Film „Captain Ameryka: Civil War” – Recenzja
Marvel Studios nowym filmem nie podniosło sobie poprzeczki, ponieważ wcześniej zrobił to bezapelacyjnie „Winter Soldier”, jednak otrzymaliśmy solidny, zrobiony fachowo film pełen dobrej akcji, emocji i komiksowej esencji. W końcu nie na co dzień możemy uświadczyć tylu ulubieńców z kart komiksu na jednym ekranie, a w dodatku sparowanych bądź podzielonych w wyniku konfliktów w supergrupie. Zapraszamy do recenzji.

- tytuł: Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów
- tytuł oryginalny: Captain Ameryka: Civil War
- premiera: 6 maja 2016 (Polska), 27 kwietnia 2016 (świat)
- reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
- scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Recenzja
Gdy opadł już kurz związany z „Batman v Superman: Dawn of Justice”, Marvel wrócił do gry, wytaczając swoje najcięższe działa w postaci całej plejady swoich najbardziej znanych bohaterów. Jeśli chcesz mieć jajka, musisz bowiem dbać o swoje kury. Tak oto po sukcesie, jaki odniósł poprzedni film o Kapitanie Ameryce, Marvel Studios powierzyło ponownie stołek reżyserski braciom Russo. Dodatkowo po przewietrzeniu salonów z osoby Ike’a Perlmuttera, toksycznego biznesmena, który odpowiada za mnóstwo niesympatycznych, zakulisowych sytuacji w Marvelu, obaj reżyserowie mogli odetchnąć i pozwolić sobie na więcej luzu.
Ich poprzednia produkcja, „Winter Soldier”, poważnie zmienił reguły gry. Nie tylko film był znacznie poważniejszy w swoim tonie, ale wywrócił również do góry nogami pewne prawidła dotyczące kinowego uniwersum Marvela w związku ze status quo jednej z ważniejszych organizacji tego świata: S.H.I.E.L.D.. Film ten oceniam znacznie wyżej niż „Civil War”, który serwuje nam wprawdzie powtórkę z rozrywki, jednak wciąż na bardzo wysokim poziomie.
Zalążki wydarzeń przedstawionych w „Civil War” mieliśmy już widoczne w pierwszym „Iron Manie”. Sytuacja była mniej lub bardziej widoczna w obu „Avengers” oraz „Winter Soldier”, by wreszcie iskra padła na tę beczkę prochu, jaką są działania superbohaterów. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ i tak oto herosi popadli w niełaskę.
Po tragicznych wydarzeniach z „Avengers: Age of Ultron” oraz pokazanej na początku filmu nieudanej akcji New Avengers w Lagos, która kończy się tragedią, rząd postanowił nałożyć naszym ulubieńcom kaganiec w postaci Sokovia Accords – opasłego tomiszcza aktów regulujących działania super-osób, będącego filmowym odpowiednikiem komiksowego Superhero Registration Act.
W skrócie: jeśli superludzie nie podporządkują się rządowemu dyktatowi, przejdą w stan spoczynku lub, w razie oporu i kontynuowania swoich harców w sposób nie sankcjonowany, będą oglądać świat zza krat.
Rodzi to szybko podziały między zwolennikami i przeciwnikami ustawy. Do tych pierwszych należy Tony Stark vel Iron Man, zaś swojego podpisu nie chce złożyć Steve Rogers a.k.a. Captain America. Każdy z nich ma silną grupę wsparcia, a jeśli dodać, że nie są to zwykli śmiertelnicy, mamy gwarant czegoś znacznie więcej niż przekomarzanie się gryzipiórków w sądzie, lub bitka osiłków pod blokiem.
źródło: http://moviepilot.com/posts/3815526
Serialowość produkcji Marvela może się tu dać mocno we znaki osobom nie zaznajomionym z tym światem i wcześniejszymi filmami. Po jednoznacznych wypowiedziach w wywiadach, twórcy filmu zresztą nie ukrywają już faktu, że nie mają dłużej zamiaru ułatwiać życia nowym widzom. Tak oto „świeżynki” w świecie Marvel Cinematic Universe mogą czuć się zagubione ze względu na liczne nawiązania do poprzednich produkcji, z „Age of Ultron” na czele, jak i wyjątkowo obfitą ekipę osób w niecodziennych trykotach. W „Captain America: Civil War” powrócili w zasadzie wszyscy wcześniejsi gracze o superbohaterską stawkę. Do kolejnego filmu o Avengers zabrakło tylko zawodników wagi ciężkiej, czyli Hulka i Thora, jednak ci bawią obecnie gdzie indziej, o czym mamy się przekonać w „Thor: Ragnarok”.
Obsada aktorska filmów Marvel Studios zawsze należała do najmocniejszych punktów tej stajni. Poza znaną nam już plejadą aktorów, których mieliśmy okazję podziwiać na ekranie wcześniej, w „Civil War” mamy też kilka nowych nabytków.
Pierwszym z nich jest Chadwick Boseman jako T’Challa, władca fikcyjnego afrykańskiego państwa Wakanda. Jego alter ego to Black Panter, bohater o mistycznym wydźwięku i niezwykłej tężyźnie fizycznej, ubrany w elegancko skrojony kostium z nadzwyczaj wytrzymałego vibranium (ten sam materiał tworzy tarczę Kapitana Ameryki).
Chadwick sprawdza się świetnie zarówno w roli nieugiętego monarchy, jak i bezwzględnego herosa, który za wszelką cenę chce pomścić śmierć swojego ojca, a sceny z jego udziałem zawierają odpowiedni ładunek dynamiki i mocy. Fizycznie nie odstaje od reszty ekranowych „wymiataczy”, a jego design to klasa sama w sobie.
Ponadto nie jest płaską, jednowymiarową postacią, co udowadnia swoją wewnętrzną przemianą w trakcie trwania filmu. Wszystko to sprawia, że z niecierpliwością oczekuję na jego solowy film, który trafi na ekrany kin w 2018 roku.
źródło: http://moviepilot.com/posts/3889383
Dalej mamy zwerbowanego przez Starka Petera Parkera / Spider-Mana, w którego brawurowo wcielił się młody Tom Holland. Rozciągnięta na wiele dekad legenda Pająka, trzeciego co do rozpoznawalności na świecie superbohatera, to spory ciężar dla takiego aktora, tym bardziej, że w historii filmu mieliśmy już kilka różnych podejść do tej kultowej postaci.
Chłopak jednak spisał się na medal, deklasując swoich poprzedników, choć jest go stosunkowo niewiele na ekranie.
Wynika to jednak z trzech rzeczy.
Po pierwsze, ciężar filmu leży na zupełnie innych postaciach, więc Spider-Man służy tu bardziej za miły dodatek. Po drugie, jest to przedsmak przed przyszłorocznym solowym filmie o Pająku, gdzie będziemy go mieli w solidnej porcji. I po trzecie: Marvel Studios musiało być przygotowane na opcję nakręcenia filmu bez udziału tego bohatera, którego koniec końców pozyskali w wyniku partnerskiego kontraktu z Sony. Opowieść o drodze do tego historycznego wydarzenia zabrałaby mi pewnie drugie tyle tekstu, więc ciekawych odsyłam do wujka Google.
Holland sportretował młodszą niż dotychczas wersję bohatera, która wciąż walczy z prozą życia w postaci szkoły. Jego Spider-Man to niedoświadczony, ale pełen chęci i odwagi bohater, któremu nie obce są typowe dla tej postaci zabawne komentarze i docinki. Pierwotnie jego kostium wywołał sporo kontrowersji z okazji jego internetowego debiutu w jednym z trailerów, jednak w filmie sprawdza się jak trzeba. Jeśli dodać do tego odpowiednią akrobatykę i element jajcarstwa, mamy przepis na wierne kartom komiksu odtworzenie postaci na ekranie kina.
źródło: http://www.techinsider.io/captain-america-civil-war-always-wanted-spider-man-in-movie-2016-3
Poza superbohaterami mamy również kilka innych postaci, które zadebiutowały na ekranie. Skoro mamy Spider-Mana, to w tle przewija się również nieodłączna ciotka May, którą w tej wersji gra Marisa Tomei, aktorka-MILF. To jak dotąd najmłodsza filmowa wersja tej postaci i jestem ciekaw jej dalszych losów w nadchodzącej produkcji z Pająkiem w roli głównej.
Dalej mamy Martina Freemana, który zasygnalizował swoją obecność w świecie Marvela jako Everett K. Ross, przedstawiciel rządu, mający zagościć jeszcze w kolejnych produkcjach („Black Panther”). Na razie nie pokazał jeszcze zbyt wiele poza amerykańskim akcentem, więc należy wyczekiwać jego przyszłych występów, a sądząc po klasie aktora możemy spodziewać się dobrych rzeczy.
I wreszcie przechodzimy do głównego złoczyńcy, Helmuta Zemo, którego odgrywa utalentowany Daniel Brühl. Ta wersja znacznie odbiega od komiksowego wizerunku postaci, zarówno wizualnie, jak i w kwestii jego pochodzenia. Porzucono więc fioletową maskę, przedrostek „baron” oraz afiliację z Hydrą, na rzecz bardziej realistycznego członka elitarnej jednostki Sokovii, który w wyniku wydarzeń z „Age of Ultron” stracił całą rodzinę.
Przyznam, że choć byłem rozczarowany tak radykalnym odejściem od komiksowego pierwowzoru, to ostatecznie kupiłem to podejście do Zemo.
Brühl umiejętnie zagrał chłodnego szaleńca owładniętego pragnieniem zemsty, który metodycznie i zakulisowo zamieszał w post-avengersowym tyglu. Na plus należy zaliczyć fakt, że nie otrzymaliśmy kolejnego złoczyńcy owładniętego manią zawładnięcia światem, czy wyposażonego w supermoce kozaka, zdolnego tłuc się z samym Hulkiem, tylko zwykłego śmiertelnika, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. W konfrontacji z naszymi bohaterami Helmut działa na psychologicznej, a nie fizycznej płaszczyźnie.
źródło: http://www.independent.co.uk/arts-entertainment/films/features/captain-america-civil-war-daniel-br-hl-interview-baron-zemo-a7005446.html
Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o starych znajomych. Chris Evans jako Steve Rogers to epickie uosobienie tego odzianego we flagę herosa, bohater z krwi i kości. Aktor rozwinął skrzydła, prezentując cały wachlarz możliwości, czy to w sparingu werbalnym z innymi postaciami (w szczególności ze Starkiem), czy w fizycznej walce z przeciwnikami.
Mimo nagromadzenia w filmie różnych postaci i osobowości nie tracimy go z oczu i cały czas czuć, że to on stanowi główny filar obrazu.
Kolejną ważną postacią jest Iron Man, który stanął murem za rządowym kagańcem. W „Age of Ultron” czułem, że Downey Jr. gra już na tej samej nucie, tymczasem pod batutą braci Russo wykrzesał z siebie nowe pokłady energii i pokazał innego, bardziej autorytarnego Starka.
Sceny jego końcowej konfrontacji z Kapitanem należą do najlepiej rozpisanych z jego udziałem. Miał on tam okazję pokazać, jak dobrym jest aktorem.
Poza wcześniej wymienionymi osobnikami, starcie tych dwóch uzupełniają świetnie Winter Soldier, Vision, Scarlet Witch, Black Widow, Hawkeye, Ant-Man i War Machine, gdzie odgrywający ich aktorzy dostali odpowiednią porcję czasu na ekranie, dobrych dialogów i dynamicznej akcji.
Film tchnął też dodatkowe życie w Visiona i Scarlet Witch, którzy pokazali drugie dno swojego istnienia w świecie MCU, jak również narodziny nienamacalnego „czegoś” pomiędzy tą dwójką, co jest zresztą zgodne z kartami komiksu. Miło, że twórcy filmu sięgnęli również po postać generała Rossa z filmu „The Incredible Hulk”. Generał, będący obecnie w stanie spoczynku, wciąż pełni ważną funkcję w rządzie i stanowi siłę napędową całej hecy z Sokovia Accords od strony proceduralnej.
Siłą filmu są oczywiście interakcje między bohaterami, czy to wyrażane w dialogach, czy poprzez pięści i sprzęt do walki. Nie raz i nie dwa będziecie zbierać szczękę z podłogi. Choreografia walk stoi na naprawdę wysokim poziomie. Mieliśmy ich sporo w „Winter Soldier”. Russo i ekipa podkręcili jeszcze tempo w „Civil War”. Dysponujący wyjątkową siłą tytułowy bohater z łatwością rozstawia swoich oponentów po kątach dosłownie i w przenośni. Warto wspomnieć o znanym z jednego z trailerów momencie, gdzie próbuje zatrzymać helikopter. To chyba najfajniejsza scena z bicepsami od czasów pierwszego „Predatora”, gdzie Arnold i jego kolega doprowadzili niemal do eksplozji atomowej przy silnym braterskim uścisku na powitanie.
źródło: http://cyberspaceandtime.com/Captain_America_Civil_War_Cap_Stops_Bucky’s_Helicopter_Movie_Clip_by_ScreenSlam/
Świetne są też sceny pościgu, które aż ociekają dynamiką i miodnością, szczególnie, że biorą w nich udział ludzie o ponadprzeciętnych zdolnościach.
Jeśli chodzi o słabsze strony filmu, to, poza ciężkim do przełknięcia dla komiksowego laika bagażem historii poprzednich produkcji spod znaku MCU, jest również fakt, że twórcom „Civil War” tradycyjnie zabrakło jaj by uśmiercić jedną z postaci, choć była ku temu prawdziwa okazja. W MCU nawet jeśli ktoś ginie (i nie mówię tu o łotrach, tylko pozytywnych bohaterach), to później okazuje się, że ta śmierć była sfingowana, lub jest przywracany do życia etc. Cóż, powiedziałem kiedyś: „Franczyz się nie uśmierca.” I coś w tym jest.
Dodatkową bolączką filmów Marvela są moim zdaniem soundtracki. Są poprawne i w zasadzie tyle można o nich powiedzieć. Nie zapadają w pamięć i podobnie jest niestety w przypadku „Civil War”. Jak dotąd z wszystkich filmów MCU można było zawiesić ucho jedynie na ścieżkach z pierwszego „Iron Mana” (poszczególne utwory pamiętam do dziś, a minęło 8 lat od premiery filmu), pierwszego „Kapitana Ameryki” (wiadomo, Alan Silvestri) oraz fenomenalnym soundtracku z „Guardians of the Galaxy”.
Jako kulminacja i następstwo wydarzeń z wcześniejszych filmów, „Civil War” sprawdza się wzorowo. Bohaterowie mają swoje powody do działania i potrafią to uzasadnić. Z tego też powodu ciężko jest opowiedzieć się jednoznacznie za którąś ze stron, w przeciwieństwie do kart komiksu o tym samym tytule, gdzie podział dobry/zły vs białe/czarne był aż zbyt oczywisto zaakcentowany.
Brak faworyzowania Team Iron czy Team Cap pogłębia tylko zaangażowanie w film, dzięki czemu możemy śledzić dynamiczny balans bohaterów na granicy prawa i heroizmu z wypiekami, zamiast ziewać i patrzeć na zegarek.
Ponadto ważny jest tu również motyw przyjaźń pomiędzy Buckym i Kapitanem, będący mocną siłą napędową ich działań.
Jestem przekonany, że duet Russo poradzi sobie z dźwignięciem bardziej epickich i niewątpliwie kosmicznych klimatów, jakie są nieodzownie związane z nadchodzącymi dwiema częściami przygód Avengers i jednoczesnym przybyciem kosmicznego tyrana Thanosa.
Bracia potrafią umiejętnie żonglować liczną grupą bohaterów, która będzie w przyszłości jeszcze większa, nie zatracając ich wyjątkowych zdolności i charakterów, a zręcznie wykorzystując ich unikalne super-umiejętności. Dodatkowo czują się swobodnie w bardziej sci-fi klimatach, jeśli wziąć pod uwagę obecność takich postaci jak chociażby Vision czy osoba o nadnaturalnych mocach pająka. Warto więc docenić spójność całej wizji.
Marvel Studios filmem „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” nie podniosło sobie poprzeczki, ponieważ wcześniej zrobił to bezapelacyjnie „Winter Soldier”, jednak otrzymaliśmy solidny, zrobiony fachowo film pełen dobrej akcji, emocji i komiksowej esencji. W końcu nie na co dzień możemy uświadczyć tylu ulubieńców z kart komiksu na jednym ekranie, a w dodatku sparowanych bądź podzielonych w wyniku konfliktów w supergrupie.
OCENA: 8/10
Templar
Zwiastun / trailer
źródło foto:
http://marvelcinematicuniverse.wikia.com/wiki/Captain_America:_Civil_War
Zobacz także:
- Film „Deadpool” – recenzja >>
- Film „Batman v Superman: Dawn of Justice” – recenzja >>
- Wszystkie filmy Science-Fiction z 2016 roku >>