Film „The Batman” (2022) – narodziny detektywa z Gotham [Recenzja]

Historia kinowych adaptacji Batmana pokazuje pewną prawidłowość. Są takie elementy mitologii Człowieka Nietoperza, z których twórcom trudno zrezygnować. Obligatoryjna jest scena śmierci Wayne’ów w Crime Alley, nęci sięgnięcie po Jokera jako głównego antagonisty, trudno oprzeć się gadżeciarstwu, Bruce jako dziecko istnieje w formie prologu, lub przebitek, a w pozostałym zakresie tkwimy z wyrośniętym playboyem i jego alter-ego. Zwłaszcza ten ostatni fragment zastanawiał mnie przez lata i najwyraźniej reżyser nowego Batmana, Matt Reeves, też o tym myślał.
Zapraszam do recenzji filmu „The Batman”.

 

Film „The Batman”, to nie tylko próba pokazania Człowieka Nietoperza w innym świetle (lub cieniu), ale też wypróbowanie nowej konwencji, która wymagała przetasowania wszystkiego co wiemy o tej postaci, a zwłaszcza przestarzałych zabiegów, z których korzystano w większości poprzednich adaptacji.

Droga tego filmu była kręta zarówno dla twórców jak i fanów. O „The Batman” pierwszy raz wspomniano w 2014 r. i miał to być w całości film Bena Afflecka – główna rola, scenariusz (wraz z Geoffem Johnsem) i reżyseria. Tamta wersja solowego Batmana miała czerpać źródła w historiach znanych z komiksów takich jak „Knightfall” oraz serii gier Arkham. Głównym antagonistą miał zostać Deathstroke, a całość miała trzymać się stylistyki filmów Zacka Snydera.
Nie chcę się zbytnio rozpisywać na temat tego, jak ta oryginalna produkcja powoli się rozsypała. Możecie o tym poczytać w Internecie. Warto jednak zwrócić uwagę, że już Affleck planował zmienić nieco podejście i skupić się bardziej na Batmanie – detektywie, niż na Batmanie – gadżeciarzu i obijaczu facjat. Przejście między jednym projektem, a drugim było płynniejsze niż się wydaje. Matt Reevers z początku próbował jeszcze korzystać z pomysłów Bena i jego ekipy, zachować zarówno jego w roli głównej, jak także wszystkie powiązania z niepisanym DCEU. Ostatecznie, rozwiązanie to stanowiło zbyt duży artystyczny kompromis i reżyser postawił na swoją intuicję. Jedna rzecz przetrwała jednak ten wewnętrzny reboot – otóż chęć nakręcenia prawdziwego kryminału z Batmanem.

Historia, opisana w filmie, ma w gruncie rzeczy bardzo proste podstawy, na których opiera się większość wybitnych kryminałów. Jest intryga i jej źródło, jest morderca oraz jego ofiary. Kluczem do schwytania zabójcy jest rozwiązanie zagadki, która kryje się za jego czynami. Niuanse wypływają dopiero w trakcie, aby w końcu złożyć się w całość. Taki schemat pojawiał się już w filmach o Mrocznym Rycerzu, ale zawsze był w jakiś sposób uproszczony lub poddany grubym kompromisom. Dotychczas albo znaliśmy odpowiedzi przed głównym bohaterem (zasadniczo pierwsze cztery Batmany), albo tajemnice nie wymagały zbytnio detektywistycznego zacięcia (Batmany Snydera), albo za działaniami złoczyńców nie stała żadna skomplikowana intryga („Batman Begins”, „The Dark Knight”), lub też stała, ale była zwyczajnie słaba („The Dark Knight Rises”). Reeves wywrócił to do góry nogami i wszystko skomplikował, dzięki czemu nie tylko obserwujemy działania Batmana, które mają go zbliżyć do prawdy, ale bierzemy w tym udział.

Twórcy „The Batman” podali jako źródła takie komiksy jak „Long Halloween”, „Ego” i „Year One”. Ja bym do tego dorzucił jeszcze „Point of View” (polscy czytelnicy mogą kojarzyć ten tytuł jako przedostatni regularny zeszyt serii Batman wydany przez TM-Semic), którego echa odbijają się nieco w pierwszych scenach filmu i narracji Pattinsona z offu.

Skoro już wspomniałem odtwórcę głównej roli, przejdę zatem do oceny postaci filmu, zaczynając oczywiście od Człowieka Nietoperza.

Robert Pattinson jest doskonałym Batmanem. Myślę, że nie ma co się zastanawiać nad tym, czy byłby równie dobrym Batmanem w filmach Nolana, czy Snydera. Takie porównania między filmami i między samymi aktorami zawsze się pojawiają, to naturalne. Każdy ma swojego Batmana, który wyróżnia się uwypukleniem pewnych cech, jednocześnie pozostając tą samą postacią. Dlatego najlepiej skupić się na tym, co nowa wersja Batmana wnosi do tematu, a nie na tym, czym ona nie jest.

źródło: kadr z filmu „The Batman”

Kiedy ogłoszono udział Pattinsona, w komentarzach Internautów dominowała potworna krytyka. Miałem wtedy przeogromne deja vu. Bardzo podobne nastroje panowały bowiem w 2013 roku, po oficjalnym ogłoszeniu, że Ben Affleck zostanie nowym Batmanem. Tymczasem ja, zarówno w tamtym, jak i obecnym przypadku, byłem bardzo zaintrygowany takim, a nie innym wyborem twórców. Ostatecznie Ben spisał się fenomenalnie, jako starszy, zgorzkniały i brutalny Człowiek Nietoperz. Obserwując obecnie wszelkiego rodzaju głosowania na najlepszego Batmana, najczęściej zobaczycie na szczycie właśnie jego nazwisko. Czy to się zmieni po premierze filmu „The Batman”? Bardzo możliwe, ponieważ Robert Pattinson dał w tym filmie z siebie wszystko i pod wieloma względami, stworzył tę znaną postać na nowo. Jeżeli ktoś nadal, po latach kariery i różnorodnych ról, zarzuca mu udział w sadze „Zmierzch”, to jest już to problem tej osoby. Ten aktor nie musi już nikomu, niczego udowadniać. Mimo to, nową interpretacją Batmana zamknął on krytykom usta.

Pisałem na początku o pewnych elementach historii Nietoperza, do których różnych twórców ciągnie najbardziej, mimo że zdają sobie sprawę z ich wtórności. Na przeciwległym biegunie znajdują się z kolei te, których z jakiegoś powodu scenarzyści się boją. Np. okres między dzieciństwem Bruce’a, a momentem, w którym jako dorosły facet, klepie ludzi na ulicach w swoich wypolerowanym, wymaksowanym stroju, wracając potem do wyjętej prosto z komiksu jaskini. Matt Revees stwierdził, że to jest właśnie Batman, którego chce pokazać, i chwała mu za to, podobnie jak chwała Zackowi Snyderowi, że miał odwagę przedstawić nam w końcu starszego i zabijającego Batmana. Człowiek Nietoperz w wersji Reeves’a to z kolei zagubiony młodzian, który nadal działa głównie instynktownie, napędzany angstem w wydaniu turbo.

Ja takiego Batmana kupuję, ponieważ nikt go jeszcze nie pokazał w ten sposób i na taką skalę. Na pewno nie w filmie pełnometrażowym i nie będącym animacją. Bale w „Batman Begins” też niby dopiero się rozkręcał, ale z jakiejś kompletnie nierealnej pozycji pod względem wytrenowania, sprzętu i równowagi psychicznej. Batman, jako samozwańczy stróż porządku, narodził się z gniewu i chęci zemsty. Zawsze odnosiłem wrażenie, że ta ekspresowa droga między napiętnowaną sierotą w wielkim bogatym domu, a playboyem zakładającym na noc skórzany strój, była trochę naciągana.
O ile to nigdy nie był element na tyle dużej wagi, żeby filmy przez to naprawdę cierpiały, to jednak wielokrotnie przechodziło mi przez myśl, że znacznie bardziej prawdopodobne jest przyjście Batmana na świat w głowie wściekłego i rozżalonego dzieciaka, niż faceta, który nauczył się już ukrywać swój żal pod maską Bruce’a Wayna.

 

Filmowi „The Batman” można zarzucać, że opowiada tylko o Batmanie, a Bruce’a Wayne’a jest w nim tyle, co kot napłakał. Rzeczywiście, rzadko w filmie widzimy Pattinsona bez maski. Jednak należy sobie zadać pytanie, gdzie leży granica między Batmanem i Wayne’em? Myślę, że tej granicy w nowym filmie nie ma. Na tym etapie działalności Nietoperza, Bruce zakładający maskę, to nadal Bruce, a smutny, wściekły na świat milioner, to nadal Batman. Dopiero z czasem, bohater nauczy się rozdzielać te osobowości, co mam nadzieję zobaczyć w kolejnych filmach autorstwa Matta Reeves’a, i co dobrze ukazane jest w innych adaptacjach, nie tylko filmowych. W grach, wyprodukowanych przez Telltale („Batman” oraz „The Enemy Within”), staje się czasami przed wyborem, aby posłać gdzieś Bruce’a Wayne’a lub Batmana i w zależności od tej decyzji, kształtować wydarzenia w odmienny sposób. To najlepiej pokazuje, że w późniejszych latach, mamy do czynienia z dwiema bardzo odrębnymi postaciami, które funkcjonują w jednym ciele. Młody Batman z „The Batman” jeszcze nie dotarł do tego momentu i to również jest coś nowego.

Robert Pattinson dobrze wykonuje swoją rolę. Można narzekać na jego nieprzytomne spojrzenie i kamienną twarz, ale na tej samej zasadzie Ryan Gosling sprawdził się w roli agenta K w Blade Runner 2049. To po prostu działa i koniec. Mnie taki Bruce Wayne przekonuje.

 

Jeśli chodzi o inne postacie, to poziom jest równie wysoki, jaki obserwowaliśmy na pierwszym planie, choć z pewnością nie zawsze satysfakcjonujący do końca.
Riddler zaliczył wielkoekranowy powrót po raz pierwszy od czasu kiedy zielony strój przywdział Jim Carrey. Tak, to było dawno. Paul Dano gra zupełnie inną wersję tej postaci, inną niż cokolwiek. Riddler w „The Batman” nie jest postacią „fizyczną”, na co sam zresztą zwraca w filmie uwagę. To nie jest nawet brak fizyczności w walce, ale brak fizyczności, którą posługiwał się choćby Carrey w „Batman Forever”. To dosłownie brak obecności. Przez większość seansu „The Batman” ten antagonista pojawia się jedynie poprzez telefoniczne streamy wideo lub nagrania. W rzeczywistości widzimy go bezpośrednio jedynie w otwierającej i zamykających scenach filmu. To jest Człowiek Zagadka, który chowa się w bezpiecznym obszarze swojego mieszkania i do ludzi wychodzi jedynie jako diabelski influencer z dark netu. Doskonałym pomysłem było uczynienie go głównym przeciwnikiem Batmana, zwłaszcza w filmie, który miał opierać się przede wszystkim na detektywistycznej robocie głównego bohatera. Starcia między jednym, a drugim, przez większą część obrazu odbywają się niemal korespondencyjnie, poprzez zagadki pozostawione na miejscu zbrodni. To bardzo ciekawa interpretacja oraz sposób użycia postaci, a także świetny casting Paula Dano.

Gordon (Jeffrey Wright) wypada trochę bardziej bezosobowo niż zwykle. Brakuje tu jednak kontekstu. Nie wiemy co tak naprawdę sprawia, że Gordon (jeszcze nie komisarz, a porucznik) ufa Nietoperzowi z taką pewnością. Zwłaszcza, że jest w tym osamotniony i to nie tylko ze względu na niesamowitą ilość skorumpowanych funkcjonariuszy czy wyżej postawionych urzędników. Zastanawia mnie też, skąd u niego taka pozycja, bo jednak mimo niechęci pozostałych, bat-sygnał funkcjonuje w pełnym wymiarze i to jedynie jako sposób komunikacji Batmana oraz samego Gordona. Niemniej, przestaje się o tym myśleć, kiedy widzi się, jak ta para rozwiązuje razem filmową sprawę. To nie jest może relacja w stylu Sherlock/Watson, postacie nie uzupełniają się bowiem w tak dużym stopniu, ale widać tutaj chemię i pewne ciche porozumienie, które w efekcie popycha śledztwo do przodu.

