„Predator: Badlands” to film, którego nikt nie zamawiał – i który wbrew wszelkim prawom logiki okazał się jedną z najświeższych rzeczy w tej marce od lat. Jeszcze na etapie pierwszego trailera, zanim ktokolwiek zdążył nacisnąć „play”, już słychać było lament: „Po co? Dlaczego? Jak to?”. Jakby świat naprawdę potrzebował jeszcze jednej kalki z 1987 roku, z obowiązkowymi bicepsemi i minigunem koszącym krzaki. Tymczasem Trachtenberg robi coś, co dla części fandomu graniczy z bluźnierstwem: wyrywa Predatora z muzeum nostalgii i daje mu własną, dziką historię. Z młodym Yautja w roli bohatera coming-of-age, z nowymi światami, zabójczymi zabawkami, nową energią i mitologią, która w końcu oddycha. Nie jest to odgrzewany kotlet, a porządnie przyprawiona i w zasadzie nowa potrawa. I jeśli ktoś ma ochotę marudzić, że „to nie jest mój Predator”, to… cóż, może właśnie dlatego warto obejrzeć ten film? „Strefa zagrożenia” opowiada bowiem historię, która łączy dziką energię serialu „Primal” z lekką meta-zabawą z fandomem, fragmentami intensywnego sci-fi, a dodatkowo ma ona pełnoprawny emocjonalny szkielet. To nadal Predator, ale inny niż wszystkie – bardziej intymny i ryzykowny, zaś momentami z dużą dawką kreatywnego szaleństwa. Zapraszam do lektury recenzji!
Recenzja filmu „Predator: Badlands” (Strefa zagrożenia)
Trachtenberg z nowym pomysłem na poszerzenie uniwersum Predatora
W kinach zadebiutował „Predator: Badlands” spod ręki Dana Trachtenberga. Pierwszy film reżysera w tym uniwersum, czyli „Prey” z 2022 roku, rewitalizował markę, ale jednocześnie wzbudził wśród części widzów wątpliwości z powodu żeńskiej protagonistki, młodej Indianki Naru, która zdołała pokonać Predatora. Mimo to film dostarczył dokładnie tego, czego wielu fanów oczekiwało od dawna: historii osadzonej w odległej przeszłości, w której popularny kosmiczny łowca staje naprzeciw dawnej cywilizacji. Widząc potencjał takiego zabiegu, fani szybko zapragnęli kolejnych produkcji, w których Yautja pojawialiby się w różnych momentach ludzkiej historii. Trachtenberg spełnił te oczekiwania, choć nie w formie aktorskiej, lecz jako reżyser animowanego filmu „Predator: Killer of Killers”, który zadebiutował w przestrzeni streamingu. Produkcja była antologią dawnych polowań, rozgrywających się na przestrzeni stuleci naszej historii. Tak oto z Predatorami w szranki stanęli wikingowie, samuraje oraz ludzie z czasów II wojny światowej.
Trachtenberg powiedział, że jego pierwotny pomysł na „Predator: Badlands” był osadzony w realiach II wojny światowej, gdzie Predator miał polować na nazistów. Ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu, ponieważ – jak sam stwierdził – “Nie wydawało się to naprawdę nowym filmem” i zdecydował się stworzyć bardziej oryginalną historię. Twórca z łatwością ożenił wysłużoną tematykę sci-fi z nowymi tematami i przede wszystkim zmianą perspektywy (obserwujemy akcję z poziomu Predatora, nie jego ofiar), znacznie poszerzając mitologię Predatorów. Nie był to pierwszy raz, bowiem wcześniej reżyser dorzucał już swoje do tego uniwersum właśnie poprzez wspomniane filmy „Prey” i pełnometrażową animację „Predator: Killer of Killers”.
Obserwując film jeszcze na etapie pierwszych materiałów promocyjnych, nie dało się nie zauważyć obecności korporacji Weyland-Yutani, a więc swoistego kamienia węgielnego fabuły serii z Obcymi. Sam byłem jedną z osób, którym mocno podniosła się brew, zarówno z głębokiego zaciekawienia, jak i pewnych obaw o efekt tego mariażu. Miałem zresztą w pamięci prostego (żeby nie powiedzieć prostackiego) łupu-cupu z Obcymi i Predatorami na jednym ekranie sprzed lat.
Reżyser ujawnił wówczas, że film rozgrywa się w najdalszym punkcie na osi czasu, zarówno w uniwersum Predatora, jak i Obcego:
Kiedy pracowaliśmy nad filmem, nie byłem do końca pewien, co dzieje się z „Alien: Romulus”, a nawet nie wiem, na ile w ogóle byłem świadomy istnienia „Alien: Earth”. Nie chciałem jednak nikomu wchodzić w drogę. Zależało mi, żebyśmy robili coś własnego. Przyznam też egoistycznie, że po tym, jak zajmowałem się już tyle razy Predatorem w różnych okresach historycznych, byłem podekscytowany możliwością osadzenia akcji w przyszłości – i to nawet po wydarzeniach z „Alien: Resurrection”.
Jak widać, reżyser podszedł do tematu z wyjątkową ostrożnością i sprytem. Pokazuje, że da się poszerzać uniwersum, nie depcząc po piętach innym twórcom i nie dokładając kolejnego chaosu do – i tak już trzeszczącej w szwach – chronologii oraz do ogólnego sensu fabularnego (pozdrowienia dla „Alien: Earth” czy udaj(e)my-że-go-nie-było „The Predator”).
Dlatego Dan zdecydował się na bezpieczny i zarazem elegancki manewr z hen daleką przyszłością. Dzięki temu film „Predator: Strefa zagrożenia” działa na własnych zasadach, nie wchodząc w kolizję z istniejącymi wątkami i nie ryzykując, że jakikolwiek nowy projekt zostanie popsuty niefortunnym powiązaniem.
To podejście pokazuje ogromny szacunek dla marki. Trachtenberg dobrze wie, że wymuszony crossover na zasadzie „bo fajnie byłoby, gdyby się spotkali” potrafi narobić więcej szkody niż pożytku (patrz: filmy spod znaku AvP, które dla wielu fanów zawsze będą synonimem „na siłę” i praniem po pyskach dwóch kultowych potworów tylko dla wyciśnięcia kasy z widowni niczym w jakimś Fame MMA). Zamiast tego postawił na samodzielność historii, pozwalając „Badlands” swobodnie oddychać i rozwijać mitologię Predatora bez naruszania fundamentów serii o Obcym.
“What the hell are you?” – Twórcy kreatywnie obchodzą PG-13
Na pierwszy rzut oka „Predator: Badlands” brzmi jak materiał na senny koszmar wynikający z nadmiernej ingerencji studia. Obserwowaliśmy to już w przeszłości nie raz – przykładami niech będą liczne filmy na podstawie komiksów czy też świat Gwiezdnych Wojen. Jeśli chodzi o serię filmów o Predatorach, jest to pierwszy od ponad 20 lat przypadek, kiedy mamy do czynienia z kategorią wiekową PG-13; w 2004 roku kategoria ta przypadła filmowi „Alien vs Predator”. Teraz z marszu pojawiły się zarzuty, że całość będzie ugrzeczniona, bo przecież film ma PG-13. Otóż… niech brak ludzkiej krwi Was absolutnie nie zwiedzie. Co prawda ludziom głowy nie spadają jak w „Predatorze 2”, ale jucha leci na lewo i prawo, tylko że niekoniecznie z homo sapiens.
Twórcy znaleźli sprytny sposób, żeby obejść ograniczenia kategorii wiekowej, wszak Yautja mogą krwawić fluoro-zielenią ile wlezie, stwory z Genna można szlachtować do woli, a syntetyki Weyland-Yutani co rusz pokazują bebechy i chlapią klasyczną bielą aż miło. Wszystko to nadal mieści się w PG-13, bo technicznie to przecież nie ludziom dzieje się krzywda. W efekcie momentami jest bardziej brutalnie niż w filmach z R-ką, tylko że w kreatywny, nieco komiksowy sposób. Twórcy dosłownie wyciskają z PG-13 ostatnią kroplę czegokolwiek, co akurat wypływa z aktualnie rozszarpywanej postaci. Dzięki temu film zachowuje swoją energię i predatorowy brutalizm, a jednocześnie udowadnia, że kategoria wiekowa wcale nie musi być gilotyną dla dobrej rzezi. Do tego jednak potrzeba trochę kombinowania oraz bardzo dużo nie-ludzkich ofiar.
Weyland-Yutani i ostrożny crossover z Obcym
Dalej mamy crossover z uniwersum Obcych z uwagi na prominentną obecność korporacji Weyland-Yutani oraz wyprodukowanych przez nią syntetyków, znanych kinomanom już od 1979 roku. Jak wspominałem wcześniej, mogło to być przepisem na katastrofę. Na szczęście twórca filmu wykonał wyważony ruch, pokazując, że naprawdę rozumie, czym żyją obie franczyzy i jak traktować je z odpowiednią dbałością.
Kontrowersyjny nowy Predator
Sama postać nowego Predatora też okazała się wodą na młyn nie tylko gorących dyskusji, ale i hejtu. Już sam fakt, że mamy do czynienia z młodym przedstawicielem gatunku Yautja, był dla części fanów wyzwaniem, bo tym razem nie jest to potężny, doświadczony łowca, lecz ktoś dopiero kształtujący swoją pozycję i tożsamość. Dodajmy do tego jego nietypową, mocno cyfrową facjatę, która na pierwszy rzut oka znacznie odbiega od klasycznego designu znanego z poprzednich filmów. Szczególnie kontrowersyjne okazały się: bardziej ekspresyjna mimika (możliwa dzięki CGI), inne dredy i kształt czaszki oraz bardziej smukła, mniej zastraszająca sylwetka, odpowiadająca młodemu wiekowi i „nieopierzeniu” bohatera.
Ten wizualny odskok od tradycyjnej, brutalnej aparycji Predatorów wiele osób odebrało jako zbytnią ingerencję w kultowy wizerunek, który pamiętali jeszcze z ery kaset VHS. Ale prawda jest taka, że w kontekście fabuły ten wybór ma sens. Dek ma inaczej wyglądać, bo jest kimś dopiero wchodzącym w świat wielkich łowów. To Predator, który nie został jeszcze ukształtowany przez lata polowań, w dodatku – co też jest wytłumaczone fabularnie – jest swego rodzaju „brzydkim kaczątkiem”, nieudanym odmieńcem dla reszty pobratymców. Dlatego design, choć kontrowersyjny, pełni tu konkretną funkcję: pokazuje, że obcujemy z młodym, niepewnym siebie Yautja, a nie po prostu kolejnym łowcą, jakich widzieliśmy już wiele. Dzięki temu opowieść zyskuje własną tożsamość, nawet jeśli wywołało to burzę w komentarzach i poważny ból odwłoków niektórych osób.
Silna kobieca postać – kolejny trigger
Pojawienie się w filmie wyrazistej, silnej kobiecej postaci stało się dla części Internetu kolejnym triggerem. I choć Elle Fanning stworzyła bohaterkę bogatą emocjonalnie i wielowymiarową, w dodatku postać naprawdę dobrze zagraną, to dla pewnej grupki widzów sam fakt, że jakakolwiek kobieta odgrywa kluczową rolę u boku Predatora, okazał się wystarczającym pretekstem do narzekań w stylu „oesuuu, znowu robią z serii feministyczną agitkę”.
Bohaterka nie jest tylko dodatkiem czy formą fabularnej przynęty, lecz pełnoprawnym partnerem dla młodego Yautja, mającym wpływ na jego rozwój i decyzje. Dla wielu osób było to odświeżające i naturalne, ale dla innych kompletnie nie do przyjęcia. Wizja kobiety koegzystującej fabularnie z Predatorem najwyraźniej burzy im wyobrażenie o świecie, w którym każdy film powinien być męskim rytuałem przejścia w dżungli – z dzidą albo karabinem w ręku.
To dokładnie ten sam wzorzec reakcji, który widzieliśmy wcześniej przy „Prey”. Pojawia się kobieca postać i nagle część widzów czuje, jakby naruszono im świętą zasadę franczyzy, mimo że film bardzo wyraźnie nie odbiera niczego Predatorowi, tylko buduje ciekawszą relację i kontrast. W rezultacie rola kobiecej bohaterki stała się, niezgodnie z intencją twórców, punktem zapalnym, chociaż paradoksalnie to właśnie ona wprowadza do historii emocjonalną równowagę i tak zwane serducho, czyniąc „Badlands” bogatszym filmem niż kolejne „mięśniaki kontra kosmita”.
Innowacje – ale dlaczego i po co to komu?!
Oczywiście, w związku z tymi różnymi innowacjami ludzie z miejsca podnoszą larum: „Po co? Dlaczego? Jak to?”
Czy naprawdę potrzebowaliśmy kolejnego „Predatora” z 1987 roku? No… nie. Ten film już istnieje, ma się świetnie, ma Arnolda, ma błoto, ma bicepsy, Predka skórującego w najlepsze, koszenie dżungli minigunem, więc po co więc robić to samo jeszcze raz? Przecież próbowaliśmy już podejścia „zróbmy to samo, ale inaczej” przy „Predators”, skądinąd filmie przeze mnie bardzo lubianym i mam wrażenie niesłusznie niedocenianym przez szeroką publikę. Ale bądźmy szczerzy: to była jednak trochę kopia/kalka/remiks (niepotrzebne skreślić), w stylu „wrzućmy ich do dżungli, dorzućmy paru twardzieli z potężnym arsenałem, dolejmy galon juchy, niech znowu coś ryczy w krzakach” i voila – klasyka odgrzana jak schabowy z wczoraj. I o ile wyszło z tego kino w miarę smakowite, to jednak – ile razy można jeść tę samą potrawę?
Zwłaszcza że Predator to nie kebab o 3 w nocy i w tej tematyce, a przede wszystkim odbiorcom naprawdę wypada czasem spróbować czegoś nowego.
Dlatego właśnie „Badlands” działa, bo zamiast kolejnej krwawej wycieczki w te same ciemne krzaczory mamy coś odświeżającego: nowe rejony, nową energię, nowy punkt widzenia i młodego Yautja, który bardziej przypomina bohatera w stylu coming-of-age niż kosmicznego Rambo. A to, paradoksalnie, okazało się dokładnie tym, czego ta marka potrzebowała, choć nikt o to raczej nie prosił.
Do tego wszystkiego dochodzi słodki, puchaty stworek z obcej planety, który wydaje się wręcz stworzony po to, by trafić na półki sklepów jako pluszowa maskotka dla fanów przed nadchodzącymi świętami (halo, Mandalorianin!). Korporacyjny cynizm nie zna granic, prawda?
Rozszerzanie mitologii
“El que hace trofeos de los hombres’ means the ‘demon who makes trophies of men.”
„Predator: Badlands” ma wyraźnie rozbudowane lore i to właśnie jeden z elementów, za które mogę szczególnie pochwalić ten film. Po raz pierwszy na wielkim ekranie mamy okazję usłyszeć słowo Yautja, które jest nazwą gatunku Predatorów, a które zadebiutowało w komiksach.
Jeśli chodzi o Yautja i ich hierarchię, mamy w końcu okazję zobaczyć strukturę społeczną łowców. Sugerowana jest też wyraźnie obecność samic Yautja. „Badlands” pokazuje młodego Predatora próbującego udowodnić swoją wartość wobec starszyzny. Są rytuały i zasady, które wcześniej były domeną komiksów czy gier.
Ba, w filmie słyszymy nie tylko słowo Yautja, bowiem… słyszymy też samych Predatorów! Na osobną pochwałę zasługuje fakt, że twórcy zaszaleli i stworzyli dla filmu kompletny język Yautja. Nie są to jakieś tam przypadkowe znaczki, które tylko wyglądają cool na ostrzu włóczni. Za projekt odpowiada lingwista Britton Watkins, który potraktował sprawę z taką pieczołowitością, jakby szykował nową część „Władcy Pierścieni”, albo chciał stanąć w szranki z twórcami dothrackiego. Język ma zarówno formę mówioną, jak i pisaną, własny alfabet i pełnoprawny słownik, czyli dokładnie tyle, ile potrzeba, by fani zaczęli próbować wymawiać te dźwięki na konwentach i połamali sobie języki.
To pokazuje, jak ogromne zaangażowanie stoi za „Badlands” i że tutaj nawet Predator ma coś więcej do powiedzenia niż tylko swoje ryki i kliknięcia, czy małpowanie one-linerów à la „Want some candy?” po ludziach.
Świat przedstawiony: Yautja Prime + Genna
Dzieło Trachtenberga wybiega w końcu poza Ziemię (wyjątkiem jak dotąd był film „Predators” czy migawka w „AvP”) i pokazuje nam także inne planety: ojczystą planetę Predatorów o nazwie Yautja Prime oraz planetę Genna. Ta pierwsza to surowa, wizualnie nieprzyjazna planeta, idealna do zamieszkania przez brutalny, koczowniczy gatunek łowców. Druga zaś, na której spędzimy jako widzowie najwięcej czasu, jest kolejną nieznaną nam dotąd lokalizacją z własną bogatą fauną i florą.
Poprzez postacie syntetyków („siostry” Tessa i Thia + Smyth) i firmę Weyland-Yutani wprowadzone są elementy znane z serii „Alien”, ale bez przesadnie nachalnego crossoveru. Firma bada obce istoty, w tym gatunek i technologie Yautja, próbując je wykorzystać, co otwiera drzwi do szerszego świata. Łatwo tu było spalić podwójnie temat Predków i Obcych, ale twórcom filmu udało się wyjść z tego obronną ręką, bez pójścia w banał typu puste jatki rodem z „AvP” sprzed lat.
Ponadto, film oferuje zupełnie nowe spojrzenie na Predatora. Przede wszystkim „Strefa zagrożenia” odwraca koncepcję filmów o Predatorach, ponieważ tym razem patrzymy na wydarzenia z punktu widzenia kosmicznych łowców, a nie ludzi. W dodatku Dek nie jest klasycznym zabójcą jak w poprzednich filmach, lecz kimś, kto ma emocje i z czasem przechodzi wewnętrzną przemianę. Poszerza mit o tym gatunku, pokazując, że nie każdy Yautja działa z tych samych pobudek i ma swój system wartości.
“I ain’t got time to bleed.”
Sceneria w połączeniu z muzyką (o której napiszę dużo więcej później) momentami naprawdę przypominały mi serial „Primal” i to w najlepszym możliwym sensie. Podobnie jak u Genndy’ego Tartakovsky’ego, film operuje surową i dziką naturą, w której krajobraz sam staje się niemal osobnym bohaterem. W obu produkcjach nieokiełznana flora i fauna tworzą klimat pierwotnego świata, rządzącego się własnymi brutalnymi zasadami. W przypadku Yautja Prime mamy więc monumentalne formacje skalne, bezkresny piach, szerokie kadry pustkowi i ogólnie nieprzyjazną surowiznę, rozciągającą się w pełnej skali i dzikości, w sam raz pod brutalną nację Predatorów.
Idąc dalej, mamy Gennę, która, będąc wizualnym przeciwieństwem ojczyzny Predków z uwagi na bogactwo fauny i flory, również świetnie wpisuje się w logikę świata przedstawionego w filmie. Bujna i tętniąca życiem Genna, pełna egzotycznych barw i stworzeń, tak naprawdę wcale nie jest miejscem przyjaznym. To środowisko, które, atakując nadmiarem bodźców, skrywa w sobie równie wielkie zagrożenia, co jałowe pustkowia ojczystej planety Yautja.
Gęste lasy i drapieżna fauna olśniewają majestatem (co szczególnie widać podczas scen podróży rodem z „Władcy Pierścieni”), tworząc scenerię, w której każdy krok może oznaczać walkę o przetrwanie, a piękno natury jest tylko cienką zasłoną dla wszechobecnej brutalności. Dzięki temu Genna działa jako idealny kontrapunkt; miejsce, w którym Predator musi polegać nie tylko na sile, ale również na sprycie i adaptacji do obcego ekosystemu.
W efekcie oba światy, zarówno surowa Yautja Prime , jak i organicznie chaotyczna Genna, nadają filmowi wyjątkową wizualną różnorodność. Ten miks sprawia, że „Badlands” momentami wydaje się niemal duchowym kuzynem „Primal”, który to swoją drogą gorąco polecam.
Predator jako ofiara?
“You son of a b&*ch!”
Do tej pory zawsze oglądaliśmy Predatora polującego na ludzi. To był jego sport narodowy. W tym filmie sytuacja staje na głowie: to sam Predator jest zwierzyną, a wszystkie inne stworzenia tylko czekają na okazję, by rozszarpać go na strzępy. I właśnie to, jak ratuje swoje życie w starciu z jednymi z najgroźniejszych istot we wszechświecie, stanowi jedną z najlepszych rzeczy w całym filmie.
Choć nowy film pozostaje wierny naturze Predatora, to zdecydowanie zmienia sposób postrzegania gatunku Yautja na dużym ekranie. Dek, grany poprawnie przez Dimitriusa Schustera-Koloamatangiego, zaczyna jako dziki, nieopierzony młokos, który dopiero uczy się, jak nie dać zginąć, a z czasem staje się kompetentnym i zdolnym łowcą. Co ważne, jego rola jest niezwykle dynamiczna i kinetyczna, pełna zwierzęcej ekspresji. To fizycznie wymagający występ, który w dużej mierze opiera się na ruchu i gestach, a nie słowach, choć tych mamy również sporo w filmie.
Dek finalnie trafił do mojej osobistej galerii ulubionych Predatorów, tuż obok Wolfa, kultowego samotnika z misją z „AvP: Requiem”. Swoją drogą, urodzony i wychowany w Nowej Zelandii aktor ma samoańskie i tongijskie korzenie. Na przesłuchanie do roli zaimprowizował obcy język, łącząc elementy obu dialektów polinezyjskich. Plusik za inwencję twórczą i zaangażowanie.
Duet Dek + Thia
Partnerująca mu Elle Fanning udowadnia z kolei, że jest aktorką przez duże A i to nie tylko dlatego, że musi grać jednocześnie dwie postacie, syntetyki Thię i Tessę. Oba jej wcielenia są pełne niuansów i emocji, ale co ważne, Elle wnosi też do filmu jako Thia sporo humoru, który czasem może wydawać się nachalny, ale jest sytuacyjny.
W praktyce to właśnie Elle jest sercem tego patchworkowego duetu (a później trio): to ona łagodzi napięcia, a jej relacja z młodym Predatorem tworzy prawdziwie ludzką (sic!) oś emocjonalną filmu. Dzięki niej oglądamy dwójkę wyrzutków, którzy muszą nauczyć się współistnieć i to działa zaskakująco dobrze. Jest w filmie mała, ale świetna scena – Thia zaczyna w niej zasypywać Predatora serią szczegółowych pytań, które często chodziły nam po głowie, zupełnie jakby była uosobieniem fandomu. To prawdziwa perełka meta-humoru.
Podróż, jaką odbywają dwie główne postacie, stanowi emocjonalny rdzeń opowieści. Ich wzajemna więź i wyczuwalna chemia nadają historii ciepła i kruchości w bardzo ludzkim wymiarze. To jest ciekawe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że mówimy tu o obcej istocie i syntetycznym wytworze mega-korporacji. To właśnie dzięki nim film zyskuje nie tylko dramatyzm, ale też autentyczne poczucie nadziei – tej samej, której tak bardzo potrzeba w dzisiejszym świecie, często rozdartym przez nieufność i strach wobec tego, co inne.
Genna – tam wszystko chce cię zabić
“If it bleeds, we can kill it.”
No właśnie, jak Predator, to łowy i ofiary, prawda? Film przewrotnie wykorzystuje motyw „We are prey to none.”, rzucając naszego bohatera w wir walki o przetrwanie nie tylko ze swoimi pobratymcami, ale również morderczą fauną i florą planety Genna oraz wysłanymi na misję syntetykami made in Weyland-Yutani. Genna to w zasadzie hardkorowa wariacja na temat Australii, gdzie wszystko chce cię zabić i/lub zjeść. Młody Dek musi zmierzyć się nie tylko z wyniesionymi z rodzinnego domu problemami, ale także różnego rodzaju ustrojstwem zamieszkującym obcą planetę. Są to chociażby mordercze i diablo zwinne pnącza, trujące kwiaty, wybuchowe owoce czy też latające, mające smaka na mięso ustrojstwo przypominające pterozaura.
Oczywiście, jak film z Predatorami, to nie może się obyć bez odpowiedniego arsenału stworzonego do zabijania ofiar na różne wymyślne sposoby. Jest to dla mnie zawsze jeden z najlepszych punktów programu, bowiem co produkcja, to nowe zabawki. Tym razem poza bardziej klasycznym orężem typu teleskopowa włócznia czy naramiennym działkiem plazmowym, mamy także składane ostrza dla walki wręcz przypominające słynne miecze świetlne rodem ze „Star Wars”. Nowy gadżet, choć trąca kalką z innych produkcji sci-fi, fajnie uzupełnia oręż Predatorów. Zarwane nocki u edytorów Wikipedii o Predkach gwarantowane.
Efekty specjalne
“There’s something out there waiting for us, and it ain’t no man.”
Efekty specjalne to w dzisiejszych czasach istna ruletka. Mimo postępów w technologii i coraz lepszych komputerach, ciężko jest trafić na naprawdę realistycznie wyglądający obraz, który wywoływałby ochy i achy zachwytu. Pamiętacie momenty, kiedy serwowano nam świetnie wykreowane postaci pokroju Davy’ego Jonesa z „Piratów Karaibów”, albo Golluma z trylogii „Władca Pierścieni”? Ba, dawno temu, bo w 1993, serca stawały nam w piersiach na widok kroczących z wolna majestatycznych brachiozaurów w pierwszym „Jurassic Park”. Z filmów z ostatnich lat naprawdę realistycznymi postaciami były dla mnie małpy z nowej serii “Planeta Małp”. Poza nimi mam wrażenie, że nastąpił srogi regres w tym temacie.
„Predator: Badlands” nie rozpieszcza, szczególnie jeśli chodzi o CGI. Jest w miarę przyzwoicie, ale bez odstępstw od pewnej normy, do której przyzwyczaiły nas filmy z ostatnich lat. Na samym początku może być trudno przyzwyczaić się do wykreowanych przez komputer mord Predatorów, które dotychczas w przeważającej mierze były maskami wspomaganymi animatroniką.
Jednak im dalej w las, tym szybciej człowiek zaczyna oswajać się z tym nowym designem, aż w końcu staje się on naturalną częścią filmowego świata i przestaje zwracać na siebie uwagę.
Użycie CGI przy odwzorowaniu twarzy Yautja było poniekąd wymuszone samą fabułą, która mocno podkreśla emocjonalność tych istot. Tradycyjne rozwiązania, a więc lateks i animatronika, zwyczajnie nie pozwoliłyby uchwycić tak szerokiego zakresu mimiki. Dzięki efektom komputerowym twórcy mogli pokazać Predatorów w sposób bardziej ekspresyjny, spójny z historią, która tym razem wymaga od nich czegoś więcej niż tylko groźnego wyglądu.
CGI w tym filmie to w gruncie rzeczy standard współczesnego kina, a nie coś wyjątkowego czy odstającego. Dzisiejsze blockbustery w ogromnej mierze polegają na cyfrowych efektach, niezależnie od tego, czy chodzi o stworzenie całych światów, różnorakich potworów czy nawet subtelnych poprawek scenografii. Nie spodziewajcie się fotorealistycznego CGI jak w „Avatarach”, czy zaawansowanego performance capture jak w nowych odsłonach „Planety Małp”.
Momentami sceny mogą przypominać cutscenki z gier komputerowych, z kolei inne wyglądają naprawdę przyzwoicie. Wspomniane twarze Predatorów mają lepsze i gorsze momenty, ale idzie się szybko przyzwyczaić, chociaż w przypadku papy Deka ewidentnie widać zmęczenie speców od kompów i nie jest to coś, pod czym podpisałby się świętej pamięci Stan Winston.
Muzyka nie z tej ziemi
“This stuff will make you a godd@mn $exual tyrannosaurus, just like me.”
Muzyka w tym filmie zasługuje na osobny akapit, ponieważ to, co wyczyniają na płaszczyźnie soundtracku Sarah Schachner i Benjamin Wallfisch, jest absolutnie nie z tej ziemi (sic). Dwójka doświadczonych kompozytorów, mająca na koncie liczne produkcje, współpracowała już wcześniej z reżyserem przy wcześniejszych odsłonach serii: Sarah przy „Prey”, zaś Wallfisch przy „Predator: Killer of Killers”.
Trachtenberg nie chciał wykorzystywać motywów muzycznych skomponowanych przez Alana Silvestriego do oryginalnych filmów z serii „Predator”, aby uniknąć efektu powtarzania się w kwestii muzyki. Reżyser pragnął stworzyć coś wyjątkowego dla brzmienia kultury Yautja i uznał, że film potrzebuje własnej tożsamości muzycznej, opartej na oryginalnych kompozycjach, bez zapożyczeń z legendarnej już partytury Silvestriego.
Ta, jak najbardziej słuszna, decyzja nadała filmowi unikalny muzyczny krajobraz. Ścieżka dźwiękowa została wykonana przez Sydney Scoring Orchestra i już od samego początku wjeżdża z wielką pompą, nie przestając dawkować nam audio-adrenaliny do samego końca. Umiejętnie wykorzystując język Yautja jako potężnie brzmiący, chóralny motyw muzyczny dla Deka, w połączeniu z dudniącymi bębnami, soundtrack zapewnia nam niesamowite doświadczenie, które odpowiednio podbija akcję na ekranie.
Już pierwsze dźwięki ścieżki dźwiękowej brzmią jak chóralne, plemienne śpiewy, a jednocześnie mają w sobie coś mechanicznego, niemal syntetycznego. To idealnie przedstawia Yautja jako rasę brutalnych wojowników, którzy z jednej strony czczą walkę niczym rytuał, a z drugiej dysponują niesamowicie zaawansowaną technologią. Proste i genialne. Potężna, elektroniczna i miejscami etniczna muzyka ze świetnym wykorzystaniem języka Predatorów z pewnością zostanie Wam w głowie jeszcze po seansie.
Czy Predator stał się zbyt disney’owy?
“Get to the chopper!”
Czy Predator został zdisneyowany czy Disney został spredatorowany? To pytanie pozostawię dla Was. Dodam za to, że ostatnio taką radość z oglądania filmu czułem podczas seansu filmu „Superman” Gunna, ale tutaj to uczucie było na znacznie wyższym poziomie. W filmie wybrzmiewają echa „Star Wars” czy „Avatara”, ale odbywa się to bardziej na zasadzie zapożyczeń, nie plagiatowania. Całość odbieram bardzo pozytywnie, bo jest to zarazem film bardzo predatorowy i mocno niepredatorowy. Postaci przypadły mi do gustu, nieprzekombinowana fabuła wjechała gładko, akcja i walki mi dobrze siadły, jestem ukontentowany całokształtem lore.
Mam nadzieję, że i Wam się spodobał bądź spodoba, jeśli nie – żaden problem, zawsze można odpalić przygody Arnolda i spółki w dżungli. Jakkolwiek głośno by ktoś nie krzyczał, że „nowy Predator jest łołk!!!11”, nie da się ukryć, że ludzie wychodzą tłumnie z kina ukontentowani, a gdzieś tam powstają już odlewy pod liczne figurki postaci. Pewne jest jedno: marka po raz kolejny udowadnia, że jeszcze długo nie powie swojego ostatniego „kliknięcia” i że Predatory poza bogatym arsenałem do łowów wciąż mają niejednego asa w rękawie.
Predator: Badlands – informacje >>
Jeszcze tego filmu nie widziałem ale widziałem wszystkie filmy poprzednie(po kilka razy) i zawsze czekam na następne produkcje. Nie rozumie tego stwierdzenia „Po co? Dlaczego? Jak to?”. Wszystkie produkcje były świetne. Postać Predatora jako obcego jest świetna. Uważam, że kolejne produkcje mogą być po prostu jakimiś pojedynczymi epizodami. Jeżeli jest się fanem tego gatunku i postaci to to w zupełności wystarczy.
„Jeżeli jest się fanem tego gatunku i postaci to to w zupełności wystarczy.”
Nie, nie wystarczy.
Mnie się film podobał takie mocne 7/10
Czy każdy Predator musi tak wyglądać jak każdy inny? napakowany itp…? Tu jest pokazany młody Predator, więc zapewne za ileś tam lat jego facjata zapewne się zmieni :D
w żadnym punkcie nie zgadzam się z autorem tej recenzji ! dodam tylko tyle iż mój Predator to postać nieuczłowieczona, masywna, ciężka i rozrywająca ofiary na strzępy gdzie leje się naturalna krew ludzka, gdzie w fabule jest też miejsce dla ludzi a nie tylko dla androidów i jakichś potworów….warto wspomnieć, że niewątpliwie wcześniejsze filmy z tej serii były kierowane do pełnoletniej widowni a nie do dorastających nastolatków wieku 11-17 lat….i oczywiście bardzo chętnie wracam do całej serii Predatora w starym dobrym stylu od 1987 r, począwszy i będe do nich wracał i oglądał z nostalgią…a przyszłościowo jesli seria będzie kontynuowana w stylu Badlands…to cóż nie widzę zadnego sensu zadawać sobie trudu aby oglądać takie gnioty!
Dokładnie tak.
I nie wiem, czy Autor tego posta czytał komentarze pod tym postem.
https://alienhive.pl/film-predator-badlands/
Jeśli nie, zapraszam do lektury…