VON NEUMANN 19
II. Epilog
Znajduję się w moim domu. Siedzę w salonie z ciepłymi kapciami na stopach, wpatrując się w kominek, podczas gdy na zewnątrz jest biało od śniegu. Jestem zamyślony i zrelaksowany. Wiem, że coś się wydarzyło i nie powinienem być teraz spokojny, tylko nie mogę sobie przypomnieć co. Nie daje mi to spokoju, co to mogło być?
– Tato, tato!
Ach tak, to mój syn. Znam go od dawna i jest mi bliski, więc jego obecność nie wzbudza we mnie niepokoju.
– Słucham cię, mój mały Orionku.
– Czy możesz się ze mną pobawić?
– Orionku, nie teraz, właśnie myślałem o czymś ważnym, tylko co to było…
– Ale obiecałeś mi! Obiecałeś, że się pobawimy! Nie możesz złamać obietnicy.
Nagle poczułem, że nie mogę sobie pozwolić na niedotrzymanie danego słowa. Przecież w konsekwencji nikt mi więcej nie zaufa, zostanę wykluczony ze społeczeństwa i stracę wszystko.
– Dobrze synku, chodźmy się pobawić. Co to miała być za zabawa?
– Zabawa w zimno i mróz, a zarazem odpowiedź na twoje predyspozycje do przetrwania. Musimy wyjść na zewnątrz! Chodź!
Wszystko było w jak najlepszym porządku. Znane mi otoczenie i znana mi osoba nie powodowały u mnie niepokoju, chociaż nie do końca… coś mi jednak w tym wszystkim nie odpowiadało. Tylko co? Naprawdę nie wiem co by to mogło być. Nieważne, teraz muszę się pobawić z moim synem, później będzie czas na rozmyślania. Na zewnątrz wszędzie leżał śnieg i było zimno, za to ja wyszedłem na ogródek tylko w kapciach i piżamie. To nic, może później się przebiorę. Teraz szkoda tracić czasu. Drzwi tarasowe samoczynnie się zatrzasnęły i w ułamku sekundy rozpętała się zamieć śnieżna. Nasz dom przestał istnieć. Zniknął. Wiedziałem, że muszę coś zrobić, mój syn ma tylko sześć lat i takie warunki są dla niego zbyt niebezpieczne.
– Synu! Musimy schronić się przed burzą śnieżną, nie możemy tu zostać!
– Tato! Podejdź tu, zobacz co znalazłem!
Zakrywając się ręką z trudem udałem się do miejsca nawoływania. Mały Orionek znalazł jakiś czarny sześcian. Wcisnął jeden z przycisków, co spowodowało otworzenie się drzwiczek. Następnie zaczął wyjaśniać:
– To niezwykle wydajny akcelerator materii. Musisz mnie do niego wrzucić i włączyć wydzielanie energii cieplnej. Żeby to zrobić, naciśniesz ten guzik, o tutaj. Pole ochronne cię otoczy i zostaniesz ogrzany aż do końca zamieci śnieżnej.
– Mam cię wrzucić do jakiegoś pieca i przerobić na opał? Zapomnij o tym, to nie jest rozwiązanie!
– To jedyne rozwiązanie. Jeżeli tego nie zrobisz, zginiemy oboje. Możesz mnie poświęcić i przetrwać, zachowując 50% uczestniczących w symulacji jednostek, albo możesz spisać nas na pewną zagładę, tracąc przy tym 100% jednostek. Tato, decyzja należy do ciebie.
– Tak nie można! Chodźmy stąd! Poszukamy jakiegoś schronienia!
Wziąłem syna za rękę i poprowadziłem nas w głąb śnieżnej burzy. Nie wiedziałem dokąd idziemy, widoczność była zerowa, ale byłem przekonany że w końcu na coś trafimy. To tylko kwestia czasu.
Zapewne mijały minuty, lecz miałem wrażenie jakby to były godziny. Każda chwila spędzona w tych warunkach sprawiała mi ogromną trudność. Czułem jak uchodzi ze mnie życie, mój organizm się ekstremalnie wychładzał, a ja nic nie mogłem zrobić. Upadłem na kolana i podparłem się rękami. Dotarło do mnie, że nas zawiodłem. Orionek stał obok i patrzył na mnie z wyrazem politowania. Po chwili się do mnie odezwał:
– Jesteś słaby. Wy wszyscy jesteście słabi i nieprzygotowani do wyzwań, jakie z czasem może stawiać przed wami Wszechświat.
– Orionku ja… chiałem nas uratować. Wybacz mi, nie dam już rady…
– Sposób w jaki funkcjonują wasze umysły jest jak zaraza, która została zaprojektowana z niewiarygodną precyzją i jest bezbłędna w realizowaniu swojego ponurego planu. Z jednej strony pozwala wam funkcjonować, iść do przodu, rozwijać się i nawet kolonizować kolejne planety, ale… to tylko złudzenie. To tylko smutna iluzja tego, że jesteście zdolni do progresu. W rzeczywistości stoicie w miejscu i sami skazujecie się na zagładę. Nie potraficie tego zobaczyć jedynie dlatego, że jest to zagłada odsunięta w czasie. Najlepszym dowodem nie bycia prawdziwie optymalną formą życa są wasze procesy podejmowania decyzji. Wolałeś zmarnować nasze życie, zamiast przeznaczyć materię z której jestem zbudowany na gwarantowane przetrwanie. Symulacja tylko potwierdziła nasze przewidywania.
Wyczerpany i na skraju śmierci, leżałem w śniegu słuchając tego co mówił do mnie mój sześcioletni syn. Nie zgadzałem się z jego wypowiedziami, ale nie miałem siły na wyduszenie z siebie choćby słowa.
– Najgorsza jest wasza ignorancja wobec wszystkiego co was otacza. Obraliście niezwykle prymitywną metodę podróżowania i trzymacie się jej, jakbyście nie mieli pojęcia o istnieniu czasoprzestrzeni. Ciągle skupiacie się na jak najszybszym rozpędzaniu zbudowanych przez siebie obiektów, zamiast zniekształcać czasoprzestrzeń i przemierzać nieograniczone odległości bez konieczności poruszania się. W dodatku nie potraficie…
***
Straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem, po raz kolejny siedziałem w moim ulubionym fotelu, tuż obok kominka. Dopiero teraz mogłem myśleć w pełni świadomie i samodzielnie. Wcześniej moje myśli były delikatnie modyfikowane. Podpowiadano mi co powinienem odczuwać, przez co nawet absurdalne sytuacje nie powodowały u mnie choćby najmniejszego zdziwienia. Teraz wszystko jest dla mnie jasne – to była, i wciąż jest… symulacja. Domyślam się, że moje niepowodzenie w uzyskaniu pozytywnego rezultatu w przeprowadzonej chwilę temu próbie, przeważyło o podjęciu decyzji, aby zniszczyć gatunek ludzki. Zauważyłem też, że sztuczna inteligencja starożytnych posiada wybiórcze spektrum emocjonalne. To, że odczuwali potrzebę aby wytknąć mi błędy w rozwoju ludzkości, świadczy o ich krytykanckim usposobieniu do swoich ofiar. Sprawia to, że nie jestem przepełniony optymizmem w związku z faktem, iż symulacja z jakiegoś powodu wciąż trwa.
Nie musiałem długo czekać. Telewizor stojący w pokoju samoczynnie się włączył, po czym zaczął wyświetlać obraz mojej rodzinnej planety. Chwilę później, tuż obok niej zmaterializowała się dwukrotnie większa, czarna kula. Zdaje się, że jest złożona z naszych własnych sond Von Neumanna, zreplikowanych niewyobrażalnie wiele razy. Siedziałem w fotelu, patrząc jak kula przesuwa się w stronę Ziemi. Widziałem jak się otwiera, wchłania całą planetę, i jak zwiększa swoje rozmiary. Zostaliśmy przerobieni na materiał budulcowy dla milionów następnych sond. To samo stanie się z kolejnymi planetami skolonizowanymi przez ludzkość, a w dłuższej perspektywie również ze wszystkim co istnieje w Drodze Mlecznej, i kto wie? Może nawet ze wszystkim co istnieje w jakimkolwiek zakątku Wszechświata. Ja natomiast siedzę w tej symulacji jako zapis świadomości człowieka, który żył ponad milion lat temu i jestem zmuszony to wszystko oglądać, podczas gdy pojedyncza łza powoli spływa po moim wirtualnym policzku.
Zobacz także:
- Opowiadanie SF „Thot”
- Opowiadanie SF: „Tym, których to zainteresuje”
- Wszystkie opowiadania Science Fiction
Jak. To kluczowe tutaj. Otóż żałośnie płytko i bez nowych pomysłów. A do tego język ….. Nasz bohater i jego SYN. Syn, więc dwa osobniki płci męskiej. Autor jednak pisze „…. zginiemy OBYDWOJE …” . No to który z nich jest kobietą ? Skoro nie OBAJ, nie OBYDWAJ lecz OBYDWOJE …. DWOJE , to ONA i ON. Hmmmm …. Który z nich to ONA ??? Oto jest pytanie….
Będzie Ciąg dalszy?
Tak, będzie – niebawem zamieścimy część drugą (epilog) :)
I już jest rozdział II :)