająć Green Lantern (John Stewart), jednak nie zgodziła się na to wytwórnia WB. Wiele z tych elementów miały być rozwinięte w sequelach, które niestety nie doszły do skutku.

 

Part 6. Something Darker

Jeśli chodzi o stylistykę filmu, Snyder ostatni raz chyba tak sobie poszarżował przy okazji „Watchmen”. Kupuję styl Snydera od lat, łącznie z jego nadużywaniem trade-markowego wręcz efektu slow-motion. Film utrzymany jest w podobnej posępnej kolorystyce, co wcześniejsze produkcje Snydera pod znakiem DCEU, czyli „Man of Steel” i „Batman v Superman”. Zdaję sobie sprawę, że część osób może to przytłaczać i niektórzy woleliby odejścia od tego szaro-burego stylu i żywszej palety barw, niemniej pasuje to nie tylko do poprzednich filmów, ale wpasowuje się także w klimat walki o los świata w wydawałoby się beznadziejnej sytuacji.

Film podzielono na akty, z których każdy wieńczy tytułowa karta. Dodaje to odpowiedniego smaczku całości, jak również serialowości. I rzeczywiście, momentami miałem wrażenie, że oglądam fuzję świata filmowego i serialowego, gdzie w tym drugim jest zawsze więcej czasu na ekspozycje i wszelakie szczegóły. Wrażenie to potęgowane jest oczywiście przez format filmu, w jakim go otrzymaliśmy zgodnie z wizją Snydera. Format 4:3 jest czymś, do czego trudno mi było z początku przywyknąć i wciąż nie jestem fanem takiego rozwiązania, jednak w trakcie trwania seansu zupełnie o tym zapomniałem i dałem się pochłonąć historii. Snyder nie ukrywa swojego zamiłowania do formatu IMAX, jak również tego, że dla niego bohaterowie nie są „horyzontalni”, a „wertykalni”. Ja jednak nie pogardziłbym czymś bardziej panoramicznym i znajomym, stąd też zaprezentowany format mnie uwiera.

Należy wspomnieć, że w przeciwieństwie do kinowej wersji, którą opatrzoną znaczkiem PG-13, tym razem film dostał kategorię R-rated z uwagi na język i przemoc. I rzeczywiście, kilka razy słyszymy przekleństwa (m.in. z ust samego Batmana), a przemocy tu sporo. Sceny walki są brutalne i krwiste, a trup ściele się gęsto, co mocno kontrastuje z dość ugrzecznionymi propozycjami konkurencji, szczególnie w apokaliptycznych wizjach typu „co by było gdyby…”, które nie raz zaskakują nas na ekranie.

Skoro mowa o Snyderze dociskającym gaz do dechy i zwiastowanej apokalipsie, wisienką na torcie jest epilog osadzony w realiach alternatywnej rzeczywistości. Mamy tu odmalowany posępny obraz post-apokaliptycznej przyszłości, gdzie Darkseid podbił Ziemię i zniewolił Supermana, czyniąc z niego swojego sługusa. Wśród niedobitków jest dość patchworkowy zespół pod wodzą Batmana, w którego skład wchodzą: Deathstroke, Flash, Cyborg, Mera oraz… Joker. Jared Leto, który mocno sparzył się na temacie „Suicide Squad” i okrutnym pocięciu jego roli w tej produkcji, miał znowu szansę zaistnieć jako główny nemesis Batmana i to w wyjątkowo nietuzinkowej odsłonie. Po raz kolejny sceny te pokazują potencjał, jaki drzemie w świecie wykreowanym przez Zacka.

 

Epilogue: Release the Snyderverse

Z pożytkiem dla superbohaterskiego katalogu WB byłoby zapomnieć teraz o istnieniu wersji Whedona. Z drugiej strony, niech jej obecność przypomina nam o bolesnym fakcie, że nadmierne wtrącanie się w wizję reżysera oraz niekompetentne decyzje owocują złym produktem. Istnienie filmu w wersji zaakcentowało także potencjalne plany na inne postacie i filmy z nimi związane. Weźmy chociaż na tapetę naukowca Ryana Choi, granego przez chińskiego aktora Zhenga Kaia. Pierwotnie Snyder planował podrzucić Warner Bros. pomysł na film z chińskim bohaterem, którym byłby Atom, czyli właśnie Ryan Choi. Kto wie, być może doczekamy się kiedyś jeszcze tego tytułu w takiej czy innej formie, jak również ekspansji DC na azjatyckim rynku poprzez takiego superbohatera.

Kończy się i być może zaczyna nowy rozdział w erze DC i związanych z tym symbolem produkcji. Bardzo cieszy mnie rezultat tych wielu miesięcy, a nawet lat, podczas których fani Snydera i jego wizji, a także sami aktorzy i wreszcie reżyser, wykazali się niesamowitym uporem i cierpliwością, wierząc w wizję tego ostatniego i robiąc szum z hasłem #ReleaseTheSnyderCut na czele. Jest to niewątpliwie sytuacja bezprecedensowa, pokazująca, że warto walczyć o swoje, szczególnie w świecie, gdzie duże korporacje i numerki dyktują stan rzeczy, kładąc niczym Darkseid ponury cień na oryginalnych tworach i wizjach. Dla mnie, jako osoby znającej bardzo dobrze realia pracy w dużych korporacjach, satysfakcja jest podwójna. Cieszy mnie też myśl, że przynajmniej część hejterów Snydera (także tych na rodzimym poletku), który nie wierzyli nawet w istnienie jego wersji filmu, czuje obecnie w mniejszym lub większym stopniu zażenowanie. Powinni.

„Zack Snyder’s Justice League” to film w podobnym stylu jak jego poprzednicy. I o to właśnie chodziło Snyderowi: o spójność uniwersum, które odznacza się mroczniejszym i cięższym klimatem, bez oglądania się na formułę filmów prezentowaną przez konkurencję z Marvel Studios. Wielokrotnie zarzucano DCEU, że jest tworzone w zupełnie odwrotny sposób niż filmowy świat Marvela, że nie tędy droga i że każdy bohater powinien otrzymać najpierw swój solowy film. I rzeczywiście, czasem można było odnieść wrażenie, że Warner Bros. zbyt śpieszy się z budowaniem swojego filmowego krajobrazu DC i stara się wrzucić za dużo grzybów do tej zupy („BvS” czy „Suicide Squad”), ale widząc jak zrealizowano „Zack Snyder’s Justice Jeague” muszę przyznać, że w tym szaleństwie była jakaś metoda. Jest tu zarazem całe mnóstwo podwalin pod inne filmy, z „Aquamanem” na czele. Każe się to zastanawiać, jak by się to wszystko dalej potoczyło w przypadku anulowanych produkcji o Batmanie (w reżyserii Afflecka), Flashu (projekt ostatecznie zrestartowano w zmienionej formie), czy też nawet Deathstroke’u, gdyby Snyderowi pozwolono kontynuować swoją misję jako głównemu architektowi DCEU, na podobieństwo głównodowodzącego Kevina Feige w Marvelu.

Film „Liga Sprawiedliwości” made in Zack Snyder nie jest dziełem idealnym, ale dostarczył mi sporą dozę rozrywki i epy, więc ostatecznie czuję się usatysfakcjonowany. Patrząc na bardzo pozytywny odzew w Internecie, wydaje mi się, że nie jestem odosobniony w tych odczuciach. Zack Snyder stworzył 4-godzinny film, który jest na tyle angażujący, że pochłonąłem go na jednym posiedzeniu. Duża doza stymulusów, jakimi atakuje nas film, sprawia, że nie sposób jest ogarnąć to wszystko za pierwszym razem. Pewne jest to, że obejrzę go jeszcze nie raz, co pozwoli mi na ponowne delektowanie się różnymi scenami, jak i skupienie się na licznych smaczkach poukrywanych tu i ówdzie w filmie. W końcu polowanie na tzw. Easter eggi to nie tylko domena filmów spod znaku MCU.

Mam nadzieję, że będę mógł kiedyś zobaczyć ten film w warunkach kinowych. Po tym, jak opadła płachta tajemnicy okrywająca dotychczas tego swoistego Świętego Graala DCEU, mam ogromną ochotę na więcej – szczególnie, że film zostawia nas z pewnym cliffhangerem, który aż się prosi o kontynuację. Wprowadzenie do filmu kultowej dla komiksiarzy postaci uber-złola Darkseida oraz planety Apokolips tylko rozbudziło nadzieję na dalszy materiał. W końcu kto przy zdrowych zmysłach jeszcze parę lat temu mógłby powiedzieć, że zobaczymy w filmie taką Granny Goodness (postać ze świty Darkseida)?

Jeśli chodzi o plany Snydera na kolejne dwie części „Justice League”, pierwszy z filmów miał dziać się już po podboju świata przez Darkseida. Lois Lane miała zginąć, przez co Superman miał poddać się działaniu Anti-Life i dołączyć do kosmicznego tyrana, a Ziemia miała upaść. Ekipa złożona m.in. z Batmana, Flasha, Cyborga i Mery miała wykraść Motherbox i dać Flashowi energię, by ten mógł cofnąć się w czasie i uratować Lois.

Drugi film, a zarazem zwieńczenie trylogii o Lidze, miał natomiast pokazać wielkie starcie pomiędzy Darkseidem i jego siłami, a Atlanami, Amazonkami, armią ludzi i Ligą. Jeśli przesmakiem tego były retrospekcje z walki z Uxasem z opowieści Wonder Woman, to zapewne moglibyśmy spodziewać się czegoś na miarę epickich bitew z „Władcy Pierścieni”.

Żyjemy w wyjątkowo osobliwych czasach, gdzie nic nie jest przesądzone, szczególnie jeśli chodzi o zaskakujący świat popkultury. Chciałoby się zasmakować rozwinięcia wątków zainicjowanych w „ZSJL” i powiedzieć „Nigdy nie mów nigdy.”, jednak w chwili, gdy piszę te słowa, wytwórnia Warner Bros. niejako w odzewie na nową akcję #ReleaseTheSnyderVerse, wydała oświadczenie, że nie będzie rozwijać SnyderVerse, jak również nie zajmie się tzw. Ayer Cut, czyli wersją reżyserską „Suicide Squad”. Szkoda…

Cóż, zapewne na innym ze światów multiwersum oglądamy właśnie kolejne części przygód Ligi i zachwycamy się solowym filmem z Batmanem w reżyserii Bena Afflecka, gdzie Mroczny Rycerz pojedynkuje się z Deathstrokiem, a w tle przewija się barwna galeria szaleńców z Arkham. Na pocieszenie, szefowa WarnerMedia, Ann Sarnoff, sugeruje bardziej autorskie podejście do nadchodzących produkcji. Jak się nie ma co się lubi…

Na zakończenie tego tekstu chciałbym podziękować głównemu sprawcy całego zamieszania za dostarczenie swojej wizji, fanom za wsparcie tejże, a jednocześnie życzyć Wam wszystkim i sobie, abyśmy dostawali nie sprofilowane produkty poddane korporacyjnym obróbkom, a autorskie twory z serduchem i pomysłami, dzięki którym pojawi się wielki banan na naszych twarzach.
Na horyzoncie mamy kolejnego wariata ze swoją oryginalną optyką na filmy, czyli Jamesa Gunna, reżysera dokazującego dotychczas w świecie Marvela i windującego nieznanych wcześniej „Strażników Galaktyki” na szczyt sławy. Gunnowi, który tym razem wystąpi w barwach DC, pozwolono zaszaleć i zrobić film „The Suicide Squad” w pełni po swojemu.

PS. Podczas napisów końcowych filmu słyszymy utwór „Hallelujah”. Była to ulubiona piosenka córki reżysera, Autumn Snyder. Utwór ten został zaśpiewany przez Allison Crowe podczas pogrzebu Autumn.

 

OCENA :

Templar

 

 

FILMY SUPERHERO >>

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 7 Średnia: 5]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz