„Thot” stanowi ciekawą interpretację historii Bliskiego Wschodu, wzbogaconą o pewne teorie dotyczące starożytnych astronautów. Jeżeli opowiadanie to spodoba się czytelnikom i wzbudzi zainteresowanie, bardzo możliwe, że autor napisze kontynuację historii.
Zapraszamy do lektury.
THOT
Kiedy Thot przyszedł na świat, pomarli już dawno wszyscy, którzy pamiętali gniew bogów. Jedynie starszyzna opowiadała historie o tych przerażających wydarzeniach.
Thot był słaby i powolny. Nie byłby dobrym pasterzem. Dobry pasterz musi obronić swe kozy przed drapieżnymi zwierzętami, musi walczyć, musi przechytrzyć ludzi z innych plemion. Jego plemię ciągle przenosiło się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu trawy i wody. Walczyło z innymi plemionami o dostęp do pastwisk. To było brutalne życie, a Thot jako słabowite dziecko zupełnie się do niego nie nadawał.
Inni chłopcy drwili z niego. Gnani instynktem samozachowawczym, robili wszystko, by upokorzyć i zniszczyć tego, który w przyszłości mógł być dla nich ciężarem. Jedynie słuchając opowieści starszyzny, Thot zapominał o drwinach i atakach współplemieńców. Te historie przenosiły go w inny, nierealny świat, jakże odmienny od tego, w którym tyle wycierpiał.
W dawnych czasach ludzie żyli w miejscu zwanym Eden. Była to bogata kraina, obfitująca w pastwiska i drzewa dające owoce. Ludzie nie musieli wędrować, by wykarmić swe kozy. Obfite deszcze i cztery wielkie rzeki zasilały Eden w wodę, czyniąc z niego niemal raj na Ziemi. Ludzie żyli tam w zgodzie i dostatku. Nie brakowało pożywienia, nie było walk ani drapieżników.
Wokół Edenu mieszkali ludzie węże. Byli oni groźni i przerażający. Przemierzali świat mknąc na lśniących, ryczących lwach; posiadali tajemną wiedzę, dzięki której potrafili latać i rozświetlać mroki nocy; umieli miotać pioruny i ciskać ogniste kamienie.
Kiedyś węże przybyli do Edenu. Mówili, że jeśli ludzie przestaną składać ofiary bogom i nauczą się magicznych znaków, będą mogli dosiadać lśniących lwów, a także latać tak jak oni. Wielu uwierzyło wężom, stając się ich niewolnikami. Uczyli się magicznych znaków i nazywali węży „Niosącymi Światło”.
To rozgniewało bogów. Pewnego dnia zatrzęsła się ziemia; gwiazdy na niebie zmieniły swoje miejsce. Potem wielka fala zmiotła osady węży. Ci z nich którzy ocaleli walczyli na niebie i ziemi. Ludzie mogli obserwować, jak ogniste węże przemierzają niebo miotając pioruny. Aż któregoś dnia wszystko ucichło. Przez następne czterdzieści lat padał deszcz. Eden pogrążył się w wodzie, a ludzie uciekli w góry. Gdy deszcz przestał padać, Eden zmienił się w pustynię. Wyschły cztery rzeki. Znikły pastwiska i uschły drzewa. Ludzie rozproszyli się po świecie w poszukiwaniu wody i pastwisk. Od tej pory wędrują z miejsca na miejsce, walcząc o pożywienie.
Pewnego dnia Thot zebrał się na odwagę. Podszedł do jednego ze starszyzny i zapytał:
– Czy wszyscy ludzie węże zginęli?
– Nie – odpowiedział starzec. – Niektórzy ocaleli. Mieszkają teraz nad wielką rzeką, tam, gdzie zachodzi słońce. Zebrali wokół siebie niewolników. Nauczyli ich jeść nasiona trawy. Co roku niewolnicy rozsypują nasiona na ziemi, by rosła trawa na pożywienie. Są źli i rozwiąźli. Węże nauczyli ich wykuwać w kamieniu swoje podobizny i kazali im oddawać pokłon. Niewolnicy zapuszczają się nieraz na pustynię, by porywać ludzi i zmuszać do pracy. Zagarnęli dla siebie całą wodę z wielkiej rzeki i zabijają każdego człowieka, który się do niej zbliży. Węże kazali im zbudować trzy kamienne szałasy, tak wielkie, że sięgają do samego nieba. Kazali im też wykuć lwa, tak wielkiego, że chmury dotykają jego grzywy. W kamiennych szałasach i lwie węże ukryli swoją wiedze zapisaną magicznymi znakami. Mają też skrzynię, która zabija każdego, kto się do niej zbliży.
– Chciałbym zobaczyć te szałasy – powiedział Thot, co rozgniewało starca.
– Każdy, kto myśli o wężach jest przeklęty! – krzyknął starzec – Ty bezużyteczne, gnuśne stworzenie! Zejdź mi z oczu!
Gdy Thot obudził się następnego dnia, zobaczył, że jest sam na pustyni. Całe plemię odeszło w nocy zostawiając go na pewną śmierć. Thot szedł w tę stronę, gdzie zachodzi słońce, mając nadzieję, że dotrze do wielkiej rzeki. Jednak w połowie dnia wyczerpany upadł na ziemię.
Podróżnik zapewne umarłby z wyczerpania, lecz nagle poczuł, że ktoś szarpie go za suknię.
– Kim jesteś? – usłyszał.
– Jestem człowiekiem.
– Nie! – krzyknęła postać – Ty jesteś pastuchem! Nędznym pastuchem, jednym z tych, którzy napadają na nasze wsie! To my jesteśmy ludźmi, a ty staniesz się naszym niewolnikiem!
Thot trafił nad wielką rzekę jako niewolnik. Przez pięć lat musiał pracować całymi dniami w skwarze, bity przez nadzorcę. Kiedyś nadzorca zobaczył, jak Thot wpatruje się w wielkie szałasy, uderzył go w twarz i krzyknął.
– Jeśli jeszcze raz zobaczę, że na nie patrzysz, zabiję cię!
W nocy Thot powiedział do leżącego obok człowieka, który, jak on, musiał służyć niewolnikom:
– Chcę iść do wielkich szałasów. Czy wiesz, jak tam się dostać?
– Jesteś głupi – odpowiedział tamten. – W szałasach jest skrzynia, która cię zabije. Nawet niewolnicy węży boją się tam iść, a co dopiero my ludzie.
Jednak Thot wymknął się z chaty w której stłoczono na noc ludzi i przemknął w stronę szałasów. Jakież było jego zdziwienie, gdy zorientował się, że nikt ich nie pilnuje. Wszedł na świętą ziemię, gdzie nikt nie śmiał wejść. Między szałasami zobaczył starca.
– Nie bałeś się tu wejść? – spytał starzec. – Wiesz przecież, że skrzynia może cię zabić.
– Moje plemię zostawiło mnie na pustyni, bym umarł – odpowiedział Thot. – Przez lata byłem niewolnikiem niewolników węży. Lepiej umrzeć, niż żyć takim życiem.
– Tak – odrzekł starzec. – Ja właśnie jestem wężem.
– Nie wyglądasz jak wąż.
– To wy, dzikusy nazwaliście nas wężami. Jesteśmy ludźmi. Posiadamy jednak wiedzę, której wy się boicie. Zresztą. To nieważne. Jestem ostatnim mieszkańcem tego miejsca. Po wielkiej katastrofie ludzie walczyli ze sobą o resztki tego, co pozostało z dawnej cywilizacji, niszcząc ją i niemal całą Ziemię. Część z ludzi zamieszkała w końcu w niebie. Ci posiedli tajemnice nieśmiertelności. Ponieważ po katastrofie nastał wielki potop, wielu ludzi nauczyło się mieszkać w wodzie, żyjąc jak ryby.
Moi przodkowie osiedli tu, na tym skrawku ziemi cudem ocalonym od zniszczenia. Znaleźliśmy sobie dzikusów takich jak ty i zrobiliśmy z nich niewolników. Dzięki naszej wiedzy, uwierzyli oni, że jesteśmy bogami, i składali nam ofiary, a strach przed skrzynią trzymał ich z dala od tego miejsca. Zbudowaliśmy wielkie szałasy i lwa, by dać znać ludziom z nieba, że ciągle tu jesteśmy. Jednak oni nigdy nie pojawili się. Ukryliśmy więc tu wiedzę przodków dla przyszłych pokoleń. Ale nasza próżność i lenistwo obróciło się w końcu przeciwko nam. Nikomu nie chciało się wychowywać dzieci. Stawały się one coraz bardziej zgnuśniałe, aż w końcu byliśmy zbyt leniwi, by je rodzić i wychowywać. Jako dziecko dorastałem niemal wyłącznie wśród starców.
– Dlaczego nie nauczyliście niewolników waszej mądrości? – Spytał Thot.
– A po co mieliśmy ich uczyć? To ludzie żyjący na pustyni, wychowani na ciągłej walce o przetrwanie. Gdybyśmy przekazali im naszą wiedzę, mogliby użyć jej przeciwko nam. Nauczyliśmy ich tylko tego, co potrzebne, by nam służyli. Byli chętni, by uczyć dzikusów. Ale ci z nich, którzy posiedli naszą wiedzę, zaczęli występować przeciwko nam i już nie chcieli nam służyć. Zaczęli zabijać się nawzajem, walcząc o władzę. Musieliśmy ich zniszczyć. Wmówiliśmy niewolnikom, że wiedza nauczycieli to kłamstwa demonów. Wkrótce tak bardzo bali się jej, że zaczęli sami uważać za przeklętego każdego, kto mówił o naszej mądrości, lub zbytnio interesował się tym miejscem. Teraz nasza wiedza pójdzie w zapomnienie. Kiedy umrę, nikt nie będzie już umiał odczytać znaków i nikt nie zapanuje nad skrzynią.
– Pokaz mi skrzynię – powiedział Thot. – Naucz mnie magicznych znaków. Niech poznam waszą mądrość.
– Ta mądrość w rękach dzikusów może zniszczyć wszystkich ludzi.
– Nikomu jej nie zdradzę.
– A więc dobrze.
Thot ze starcem założyli lśniące płaszcze i chusty. Na piersiach zawiesili sobie magiczne tablice. Weszli do środka największego z kamiennych szałasów. Skrzynia stała w wielkiej kamiennej komorze. Była lśniąca. Na wieku znajdowały się skrzydlate postacie.
– Nie możemy tu przebywać zbyt długo – powiedział starzec. – Płaszcze nie chronią nas całkiem przed skrzynią.
Przez rok człowiek wąż uczył Thota swej mądrości. Nauczył go pisać magiczne znaki. Mówił mu o słońcu i gwiazdach. Pokazał mu nawet ptaka z metalu, dzięki któremu ludzie węże umieli latać. Obiecał, że w odpowiednim czasie zaprowadzi go do komór w wielkich szałasach i pod lwem, gdzie ukryto mądrość jego przodków. Ale starzec umarł i Thot pozostał sam.
Thot dzięki mocy skrzyni zaczął władać wszystkimi ludami nad wielką rzeką. Nigdy jednak nie odnalazł tajemniczych komór. Wybrał spośród ludzi kilku, którym przekazał całą swą wiedzę i którzy zamieszkali z nim na świętej ziemi. Był wielkim i okrutnym władcą. Kazał w miejscu głowy lwa wykuć swoją podobiznę.
Którejś nocy ludzie znad wielkiej rzeki zobaczyli świecący dysk, który opadał zwolna nad kamienne szałasy. Thot wszedł do dysku i uniósł się do nieba.
Wojciech Ostrowski
<< Opowiadanie SF „Tym, których to zainteresuje” | Wszystkie opowiadania SF >>