Pingwin, w którego wcielił się Colin Farrell (obklejony jak w „Twoja twarz brzmi znajomo”), jest chyba najmniej drastycznym odejściem od materiału źródłowego. Mamy tu zdecydowanie duże stężenie Pingwina w Pingwinie, który jakiś czas temu również przeżył mały renesans w komiksach, poznaliśmy nawet jego syna. Tutaj jest to typowy gangster, powielający wszystkie znane nam komunały, ale jednocześnie w sposób tak karykaturalny, że zwyczajnie dobrze się go ogląda na ekranie.

Catwoman/Selina Kyle (Zoe Kravitz) jest w porządku. Po raz kolejny, postać ta dostała nowy origin, żeby bardziej wtopić ją w kryminalną intrygę filmu. Jeśli mam być szczery, nie do końca pasuje mi rozpoczęcie relacji Batman/Catwoman tak wcześnie w jego karierze. Tę parę zawsze zdobiło zderzenie światopoglądów i moralnych priorytetów. W „The Batman” odnoszę wrażenie, że tarć jest zdecydowanie za mało, wszystko płynie zbyt gładko i ostatecznie zostajemy z nie do końca przemyślanym love story, w którym Bruce/Batman zakochuje się jak nastolatek, nie wiedząc zasadniczo dlaczego tak się dzieje. Rozumiem jednak czemu twórców korciło, żeby użyć tego wątku. Batman i Catwoman przeżywali przez ostatnie lata prawdziwy revival na kartach komiksów, do tego stopnia, że była już ustalona data i miejsce ślubu Bruce’a Wayne’a z Seliną Kyle. Myślę jednak, że lepszym pomysłem byłoby pozostawienie Batmana samotnikiem, przynajmniej w tym filmie. Mimo wszystko jednak nie można tej parze odmówić chemii.

Wątek Alfreda (Andy Serkis) w „The Batman” wydaje się  być na siłę wciśnięty między wydarzenia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest postać pierwszoplanowa, ale jednak twórcy ewidentnie pragnęli przedstawić tutaj coś więcej niż krótki przerywnik i finalnie tego nie dostarczyli. Zasugerowana jest bliska, niemal ojcowsko-synowska więź między nim a Brucem, pokazany jest jego wkład w rozwiązywanie zagadek Riddlera, jego lojalność względem rodziny. Szkoda, że w tym wypadku, postać ta jest przecinkiem między kolejnymi scenami, potem użyta jako narzędzie narracyjne, żeby wstrząsnąć Batmanem i wycisnąć trochę łez u widzów. A to przecież długi film i można było dać Alfredowi nieco więcej czasu. Może uda się to wyrównać w kolejnych częściach, ale uważam, że teraz był na to lepszy moment, ponieważ film pokazywał pewne podstawy istnienia Batmana.

Carmine Falcone (John Turturro), król mafijny, który trzęsie całym Gotham, to postać, która przeważnie w filmach stanowiła dalekie tło. Tym razem, wysunięto ją na bliższy plan, a jednak też ma się wrażenie, że majaczy gdzieś poza kadrem, nawet kiedy wszystko się na niej skupia. Takie jest moje zdanie, czegoś tu zabrakło.

 

„The Batman” to pierwszy w historii, prawdziwy film kryminalny/detektywistyczny z tą postacią. Pattinsonowy Batman to nie Poirot, ale tajemnice, które powoli odrywa w trakcie trwania obrazu, budują ciekawą narrację. Raczej nie przeszkadza nam to, że intryga nie jest skonstruowana w jakimś wybitny sposób. To co pokazano bowiem wystarczy. Zaangażowane postacie ładnie wpadają w fabularny kolaż, a ich wspólne zależności odsłaniane są niespiesznie i z wyczuciem.

To jest zresztą doskonałe słowo opisujące ten film – niespieszny. 176 minut to dużo czasu, żeby na spokojnie opowiedzieć historię. Przez lwią cześć „The Batman”, utrzymany jest rytm, który owocuje bardzo przyjemnym seansem. Przez fakt, że większość czasu pożera tutaj śledztwo, niektóre wątki zostały trochę skompresowane (jak wspomniany Alfreda). Na ostateczne zakończenie zanosi się natomiast niejednokrotnie, co może przyjemnie zmylić widza. Jeżeli graliście w „Alien: Isolation”, powinniście pamiętać moment w końcówce, gdy zostajecie porwani przez Obcego. Po tym okazało się, że potrzeba jeszcze przynajmniej 15 minut dodatkowej gry, aby wrócić do miejsca, w którym zostaliśmy schwytani. „The Batman” ma takich momentów przynajmniej kilka. Myślę jednak, że to może zirytować widza jedynie przy pierwszym seansie, ponieważ człowiek emocjonalnie nastawia się na zwieńczenie całości w konkretnym momencie, a tymczasem trzeba się w głowie resetować.

 

Atmosfera jaką tworzą twórcy w „The Batman” jest wyjątkowa. To jest z pewnością najbardziej mrożący krew w żyłach film o Batmanie, jaki powstał. Zbrodnie Riddlera autentycznie przerażają, człowiek siedzi spięty czekając na jego kolejny krok, jednocześnie obserwując jak Batman bezradnie próbuję go rozgryźć. Z każdą chwilą wydaje się też, że nie można ufać nikomu. Zarówno filmy Nolana, jak i Snydera były mroczne, ale zawsze opowiadane w nich historie obserwowało się jakby z boku. Tutaj autentycznie zostajemy wciągnięci w rozwiązywanie tej zagadki.

źródło: kadr z filmu „The Batman”

 

Wspominałem wcześniej o typowo batmanowym gadżeciarstwie, które musiało mieć swoje miejsce w każdym z poprzednich filmów. W nowym filmie praktycznie z tego zrezygnowano. Jest to zresztą drugi rok działalności Batmana i chłopak dopiero ogarnia się z tym jaki i jakiego rodzaju sprzęt jest mu najbardziej potrzebny, aby efektywnie wykonywać nocną robotę. Batman z „The Batman” działa w imię zasady „mniej znaczy więcej”. Szybko, a skutecznie, bez babrania się w sto różnych peleryn, harpunów, itd. Jego Batmoblil jest wspaniały. Wygląda dosłownie jakby Bruce przerobił jeden z klasycznych samochodów ojca. Jest potężny, ale skromny. Jest szybki i praktyczny. Nie wygląda jak pojazd z filmu sci-fi, a jednocześnie jest piękny. Ta prostota ujęła mnie całkowicie. Na szczęście Matt Reeves nie dławi nas usilnie tym Batmobilem, tak jak robili to twórcy gry „Arkham Knight”. Oby kolejne części tego balansu nie zburzyły.  Auto pojawia praktycznie na jedną scenę, ale co to jest za scena! Dla mnie, czuć tutaj bardzo silny vibe filmów takich jak „The Car”, czy „Christine”. Ten Batmobil żyje i przeraża wrogów Batmana przeszywającym rykiem silnika i błyszczącymi, niczym ślepia, reflektorami.

Wielu filmom ze świata DC zarzuca się brak humoru, ale proszę Was bardzo… Nie wyobrażam sobie pakowania tutaj tanich, infantylnych dowcipów w stylu Marvela. To nie znaczy jednak, że humor w „The Batman” się nie pojawia. On występuje, ale jest po prostu brutalnie subtelny, ukryty w dialogach i żartach sytuacyjnych. Przykładem niech będzie powracająca scena, w której Bruce/Batman puka do drzwi nocnego klubu Pingwina i tłucze bliźniaków z „Desperate Housewives”. Mnie śmieszy. Wszystko jest tu wyważone ze smakiem.

 

Michael Giacchino nie zawiódł. Jak tylko dowiedziałem się dwa lata temu, że ten człowiek skomponuje muzykę do „The Batman”, to nie miałem wątpliwości, że to się musi udać. Już samo zaczerpnięcie głównego motywu z utworu Nirvany, było bardzo odświeżające, zresztą oryginalne „Something in the Way” (razem z wokalem Kurta) pojawia się w filmie dwukrotnie. Reszta kompozycji Michaela, odbiega od tego, co do tej pory słyszeliśmy w filmach z Batmanem. Jest mrocznie, żałobnie, upiornie, ale nigdy pretensjonalnie. Giacchino prezentuje w tym ciężarze niezwykłą lekkość aranżacji, co daje naprawdę ciekawy efekt.

Muzyka w „The Batman” często zbacza w rejony horroru, co doskonale ilustrują sceny, w których Batman (często w towarzystwie Gordona) bada miejsca zbrodni lub inne lokacje, które mogą przynieść jakiekolwiek odpowiedzi na dręczące go pytania. Myślę, że mogę spokojnie napisać, iż nikt dotąd nie podszedł do tematu Batmana od takiej strony. Wręcz jakbyśmy oglądali Człowieka Nietoperza wrzuconego do innego świata, w którym nie jest bohaterem komiksu, ale zwykłym detektywem jak w filmach typu „Siedem”. Muzyka cały czas podkreśla ponurą rzeczywistość ataków Riddlera i to, w jakim potrzasku znajduje się Bruce/Batman.

 

Czy coś w tym filmie zgrzyta (żeby mieć to z głowy)?
Wg mnie pewne elementy nadmiernie pośpieszono. Mam tutaj na myśli ekspresową przemianę duchową Batmana na końcu filmu, wiarę w Gotham i nadzieję na lepsze jutro, itp. Mogli z tym wszystkim poczekać do następnej części. Ten gniew młodego Wayne’a zbyt szybko się bowiem wypalił. Akcja „The Batman” toczy się dosłownie w ciągu jednego tygodnia. W tym czasie Bruce targany jest dosyć mocnymi emocjami. W tym krótkim czasie, mierzy się z najgroźniejszym dotychczas przeciwnikiem, demonami przeszłości, związanymi z jego najbliższą rodziną, zdradami, prawie utratą Alfreda, a nawet krótkim, nie wiem nawet jak to nazwać, romansem? Nie będę bawił się w psychologa, ale to sporo jak na jednego, już mocno dotkniętego przez życie człowieka. Proces jego przemiany, mógłby być trochę bardziej, znów użyję tego słowa, niespieszny. Ale nie będę się już tego czepiał, przynajmniej nie wrzucili go od razu w smoking i nie obwiesili panienkami.

Z mniej znaczących rzeczy – nieco szkoda, że nie wykorzystano do końca sytuacji, w której akcja filmu rozpoczyna się w Halloween. Trochę było tego mało, zabrakło specyficznego klimatu tego dnia. To nie jest duży zarzut, raczej kaprys fanatyka ;).

 

Podoba mi się natomiast to, że twórcy nie dają nam wszystkiego na talerzu i wiele aspektów filmu pozostaje tajemnicą. Fascynująca teoria fanów, że znak nietoperza na piersi Batmana (którego używa w filmie jako broni białej) to przerobiony pistolet, z którego zabito jego rodziców, nie została w filmie ani potwierdzona, ani obalona. Pozwala to naszej wyobraźni pracować dalej. Postać, która pojawia się pod koniec filmu w Akrham, to oczywiście Joker (mimo, że na liście płac widnieje jako losowy więzień). Matt Revees zdementował jednak plotki, jakoby było to intro dla głównego wroga w kolejnym filmie. Reżyser puszcza nam oko, mówi, że to ten sam świat, ale nic więcej. Pozostaje wiele innych postaci do odkrycia. Musimy czekać niecierpliwie na kontynuacje.

Film „The Batman” otwiera drzwi szeroko na możliwości i sequele, notabene będące już w fazie pre-produkcji. Wiele tu można zrobić dobrego. Za każdym razem kiedy widzę komentarze ludzi stękających, że za dużo powstaje filmów o Batmanie, to aż mnie telepie. Jak dla mnie, różne Batmany mogłyby wychodzić co rok i, o ile dobrze napisane i wyprodukowane, mogłyby w doskonały sposób czerpać z bogatego lore oraz zadziwiać fanów, tak jak robi to „The Batman”.

 

OCENA :


Jonesy

 

Zapraszam również do drugiej, obszernej recenzji The Batman w wykonaniu redaktora Templara!

 

źródło: kadr z filmu „The Batman”

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 3 Średnia: 5]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz