Film „Deadpool” Recenzja
Jeśli dane Wam będzie spotkać osobę, której nie podobał się „Deadpool”, możecie śmiało usunąć ją z Facebooka ;). Smutnych ludzi jest już wystarczająco na świecie, co widać chociażby po frustratach w polityce, nie trzeba ich zatem jeszcze gromadzić wśród znajomych ;). Najnowszy film oparty na komiksach robi pewną rewolucję w tematyce bohaterów w kolorowych trykotach. Mamy tu antybohatera, najemnika o „niewyparzonej gębie” i zdolnościach błyskawicznej regeneracji całego ciała, który nie boi się zabijać przeciwników, klnie na potęgę, regularnie i bezpardonowo burzy tzw. czwartą ścianę między nim, a odbiorcą, a wszystko to w kochanej kategorii R. Palce lizać.

- tytuł: Deadpool
- premiera: 12 lutego 2016 (Polska); 21 stycznia 2016 (świat)
- reżyseria: Tim Miller
- scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
Na wstępie – starałem się jak mogłem, aby w poniższej recenzji uniknąć spoilerów :).
Powstanie filmu zawdzięczamy dwóm osobom. Pierwszą z nich jest Ryan Reynolds, aktor, którego wiele z Was kojarzy jako bawidamka i twarz serii o Van Wilderze, zaś za którym ciągnie się w świecie komiksiarzy fetor porażki filmów „Green Latern” i „X-Men Origins: Wolverine”. Ryan forsował powstanie filmu o Deadpoolu dobre kilkanaście lat.
Drugą osobą (a kto wie czy nie tą samą) jest nieznany osobnik, dzięki któremu w 2014 roku wyciekł do Internetu próbny materiał poświęcony Deadpoolowi. Nasz antybohater bierze w nim udział w pościgu samochodowym, wykańczając oprychów we właściwym dla siebie stylu. Publiczność wówczas zgodnie krzyknęła: „Chcemy film z Deadpoolem!” Wytwórnia szybko podłapała temat i tak oto dostaliśmy pełnometrażówkę.
Od początku było to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Nieznany szerszej publiczności trykociarz ze świata X-Men miał grać pierwsze skrzypce. W dodatku pod czerwoną maską miał kryć się zhańbiony Reynolds. Z czasem gruchnęła też wiadomość o kategorii dla dorosłych. Dzieciaków do kina nie zabierzesz, więc i przychody będą niższe. Fox oszalał?!
źródło: http://www.npr.org/2016/02/11/466323922/deadpool-is-a-potty-mouthed-splatterfest-a-really-funny-one
Wszelkie obawy okazały się bezzasadne. Film okazał się nie tylko idealną propozycją na nietypowe Walentynki, ale z miejsca podbił serca nie tylko zatwardziałych fanów komiksów, ale przede wszystkim osób, które z komiksami nie mają do czynienia, a z bohaterów kojarzą tylko tych popularnych (Spider-Man, Iron Man, Superman, Batman).
Przyczyniło się do tego kilka rzeczy.
Film jest tak skonstruowany, że stanowi idealne danie nie tylko dla geeków. Całość to zręczna kombinacja akcji, romansu/dramatu (tak, tak – gdy trzeba, jest namiętnie i poważnie), czarnej komedii i filmu o superbohaterach, podlana szczodrze kilotoną beki, zwłaszcza z popkultury (będziecie się śmiali już od początkowych napisów, które zostały zrealizowane w dość specyficzny sposób).
„Deadpool” nie jest naszpikowany tylko mnogą ilością smaczków i odniesień do świata komiksów, dlatego też „przeciętny” widz będzie miał również używanie. Oczywiście znajomość komiksowego świata znacznie pomaga i czyni seans bogatszym, bowiem wyłapywanie wszystkich „easter eggów” to jedna z nieodzownych frajd tych seansów, jednak mimo to laicy nie powinni mieć problemu z odbiorem całości. Powiem więcej – o ile dla „komiksiarzy” film stanowi naprawdę solidne przeniesienie kart komiksu na ekran, tak film stał się wyjątkowo popularny wśród „zwykłych śmiertelników”, co mogę zauważyć również po własnych obserwacjach otoczenia.
I choć nie wszyscy mogą zrozumieć np. o co chodzi z tym całym Xavierem i hecą z X-Menami, to całość jest bardzo elastyczna.
Chwała zatem należy się twórcom. Udało im się stworzyć pomost pomiędzy różnymi grupami, zachowując jednocześnie dużą dozę indywidualizmu, o czym Marvel Studios & Disney może na chwilę obecną tylko pomarzyć. Dodatkowo mamy tu kategorię R, więc twórcy, przy stosunkowo małym budżecie 58 mln $, mogli sobie pozwolić na praktycznie wszystko. Jest więc sporo juchy, przekleństw, często ostrego humoru (choć tu i ówdzie przewijają się pewne „suchary” czy też momenty typu „no tu już przegięli”), no i oczywiście seksu – czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej.
źródło: http://cinemavine.com/deadpool-trailer-with-screencaps/deadpool-movie-screencaps-reynolds-54/
Kolejnym plusem jest sam Ryan Reynolds. To nie Ryana widzimy na ekranie, tylko właśnie Deadpoola. Można powiedzieć, że to Deadpool stał się Ryanem. Obecnie nie wyobrażam sobie innego aktora w tej roli. Facet włożył w ten film mnóstwo zaangażowania, luzu i serca, co widać nie tylko w filmie, ale również we wszystkim tym, co działo się przed jego premierą. Ryan był istną lokomotywą nietuzinkowej kampanii reklamowej, która, choć może zbyt przydługa i intensywna, mogłaby sporo nauczyć wieloletnich speców od marketingu.
Oczywiście „Deadpool” to nie tylko Reynolds. Rolę jego ekranowej partnerki i (nie do końca takiej) damy w opałach powierzono ślicznej Morenie Baccarin, którą niektórzy kojarzą z seriali „Homeland” czy „Gotham”. Aktorka zachwyca nie tylko urodą, ale również wyjątkowym zgraniem i chemią, miedzy nią, a głównym bohaterem. Ponadto jest to kobieta z pazurem, o czym przekonać się można nie tylko po jej życiorysie czy niesztampowych scenach łóżkowych, ale również konfrontacyjnym finale filmu.
Dalej mamy T.J. Millera, który gra Weasela, barowego ziomka Deadpoola, stanowiącego kolejny komiczny element filmu, choć w zasadzie na tym się kończy jego rola. Szkoda, ponieważ ciekawiej można by poprowadzić popularny wątek tzw. „bromance”.
Menażerię barwnych postaci wzbogaca dwójka X-Menów: Brianna Hildebrand jako Negasonic Teenage Warhead i Stefan Kapičić jako Piotr Rasputin a.k.a. Colossus. Oboje to jeden z jaśniejszych elementów filmu. Pierwsza to nastolatka o wybuchowym (dosłownie) mocach, zaś dobroduszny i staroświecki Colossus to jeden z najbardziej znanych mutantów, mający super-siłę i zdolność zmiany ciała w stal.
Dwójka ta świetnie się uzupełnia, pokazując relacje duetu mentor-uczeń i czyniąc bardziej stonowaną przeciwwagę dla ostro skrzywionego antybohatera. Wspomnę jeszcze też Leslie Uggams, która wciela się w postać Blind Al. To niewidoma czarnoskóra babuleńka z pociągiem do 'koksu’, która użycza Deadpoolowi lokum m.in. jako bazy wypadowej, składu broni i miejsca do… masturbacji. Nie ma ona zbyt wielkiej roli, ale właściwie dopełnia całość filmu.
źródło: http://collider.com/deadpool-reviews/
Bohaterowie są definiowani poprzez swoich przeciwników. Filmy na podstawie komiksów Marvela to istna ruletka pod tym kątem. Mamy więc świetnych Lokiego i Magneto, a zaraz obok nich sztampowych przeciwników z serii Iron Man.
Poza lustrem, wrogiem nr 1 Deadpoola w filmie pojawia się niejaki Ajax (w cywilu: Francis – oba imiona są obiektem żartów głównego bohatera), w którego wcielił się Ed Skrein. Brytyjski aktor i raper nie wywrócił nogami świata złoczyńców, ale swoją rolę wzmocnionego genetycznie, chłodnego psychopaty odegrał jak najbardziej poprawnie, punktując pozytywnie wyśmienitym akcentem.
Rolę jego 'sługuski’ piastuje znana zawodniczka MMA (przecież nie napiszę aktorka) Gina Carano. „Grana” przez nią postać, podobnie jak jej szef, dysponuje konkretnymi mocami (czytaj: wyjątkowo silna z niej kobieta). Fizjonomia Carano tylko potęguje efekt potężnego babochłopa, zatem wyjątkowo efektownie wypadają jej sceny walk z mutantem Collosussem, którego przecież nie można zaliczyć do słabeuszy. Aktorstwa w niej niewiele, ale ta umiejętność nie jest szczególnie potrzebna w przypadku jej postaci.
Ogólnie filmowi złole są udani, a sceny ich „klepania się” z tymi dobrymi wypadają wybornie. Z uwagi na ich bardziej „przyziemny” charakter w zestawieniu ze wspomnianymi przeze mnie wcześniej superłotrami Marvela, są jednak więźniami pewnych schematów i na pewno widzieliście już w kinie podobnych złoczyńców na pęczki. Nie spodziewajcie się tu geniuszu na miarę Jokerów Nicholsona czy Ledgera. To po prostu poprawnie odegrane postaci, które, zwłaszcza skontrastowane z barwnym protagonistą, nie zapadną Wam na długo w pamięć.
Osobny akapit należy się muzyce. Nie osiadający na laurach Junkie XL, którego znacie pewnie z fenomenalnej ścieżki do ostatniego „Mad Maxa„, w „Deadpoolu” zaserwował naprawdę nietuzinkowy koktajl dźwięków, pasujący jak ulał do niezbyt normalnego świata głównego bohatera i jego ferajny. Warto śledzić dalsze poczynania tego utalentowanego muzyka.
Dodatkowo soundtrack wzmocniono utworami pokroju wyluzowanego „Shoop” Salt-N-Pepa (gorąco polecam!), który możecie kojarzyć z kampanią reklamową filmu „X Gon’ Give It to Ya” autorstwa DMX. Wisienką na torcie jest oczywiście „Careless Whisper” Wham!, który kradnie szoł, użyty w odpowiednim kontekście.
źródło: http://twitter.com/deadpoolmovie
Podsumowując – film „Deadpool” zdecydowanie warto zobaczyć.
Zasłużył u mnie na wysoką notę z kilku powodów – przede wszystkim z uwagi na spory ładunek zabawy, jaki niesie ze sobą podczas seansu oraz jego niesztampowość w świecie, w którym łatwo o schematy i wtórność. W chwili, gdy piszę te słowa, zaliczył on pół miliarda zielonych i ściąga kolejne, niekoniecznie „komiksowe” osoby do kin, które wychodzą z seansów z bananem na twarzy.
Biorąc pod uwagę fakt, że film ten był nie tylko sporym eksperymentem, ale również eksperymentem oznaczony kategorią R, nikogo nie zdziwiłoby, gdyby zaliczył spektakularną klapę. Tymczasem efekt jest zgoła odmienny i jest to niebywały wyczyn twórców „Deadpoola”.
Składniki sukcesu?
Świeże podejście do trącającego nieco hurtową produkcją świata filmów na bazie komiksów, czerpanie pełnymi garściami z szeroko pojętej popkultury, autoironia oraz świetna kampania promocyjna, w którą zaangażował się nie tylko sztab wyjątkowo kumatych ludzi, ale przede wszystkim główny winowajca całego zamieszania, czyli sam Deadpool Reynolds.
Wytwórnia Fox odkuła się zatem po fantastycznej klapie z „Fantastic Four”, a Ryan odzyskał twarz po kompromitującym „Green Latern” i „X-Men Origins: Wolverine” (gdzie również zagrał Deadpoola, ale chyba lepiej o tej wersji nie wspominać…).
Ponadto film wywołał też pewną burzę w Krainie Snów, bowiem wytwórnie filmowe już teraz kombinują jak przekuć na własnych podwórkach niespodziewany sukces komiksowej ekranizacji z R-ką, nakręconej za stosunkowo małe pieniądze, w góry dolarów. Tak oto odliczam cierpliwie czas do momentu, kiedy np. Warner Bros. ogłosi swój film o kosmicznym łowcy nagród Lobo, a inni decydenci postawią na kolejną część krwawego „Dredda” – oba oczywiście dla dorosłych.
Tymczasem sequel „Deadpoola” dostał już zielone światło. Czekamy!
OCENA: 9/10
Templar
Polecamy także:
- Recenzja filmu „Ant-Man” >>
- Recenzje Star Wars: The Force Awakens >>
- Lista premier kinowych SF 2016 roku >>
- Zobacz wszystkie recenzje filmów SF >>
źródło foto:
1. http://forgehd.com/deadpool-hd-movie-2016-2560×1440/
2. http://tldesignn.deviantart.com/art/Deadpool-Movie-Poster-2-585223683
Bardzo fajny film, polecam obejrzeć.
strasznie nudny. dla mnie o ocena 2/10. wszystko się powtarza biorąc pod uwagę poprzednie filmy akcji. dlaczego nudny? typowa ciągła strzelanina z efektami powolnego ruchu. nic śmiesznego nie ma filmu. teksty dla gimbusów. strasznie przewidywalny.
podpisuje sie pod tym co napisales nie wiem jakim cudem dostal 9/10 w moim odczuciu bohater powinien byc powazny a nie byc blaznem (tak jak ta nowa linia marvela sie kieruje) nawet jezeli juz jest tym blaznem powinien smieszyc ale nic z tego raczej smuci film dla ludzi w wieku 13 – 25 max
ocena moja to 5/10 bo wytrzymalem do konca
Zaglądam na wasza stronę już od dłuższego czasu, o gustach się nie decyduje.
Z bólem muszę przyznać ze jeszcze sie nie zawiodłem :P żeby dużo nie gadać jestem za a nawet przeciw. Moje odczucia co do DP dokładnie takie same. Zbieramy sie ze znajomymi freakami na powtórkę w IMAXe żeby było z pier..d..ciem, a to wyczyn jakiego nie dostąpił nawet nowy StarWars.
Po wyjściu z kina błysnęła mi myśl „to może teraz nakręca Deadpool vs Lobo” i żeśmy się grupowo rozmarzyli głupawo uśmiechając. co to by była za gwiazdka :)
A już całkowicie marzycielsko to jak by Disney wyciągnął wnioski z sukcesu DP i w SW wprowadził trochę prawdziwej ciemnej mocy. Zamiast ciemnego lorda Gisberna jakiś porządny i zły sicior. Lub trochę brudów z życia Bountyhunterów.
Trzymajmy kciuki za kategorie R i wysyp niepoprawnie brudnych i brutalnych filmów.
Deadpool:
Humor: zdecydowanie najmocniejsza strona filmu. Deadpool kreuje swój własny styl, który jest specyficzny tylko dla tego filmu. Nie wiem jak to nazwać, połączenie stand upu z Boratem?:) . Generalnie bohater puentuje szybko, cały czas na wysokiej energii, dużo momentów z cyklu- „o kurde nie wierze, że to pokazali”, atak na synapsy beki nonstop. Dużo odniesień popkulturowych i geekowskich, więc to pewnie ograniczy dla wielu doświadczenie, ale nawet w warstwie podstawowej Reynolds jest dość zabawny.
Historia: Cóż oryginalnego może być w kolejnej historii jak powstał bohater, a jednak są pewne urozmaicenia, o których nie będę tu pisał. Dodam tylko, że momenty poważne (jakieś 1/5 filmu) są całkiem udane.
Akcja: mieszane odczucia. Przez większość filmu akcja naprawdę na wysokim poziomie. Deadpool nie używa laserów czy pocisków z tęczy, a pięści, noże, kastety i karabiny maszynowe. To czuć przez ekran, jest ostro. Z drugiej strony niektóre sceny do złudzenia przypominały pokazy z innych filmów o superbohaterach. Trochę odpuszczam, zakładając, że jest to element parodii konkurencji.
Przeciwnicy: jak dla mnie najsłabszy element filmu. Główny zły – typowy żołnierz, tylko, że z ładnym akcentem. Bez specjalnego edge. Jest zimny i brutalny – owszem, ale nie budzi wielkiego przerażenia. Takich negatywnych bohaterów widziałem na pęczki w filmach z serii Bond, Bourne czy mission impossible. Daleko mu do postaci pokroju Jokera.
Deadpool: Zgadza się z Templarem, że Reynolds na wiele lat wyznaczył standard tego co to znaczy być Deadpoolem, ciężko będzie umieścić w tej roli innego osobnika.
Generalnie ten film sporo namieszał, już bowiem pojawiają się newsy o zmianie kategorii wiekowej przyszłych filmów.
Gatunek superbohaterów rozpaczliwie potrzebował czegoś świeżego i myślę, że Deadpool wyznaczył jeden kierunek, a drugi być może zobaczymy w kwietniu w Batman vs. Superman.