Fan film „Batman: Dead End” – między młotem, a kowadłem

Są fan filmy, które mimo upływu lat trzymają się więcej niż dobrze, a dla sporej rzeszy osób pozostają kultowe. Mający swoją premierę w 2003 roku short „Batman: Dead End” wyznaczył nową jakość dla niskobudżetowych krótkich form filmowych, zwłaszcza tych fanowskich i tyczących się przedstawiania oraz interpretacji komiksowych bohaterów.

  • tytuł: „Batman: Dead End”
  • scenariusz i reżyseria: Sandy Collora
  • premiera: 2003 r. (Comic-Con)
  • czas trwania: 8 minut
  • budżet: 30 000 $

Fabuła filmu nie jest specjalnie skomplikowana. Batman ściga swojego odwiecznego wroga – Jokera, który dopiero co uciekł z Arkham Asylum i jeszcze nie zdążył nawet oswobodzić się w pełni z kaftana bezpieczeństwa. Gdy Joker stoi na straconej pozycji, w potyczkę tych postaci wplątują się dwa obce i wrogie sobie gatunki – Ksenomorfy oraz Yautja (Predator). Batman stara się wyjść zwycięsko z nieoczekiwanego dla siebie starcia. Trzeba przyznać, że znalazł się między młotem, a kowadłem…

żródło: www.secretoriginstudios.com

Dla wielu miłośników komiksowych superbohaterów, sposób przedstawienia w omawianym shorcie postaci Batmana, jak i jego odwiecznego wroga (Jokera), jest więcej niż godny wyróżnienia.
Batman bowiem nosi strój wiernie odpowiadający komiksowym kreacjom. Nie jest to opancerzona, toporna i ograniczająca ruchy zbroja do jakiej przyzwyczailiśmy się w pełnometrażowych adaptacjach. Batman w filmie Collora’y nosi zwyczajną pelerynę, która chroni jego tożsamość, a jednocześnie podkreśla nierozłączne atrybuty człowieka-nietoperza.
Co nader istotne, nie widzimy oczu Batmana, ponieważ skryte są za mleczną osłoną, podobnie jak w komiksowych pierwowzorach. Ten ostatni element wielce mnie zdziwił, gdyż przez filmowych reżyserów przyzwyczajony już zostałem do groźnych spojrzeń spod maski.

Film „Batman: Dead End” uzyskał spory rozgłos nie tylko za sprawą „nowego” wizerunku głównej postaci, ale także – jeżeli nie przede wszystkim – kreacji Andrew Koeniga, który wiarygodnie wcielił się w Jokera. Ten szalony złoczyńca doczekał się już bowiem wielu filmowych interpretacji, niemniej Koenig stworzył postać oryginalną, zapadającą głęboko w pamięć i znów bardzo wiernie odpowiadającej komiksowym zarysom. Wielka szkoda, że motyw z Jokerem w opisywanym shorcie jest bardzo krótki. Chętnie pooglądałbym Jokera aż do ostatnich scen filmu, zamiast śledzić walkę Batmana z obcymi.

Tutaj z przykrością nadmienię, że Andrew Koenig zmarł w 2010 roku w wieku 42 lat  [’].

Przechodząc do obcych, w tym elemencie widać najmocniej niewielkie zasoby pieniężne twórców filmu. Najsłabszą stroną filmu w sferze wizualnej są bowiem postacie Ksenomorfów. Nie bez powodu pojawiają się najrzadziej i stanowią tylko tło dla właściwej rozgrywki. Niemniej trzeba oddać twórcom, że byli świadomi niedoskonałości i wiedzieli co i jak ukryć, aby niedociągnięcia nie rzucały się w oczy widzom.
Szczególne słowa uznania należą się za scenę powstania Obcego (zwróćcie uwagę na ten ogon, nawet jeżeli został podwieszony na sznurku – robi rewelacyjne wrażenie).

Przedstawiciele rasy Yautja prezentują się nad wyraz dobrze. Na próżno można szukać elementów zdradzających gumowe kostiumy. Efekt ten osiągnięto przez dobrą charakteryzację oraz umiejętne kadrowanie i skupianiu się reżysera na tym, co najistotniejsze. Nie stać było twórców na zakup pełnoprawnego kostiumu Predatora, dlatego walczący osobnik nie próbuje nawet ściągać metalowej maski. I dobrze, jak nie masz się czym pochwalić – zachowaj to dla siebie ;).

Dużym atutem filmu jest właściwy dobór scenografii. Dobrze, że nie mamy tutaj dżungli, lecz zacienioną, opuszczoną uliczkę miejskiej aglomeracji. Akcja filmu rozgrywa się w kroplach nieustannej ulewy, z dala od zgiełku centralnych arterii metropolii. Przypomina to ostateczną rozgrywkę mrocznego filmu gangsterskiego.

Cóż jeszcze wypada wyróżnić?

Umiejętne wykorzystanie motywów muzycznych z pełnometrażowych produkcji tyczących się zarówno „Obcego” jak i „Predatora”.
Kilka scen zasługuje na wielkie brawa – osobiście po pierwszym seansie kilka razy przewałkowałem samo wstawanie Batmana, gdy w iście artystyczny sposób zbierał on z „kałuży” swoją pelerynę.

 

Film ma jednak swoje mankamenty i dotyczą one sfery fabularnej.
Jestem w stanie zrozumieć przesłanki twórców, którzy chcieli skupić się głównie na elementach pojedynku i nie próbowali przedstawiać czegoś ponad to w tych kilku minutach trwania „Batman: Dead End”. Niemniej widz oczekujący jakiegokolwiek przesłania, opowiedzenia sensownej historii – zapewne mocno się zawiedzie.
Reżyser stworzył krótkie (lecz intensywne), specyficzne igrzyska międzygatunkowe, a za arenę wybrał jedną „przypadkową” lokację. Trudno się tutaj doszukiwać większego sensu i nie radzę nawet próbować tego robić. Najważniejsze jest spotkanie się 3 ras, 2 ikon popkultury i wzajemna konfrontacja :).

Film „Batman: Dead End” na trwałe wpisał się w historię fan filmów. Stał się doskonałym przykładem, jak efektywnie wykorzystać niewielki budżet, by stworzyć dzieło „klimatyczne”, wierne oczekiwaniom wielbicieli komiksowych bohaterów, które potrafi skutecznie przyciągnąć uwagę widza.

Mimo nienajlepszej jakości obrazu z powodu upływających lat – szczerze polecam obejrzenie filmu:

 

Osobom zainteresowanym polecam także poniższy film „Making Of …”, który odkrywa przed nami szczegóły powstania filmu.

 

Polecamy również oficjalny fanpage „Batman: Dead End”.

źródła foto:
1. logotyp: i.ytimg.com & www.notrecinema.com
2. Joker: 41.media.tumblr.com

 Dr.Gediman

Polecamy:

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 2 Średnia: 5]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz