Film „I Think We’re Alone Now” (2018) – kameralne, dobre postapo [recenzja]

 

  • Tytuł oryginalny: I Think We’re Alone Now
  • Polskie tłumaczenia tytułu: Chyba tylko my ocaleliśmy; Myślę, że jesteśmy teraz sami
  • Premiera festiwalowa: 21 stycznia 2018 (Sundance Film Festival)
  • Premiera kinowa: 14 września 2018 (USA)
  • Reżyseria: Reed Morano
  • Zwiastun ↓

 

Fabuła / Opis

Tajemniczy incydent zabija niemal wszystkich ludzi na świecie. Del (Peter Dinklage) był samotnikiem jeszcze w czasach, gdy jego miasteczko tętniło życiem. Gdy zostaje jedynym ocalałym mieszkańcem, stara się nadal wieść uporządkowane życie i dbać o to, aby chaos nie wkradł się do miasteczka. Niebawem bałagan do jego życia wprowadzi Grace (Elle Fanning), która przyjeżdża do miasteczka. Czy dwie, diametralnie różne osoby, będą w stanie przełamać swój charakter, aby żyć razem? Czy bohaterowie są jedynymi ocalałymi na świecie?

 

I Think We’re Alone Now (2018) – Recenzja / Opinia

 

Tytuł filmu „I Think We’re Alone Now” nawiązuje do popularnej piosenki Tommy’ego Jamesa i Shondellów z 1967 roku oraz coveru Tiffany z 1987 roku, która zainspirowała twórców. Zwłaszcza mowa tutaj o poniższym refrenie:

Myślę, że jesteśmy teraz sami.
Nie wydaje się, żeby ktoś był w pobliżu.
Myślę, że jesteśmy teraz sami.
Bicie naszych serc jest jedynym dźwiękiem.

Twórcy filmu potraktowali refren piosenki bardzo dosłownie, dlatego całe tło produkcji jest znacznie mniej optymistyczne niż w teledysku Tiffany. Jednak wydźwięk i przesłanie filmu pozostaje w pewien sposób zbliżone do dawnego, popowego przeboju, mimo iż podane w znacznie bardziej poważnej i przede wszystkim stonowanej formie. Nie ulegnijmy jednak pozorom – film w reżyserii Reed Morano nie jest typowym romansidłem. To bowiem przede wszystkim zgrabna, kameralna opowiedzieć o samotnym mężczyźnie i wyraźnie młodszej od niego kobiecie, którzy starają ułożyć sobie życie po globalnej zagładzie i śmierci świata jaki znali, obumierającego na ich oczach.

Siłą filmu „I Think We’re Alone Now” nie jest scenariusz, łamiący schematy lub tchnący powiew świeżości w kinie z gatunku postapo czy też atakujący wyjątkową emocjonalnością przekazu, lecz kameralność i minimalizm zwłaszcza w warstwie technicznej, nastawionej na powolne budowanie i potęgowanie emocji oraz przede wszystkim kreowanie świata przedstawionego.

Intensywne ujęcia i powolne najazdy kamery, przemyślane kadry, umiejętna zabawa z głębią ostrości, hipnotyzująca i dość przytłaczająca zarazem sceneria wyludnionego miasteczka, przedstawionego w sposób jakby nic poza nim nie istniało, wyblakłe barwy oraz mocne skupienie operatorów na bohaterach filmu, a także ważny aspekt muzyczny, bardzo udanie wspierający doznania widza – to wszystko sprawia, że niezmiernie łatwo było mi wsiąknąć w specyficzny klimat filmu i chłonąć jego atmosferę, a także wciągnąć się w ukazane relacje między bohaterami.

Całość stanowi łatwo przyciągającą uwagę opowieść o samotności, którą stopniowo rozprasza rosnąca przyjaźń dwóch, zupełnie skrajnie różnych sobie osób, świetnie zagranych przez Petera Dinklage’a i (nieco gorzej) przez Elle Fanning.

Z ciekawością obserwowałem efekty wkroczenia młodej, żywiołowej kobiety do uporządkowanego i pełnego pedanterii świata Dela oraz tego następstwa, jak strach bohatera przed destabilizacją i wkradnięciem się tak niepożądanego przez niego chaosu.

Spodziewałem się jednak większego tarcia w ich wzajemnych relacjach i narastania konfliktów, co nadało by większej emocjonalności całej produkcji. Jednak scenarzysta, Mike Mikowsky, postanowił pójść nieco inną drogą, inaczej rozkładając akcenty i wymuszając na Grace większe poświęcenie. To bowiem jej znacznie bardziej zależało na pozostaniu z Delem niż odwrotnie. Bohaterka musi i stara się dostosować do trybu życia Dela. To ona wchodzi w jego świat i być może z czasem nawet dostrzega sens w jego filozofii walki z chaosem, a być może tylko akceptuje to, jako mniejsze zło, by zostać z bohaterem. To ona bardziej niż on potrzebuje towarzystwa i poczucia bliskości drugiej osoby. Del tak naprawdę był sam jeszcze przed apokalipsą. O przyczynach takiego stanu rzeczy możemy tylko domniemywać. Na pewno są one ukryte w głębi trudno dostępnej przeszłości bohatera. Dość wymowna jest tutaj scena rzucania kamieniami…

W moim odczuciu „I Think We’re Alone Now” jest opowieścią nie tylko o samotności jednostki, która po pewnym czasie może stać się dla niej wygodnym sprzymierzeńcem czy nawet najlepszym przyjacielem, ale także o walce z nią i przełamywaniu barier oraz o kruszeniu niewidzialnego muru, by zbliżyć się do drugiej osoby. Zwłaszcza dla Grace nie tylko stanowiło to poważne wyzwanie, ale i wręcz przekleństwo.

Prócz samych, interesujących relacji między bohaterami, uwagę widza przyciągną także ich losy oraz podświadoma myśl o tym, co może stać się wkrótce, jak również zagadka dotycząca przyczyny zagłady ludzkiego gatunku. Czy miasteczko Dela, faktycznie jest ostatnim na Ziemi? Czy oprócz bohaterów ocalał ktoś jeszcze? Jak inni ludzie mogliby radzić sobie z przebytą traumą?

Na te wszystkie pytania nie uzyskamy wyczerpujących odpowiedzi, gdyż na całość wydarzeń patrzymy przez pryzmat doświadczeń głównych bohaterów, a ci mają szczątkową wiedzę. Niedopowiedzenia nie są absolutnie wadą produkcji, osobiście odbieram je jako zaletę, gdyż otrzymałem spore pole do popisu, aby na własny sposób zinterpretować wydarzenia z filmu i dopowiedzieć sobie nieukazaną resztę.

Film „I Think We’re Alone Now” urzekł mnie swoim minimalizmem i kameralnością oraz silnym zogniskowaniem na prowadzeniu opowieści, zamiast na aspekcie widowiskowości, która często ostatnio przytłacza elementy fabularne i to zwłaszcza w kinie science-fiction. Reżyserka, Reed Morano, udowodniła, że dobre i wciągające kino postapokaliptyczne nie musi imponować wymyślną charakteryzacją czy dopracowanymi efektami specjalnymi. Świat po apokalipsie można przedstawić w sposób bardzo oszczędny i co najważniejsze – wiarygodny.

Za wadę filmu wielu z niecierpliwych widzów może uznać powolne tempo budowania narracji oraz zbyt niski poziom nasycenia emocjami. Cały film, poza w zasadzie jedną sceną, jest nie tylko wyprany z intensywnych kolorów, ale i nadmiernie stonowany emocjonalnie (zaznaczmy, że obie rzeczy są celowe). Zwłaszcza w relacje między Delem a Grace można było wpleść większą ilość spięć w ramach wzajemnego „docierania się”. Scenarzysta poszedł jednak nieco inną drogą i odbieram to jako w pełni świadomą decyzję. Nie każdemu ten wybór przypadnie do gustu, ja go zaakceptowałem i dobrze przyjąłem, wielu jednak z Was może kręcić nosem, narzekać na nudę i ślamazarność w narracji. Ten film jednak tak ma i nie chce zadowolić wszystkich. Jest skierowany głównie do miłośników minimalistycznym dramatów/thrillerów science fiction. W tej roli spełnia się więcej niż dobrze i to pomimo emocjonalnej wstrzemięźliwości. Gdy dodamy do tego dobrą stronę techniczną oraz świetną grę aktorską, klimat i atmosferę miasteczka po apokalipsie oraz dobrze dobrane tło muzyczne – otrzymamy film, który śmiało dołącza do wąskiego grona najlepszych produkcji science-fiction / postapo 2018 roku.

 

OCENA :


dr Gediman

 

 
Zwiastun / Trailer

 

SCI FI 2018 – WSZYSTKIE FILMY SF »

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 8 Średnia: 4]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz