- tytuł: Ghost In The Shell
- reżyseria: Rupert Sanders
- scenariusz: Jamie Moss, Jonathan Herman
Premiera
29 marca 2017 (Polska – pokazy przedpremierowe w Multikino),
31 marca 2017 (Polska – premiera oficjalna)
29 marca 2017 (świat)
Fabuła / Opis:
Major Mira Killian (Scarlett Johansson) jest cyborgiem, działającym w ramach tajnej organizacji o nazwie „Sekcja 9”, specjalizującej się w zwalczaniu przestępczości wykorzystującej nowoczesne technologie. Major prowadzi śledztwo w celu namierzenia niebezpiecznego przestępcy – Hideo Kuze, który walczy z korporacją Hanka, monopolizującą rynek cybernetycznych implantów.
Recenzja Ghost In The Shell 2017
- Recenzja #1 – Dr. Gediman: Film “Ghost in the Shell” to dobre widowisko, pełne doskonałych efektów specjalnych i futurystycznego klimatu, wizualnie przebijające się do wąskiego grona najciekawszych w tym elemencie dzieł science-fiction. To kino przede wszystkim przesiąknięte dobrze zrealizowaną akcją i nawet nadużywanie starzejącego się już slow motion jej nie szkodzi.
Fabularnie film jednak odstaje o całe lata świetlne od animowanego oryginału, ale wszyscy się tego spodziewaliśmy. Scenarzyści porzucili prowokujące aspekty anime na rzecz jakże efektownej akcji, spłaszczyli temat, wygładzili i dostosowali fabułę do łatwo przyswajalnej formy. Zapraszam do pełnej recenzji!
Pełna recenzja i Ocena >>
- Recenzja #2 – Guli: „Ghost in The Shell” to ambitna próba przeniesienia anime w realia filmu aktorskiego i w dużej mierze powiodła się, zwłaszcza w sferze wizualnej. Wizualnie piękny Ghost 2017 nie posiada jednak głębi oryginału z 1995 roku i nie potrafi przejąć widza równie mocno. Brakuje w nim zwłaszcza dramaturgii.
Najważniejszym tematem w anime było poszukiwanie własnej tożsamości, próba odpowiedzi na pytanie, kiedy kończy się człowieczeństwo. Aktorska wersja także próbuje poruszyć te tematy, ale w stosunku do oryginału robi to w sposób spłycony.
Pełna recenzja i Ocena >>
Recenzja #1
Młody reżyser (Rupert Sanders), który dotychczas „bawił się” shortami i zaliczył reżyserię niezbyt ambitnego filmu „Królewna Śnieżka i Łowca”, porwał się na adaptację obrośniętej kultem produkcji, anime, której jest, jak sam przyznał, wielkim fanem.
Jego film „Ghost In The Shell” jest po części aktorską wersją jednego z najważniejszych anime w historii cyberpunk o tym samym tytule, które osobiście stawiam obok najlepszych dzieł filmowych z gatunku science-fiction. Warto przypomnieć, że ów ponadczasowa animacja Mamoru Oshii z 1995 roku zainspirowała m.in. (wówczas jeszcze braci) Wachowskich do stworzenia „Matrixa”, a dla wielu twórców kina SF była mocną inspiracją.
Sanders zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Gdy reżyser zaczął zagłębiać się w temat, szybko przyznał, że nie będzie w stanie właściwie oddać „na kliszy filmowej” głębi i zawiłości fabuły pełnometrażowego anime. Postanowił zatem zmiksować elementy fabularne oryginału z pomysłami zaczerpniętymi z serialu „Ghost In The Shell: Stand Alone Complex”, postawił na aspekt wizualny, budowanie futurystycznego klimatu, a sferę fabularną postanowił mocno uprościć.
Jak wypadł efekt finalny jego pracy? Czy nie lepiej było zostawić kultową serię w spokoju? Czy głośno komentowane „wybielenie” postaci Motoko i zatrudnienie do jej roli Johansson, było właściwym ruchem?
Przyznam się Wam szczerze, że wszelkie moje obawy, co do jakości i kontrowersyjnych posunięć twórców, odpłynęły niczym sny po przebudzeniu, gdy kontemplowałem pierwsze sceny dzieła Sandersa wyświetlane na dużym ekranie. Coś we mnie momentalnie pękło, gdy humanoidalna sylwetka kształtującego się cyborga lewitowała w objęciach organicznej mazi, niemal w całkowitej ciszy i bez akompaniamentu magicznych, dalekowschodnich dźwięków kompozycji Kenjiego Kawai. Dobitnie doszło do mnie, że będę oglądał inny film i przeżywał inne emocje niż 20 lat temu, gdy pierwszy raz odkrywałem wizję japońskiego twórcy.
Dwie dekady w kinematografii to jednak szmat czasu, wiele w tym czasie się zmieniło, rzeczywistość zweryfikowała dawne wyobrażenia, a cyberpunk przestał być tak mocno pociągający. Wiele stracił ten gatunek ze swojej dawnej rewolucyjności, podszytej nieco anarchistycznym i utopijnym pragnieniem poszukiwania prawdziwej wolności, wyrwania się z systemu poprzez cybernetyczne łącza do wirtualnych i niekontrolowanych przez nikogo światów lub niezniszczalnych ciał nie do ujarzmienia.
Po pierwszym scenach aktorskiej adaptacji „Ghost In The Shell” wiedziałem już, że czar prysnął dawno temu, że choćby nie wiem jak mocno Sanders starałby się przedstawić zalety oryginału, to nie uda mu się zaszokować widza, tak jak Mamoru Oshii.
I w sumie odetchnąłem z ulgą na myśl, że reżyser doszedł do podobnych wniosków i już na starcie sugerował widzowi odejście od powielania anime z dokładnością kserokopiarki. Zrozumiałem, że zaczynałem oglądać odrębny film, który wizualnie i fabularnie miał oczywiście mocno czerpać z oryginału, ale jednocześnie miał stanowić pewną wariację tematyki, aniżeli tylko wierne odwzorowanie.
Strona fabularna filmu lekko, aczkolwiek pozytywnie mnie zaskoczyła, i to mimo, iż twórcy zdecydowali się mocno spłycić dobrze znaną historię oraz ją nadmiernie zamerykanizować, pozbawiając jednocześnie mroku oraz wręcz poetyckiej głębi oryginału. Nie będę Was oszukiwał i twierdził, iż takiego zabiegu się nie spodziewałem. Pewnie wielu z Was miało podobne i jak się okazało słuszne przeczucia.
Obdarcie filmu z pytań nie tylko o istotę człowieczeństwa w cybernetycznym świecie, ale i potraktowanie po macoszemu intrygującej kwestii powstania tytułowego ducha gdzieś w chaosie nieorganicznym łączy, da się jednak wybaczyć. O owe wybaczenie jest łatwiej, gdy skupimy się na jasnych aspektach wynikłych ze wspomnianych już wariacji fabularnych między filmem a serialem oraz dorzucenia do tego miksta paru niespodzianek.
Aktorski film „Ghost in the Shell” okazał się bowiem opowieścią przede wszystkim o roli wspomnień w kształtowaniu zarówno naszej tożsamości, jak i społecznej, rodzinnej przynależności.
W tak nakreślonym wątku fabularnym jak ryba w wodzie czuje się Major, grana przez Scarlett Johansson w sposób nad wyraz czułostkowy względem bohaterki z oryginału. Stworzona przez nią postać cyborga o subtelnym, kobiecym wnętrzu, zaskakująco podatnego na wpływy męskiego, zewnętrznego świata, nabiera nieoczekiwanie sporej oryginalności, zwłaszcza w zestawieniu z silną mentalnie i niezachwianą w dążeniu do celu Motoko rocznik 95. Wg mnie Scarlett wniosła odrobinę świeżości w swoją postać, nadała jej innego charakteru. W cyborgu zaszczepiła odrobinę siebie i swojego naturalnego wdzięku, który o dziwo może przeszkadzać tylko w początkowych scenach filmu.
Motoko’95 budziła podświadomy niepokój u widza, związany z niezrozumieniem bytu, kryjącego się za jej sztucznymi oczami. Major 2017 jest nam zdecydowanie bliższa, widzowi łatwiej wejść w jej skórę.
Nie wszyscy z Was zaakceptują taką zmianę, ale trzeba przyznać, że w filmie Sandersa, Johansson potrafi się obronić, szczególnie po chwycie scenarzystów tyczącym się tej postaci, czego naturalnie nie będę zdradzał.
Mówiąc o grze aktorskiej należy wyróżnić nieśmiertelnego Takeshi Kitano, który wybornie wcielił się w rolę szefa Sekcji 9, Aramakiego. Aktor ten nadal ma w sobie ogromną charyzmę, skrytą pod pozornie cyniczną maską. Każde zbliżenie kamery na umęczoną twarz Aramakiego wywoływało wręcz fizycznie odczuwalne spięcie między widzem a ekranem.
Pilou Asbæk w roli Batou, zawodowego partnera bohaterki, sprawdził się bardzo dobrze. Nigdy nie wychodził on przed szereg i tak jak w anime był bohaterem drugiego planu. Wyjątkowo dobrze odbierało się stworzoną przez aktora postać w scenach akcji i z wykorzystaniem slow motion.
Dobrze wypadła również Juliette Binoche jako przejęta losem głównej bohaterki Dr Ouelet. Aktorka włożyła wiele serca w rolę i mocno starała się, aby uwiarygodnić postać oraz zostać zapamiętana przez widzów na dłużej niż tylko chwilę po seansie. Momentami starała się aż za mocno, niemniej cel pracy udało jej się osiągnąć.
Moim zdaniem zawodzi natomiast Michael Pitt w roli Kuze. Nie ma tutaj dużej winy aktora, lecz raczej scenarzystów. Nie potrafiłem bowiem uwierzyć w tą postać i im więcej o niej się dowiadywałem podczas seansu, tym mniej okazywała się dla mnie interesująca. Lepiej dla filmu byłoby, gdyby Kuze nie zrzucał kaptura i pozostał tajemniczy, nierozszyfrowany aż do końca.
Twórcy filmu byli aż nadto bezpieczni w kolejnych zwrotach akcji i kreowaniu postaci. Wspomniany Kuze przewinął się przez wątki fabularne tak subtelnie, aby ani razu nie przysłonić Major. Dość niewdzięczna rola i postać mocno kontrastująca z Władcą Marionetek, znanym z oryginału.
Pora przejść do najjaśniejszego aspektu „Ghost In The Shell” – scenografii i wrażeń wizualnych. Muszę przyznać, iż dawno nie widziałem filmu tak dopieszczonego wizualnie w każdym, najdrobniejszym szczególe. Multikulturowa metropolia, rozjarzona neonami reklam i gigantycznych wieżowców jest istnym popisem speców od scenografii i grafiki komputerowej.
Twórcom udała się rzecz niezwykła, gdyż potrafili zespolić pozornie kontrastujące ze sobą elementy w jedną, spójną wizję. Po trailerach obawiałem się nadmiernej pstrokatości, plastikowego świata i kiczu. Wystarczy spojrzeć na poniższy screen z rzutem miasta, aby zrozumieć, o czym mówię. W kinie jednak ani razu nie odniosłem takiego wrażenia. Wbrew logice idealnie pasowały do siebie brudne, mroczne, popękane uliczki, nad którymi górowały betonowe, upszczone technologią drapacze chmur oraz agresywne światła neonów i potężnych trójwymiarowych reklam. Najlepsze, że wizja Sandersa, mimo iż mocno posiłkuje się anime, nabiera własnego, odrębnego charakteru.
Jeżeli nie przemawiają do was aspekty fabularne filmu, warto się przejść do kina by podziwiać wizualny majstersztyk „Ghost In The Shell”!
Podsumowując – film “Ghost in the Shell” 2017 to dobre widowisko, pełne doskonałych efektów specjalnych i futurystycznego klimatu, wizualnie przebijające się do wąskiego grona najciekawszych w tym elemencie dzieł science-fiction. To kino przede wszystkim przesiąknięte dobrze zrealizowaną akcją i nawet nadużywanie starzejącego się już slow motion jej nie szkodzi.
Należy docenić, iż przy dużym tempie filmu, Sanders nie zrezygnował z oddania scen spowolnienia, nabrania dystansu do szalonego życia w mega-metropolii, co tak mocno lubię w oryginale. Nie zabrakło pamiętnej sceny z łódką, nurkowania głównej bohaterki, czy hipnotyzujących przelotów olbrzymich helikopterów, wiszących nad miastem niczym złowrogie cienie.
Natomiast skarcić należy twórców za oprawę muzyczną. To co słyszymy podczas trwania filmu nie ma nic wspólnego z kultowymi kompozycjami Kawai. Jest za bardzo jałowo, a muzyka w niewielkim stopniu poprawia wrażenia wizualne i nie potęguje dramaturgii. Jak gdyby soundtracka w ogóle nie było.
Fabularnie film odstaje o całe lata świetlne od animowanego oryginału, ale wszyscy się tego spodziewaliśmy. Scenarzyści porzucili prowokujące aspekty anime na rzecz jakże efektownej akcji, spłaszczyli temat, wygładzili i dostosowali fabułę do łatwo przyswajalnej formy, nie zostawiając widzowi dużego pola na własną interpretację i podając zbyt wiele na tacy.
W takiej sytuacji ciężko widzowi poczuć silną więź z którymkolwiek z bohaterów, czy szczególnie przejąć się ich losem. Brak emocji najbardziej odczuwa się w połowie filmu, kiedy już opada entuzjazm wywołany wrażeniami wizualnymi, a fabuła nie ma walorów, które mocno przykują naszą uwagę. Będziecie zatem ziewać.
Końcówka znów Was jednak obudzi. Mimo iż nie będzie satysfakcjonująca emocjonalnie i nie pozostawi przysłowiowej rysy, dostarczy jednak wybornych audio-wizualnych wrażeń i z kina wyjdziecie co najmniej usatysfakcjonowani.
Miłośnicy anime na pewno znajdą wiele powodów do narzekań, ale ostatecznie powinni przyznać, że aktorski „Ghost In The Shell” da się obejrzeć, a jego powstanie nie było karygodnym błędem.
Aktorska adaptacja nie zrobi wielkiej krzywdy oryginałowi, bo ten nadal zostanie niedoścignionym wzorem poetycznego cyberpunku z głębokim przesłaniem.
Nowy „Ghost” powinien natomiast zainteresować oryginałem przynajmniej część młodszych widzów, którzy skuszeni adaptacją sięgną po anime z 1995 roku, produkcji, o której pierwszy raz usłyszeli właśnie dzięki filmowi Sandersa. To raczej dobrze, prawda?
Postanowiłem lekko naciągnąć ocenę i przyznać trzy alienki – film polecam wszystkim miłośnikom dobrego kina akcji i efektownego science-fiction.
Dla oddanych fanów animacji Mamori Oshii mam dobrą radę – spróbujcie się zdystansować, tak jak mi się to udało, a nowego „Ducha” traktować jako zaledwie wariację na temat i porządne kino akcji w futurystycznych, cyberpunkowych klimatach. Fabularnie film na pewno Was zawiedzie, lepiej zatem zdecydowanie odseparować go od animowanej legendy i skupić się na pozytywach oraz cieszyć się z seansu. W przeciwnym wypadku wizyta w kinie może być formą nikomu niepotrzebnego masochizmu ;).
Dr. Gediman
Recenzja #2 „Ghost In The Shell” by Guli >>
źródło zdjęć: www.imdb.com/title/tt1219827/
Trailer / Zwiastun „Ghost In The Shell”
Sekwencja początkowa filmu, dokładnie przerobiona z Anime
Zobacz także:
- Recenzja „Ghost In The Shell” redaktora Guliego >>
- Filmowe premiery SF w 2017 roku >>
- Listy, Rankingi i Zestawienia filmów SF >>
- Recenzje filmów SF >>
Mnie się film bardzo nie podobał. Zresztą to nie jest film, to teatr telewizji + efekty komputerowe nakładane w post produkcji masowo, na każdy kadr. Rozumiem, że pierwowzór był czymś, z czego czerpał Matrix, niemniej jednak to Matrix pojawił się jako pierwszy film (a nie kreskówka). Mamy tu wszystko: tajemniczy haker uwodzący głównego bohatera, oferujący mu „prawdę” wywracającą świat bohatera do góry nogami, mamy złącza w karku, kota zwiastującego „błąd matrixa”… Oglądałem to wszystko z olbrzymim zażenowaniem. Jak trzeba mieć nierówno pod sufitem, aby pod pretekstem ekranizacji „Ghosta” zrobić po prostu drugi Matrix? Neo z cyckami… po prostu żenujące. W dodatku nie ma tu żadnych emocji, żadnego napięcia. Aktorstwo: porażka. Japończycy często grają topornie, bo przecież jest to kultura sztywnych i nie okazujących emocji ludzi, niemniej jednak Japończyków w filmie tyle, co kot napłakał. Wszyscy sztuczni, nienaturalni, roboty deklamujące mechanicznie kwestie ze scenariusza. Z nikim nie można się utożsamić. Problemy, jakie zajmują głowę bohaterów – o czym informują widza w dialogach, bo inaczej nie potrafią – są takie sztuczne, są tak bardzo obojętne widzowi, że ten z trudem śledzi kolejne wydarzenia. Równie dobrze bohaterzy mogliby zaprzestać pościgu za hakerem i zająć się zamiataniem ulicy – nic by to nie zmieniło. Film nie straciłby nic z rozwoju akcji, napięcia ani rozwikłania „zagadki”. Nic by nie stracił, bo tam niczego takiego nie ma. Wszystko jest takie przewidywalne i w dodatku wizualnie – fatalne, że ten film ogląda się bardzo, bardzo nieprzyjemnie. Strata czasu. Robocop z cyckami, Neo z cyckami (w dodatku bliżej bohaterce do głównej postaci z „Resident Evil” niż do pierwowzoru z „Ghost”, Neo czy RoboCopa) + reżyseria rodem z kiczowatych niskobudżetówek z lat 80. Partactwo, film mierny i nieudolny. Ludzie się zachwycają jedynie tym, że chodzi o słynną „Ghost in the Shell” ale nie należy się łudzić. SyFy zrobiłoby lepszą adaptację! Jeżeli idzie o moją ocenę, stanowczo odradzam.
Pan powyżej pierdoły opowiada na podstawie trailera, film naprawdę daje rade mocne 8 z 10 a ścieszka dźwiękowa 9 z 10 – polecam warto wybrać się do kina 3-D.
Niestety z traileru już widać że to będzie „gniot” czemu zapytasz?
Weźmy scenę przechwycenia marionetki z początku filmu w anime nie latał jak kukła robiąc podwójne salto wcześniej też ostrzelał ciężarówkę amunicją p.panc co go przesunęło 30cm w tył, oddadzą to w filmie? Odbudowa ciała Motoko hmmm a kiedy została rozerwana na kawałki? 1 po wlace z czołgiem dostała od Batou zastępcze ciało dziewczynki po czym znikła wg 2.0, 2 została rozerwana przez działko Mi-24 a resztki zabrało wojsko a to było podczas 4 wojny światowej. Akcja z gejszami nigdy nie miała miejsca, raz chciały przechwycić mózg premiera ale to nie ta akcje sekcji 9, bieganie po ścianach buhahah, kombinezon termooptyczny zamiast skóry? 2501 jako czarna dziewczyna? jakaś sekta mnichów (to jest z cowboy bebop odcinek ze stertą telewizorów). Sam świat też jest bardzo sztuczny.. Do samej Scarlet nic nie mam jest ładna genialnie oddaje mimikę cyborga zero uczuć nie wiem kogo by dać w tą rolę może N. Portman albo Angelinę nie mam pomysłów. Reżyser to pajac który chce zabrać cały tort dla siebie, lepiej by to zrobił Ridley, Steven czy Quentin..