Głównym mózgiem produkcji był S. Okamoto (bezskutecznie próbowałem się dowiedzieć jak ma na imię), który wcześniej był odpowiedzialny między innymi za takie gry jak „Crazy Cop”, czy „Finest Hour” (ja też o nich nie słyszałem).
Trudno powiedzieć dlaczego Konami zabrało się za ten tytuł dopiero pod koniec lat 80-tych, ale od czasu kinowej premiery „Aliens”, pojawiły się już dwie licencjonowane gry na jego podstawie (jedna autorstwa Squaresoftu (1987, MSX), a druga Software Studios (1987, ZX Spectrum, Commodore 16/64).
Wprawdzie nowa produkcja była dla odmiany wycelowana w stronę salonów arcade, ale trzeba było wymyślić coś oryginalnego, aby zachęcić bywalców do zabawy.
Developerzy z Konami ostro zaszaleli. Patrząc na to z perspektywy czasu, gra „Aliens” 1990 Konami nie odstaje być może aż tak od innych tego typu adaptacji, ale zawarte w nim dodatki i przeinaczenia są unikatowe w kontekście produkcji związanych z Ksenomorfami.
Aby najlepiej przekazać Wam z czym mamy do czynienia, opiszę krótko pierwsze kilkanaście minut rozgrywki.
Gra wita nas intrem opatrzonym screenami zaczerpniętymi bezpośrednio z filmu oraz znanym nam hasłem „This time it’s war!”. Następnie pojawia się plansza tytułowa, która po wciśnięciu ‘start’, przenosi nas prosto do gry.
Wstępny zarys fabularny jest dosyć wierny pierwowzorowi. Zostajemy w ekspresowy sposób poinformowani jakie cele mamy do zrealizowania w najbliższym poziomie i gramy.
Twórcy od razu wrzucają nas w wir walki wewnątrz opanowanej przez Obcych kolonii Hadley’s Hope. Możemy sterować Ripley lub Hicksem. Ponieważ poza wyglądem obie postaci nie różnią się dosłownie niczym, załóżmy, że gramy Ripley. Japończycy z jakiegoś powodu zdecydowali zmienić głównej bohaterce kolor włosów na blond (również na plakacie promocyjnym!), ale jeśli myślicie, że to szczyt inwencji developerów z Konami, to czytajcie dalej…
Gra Konami „Aliens” 1990, to typowa automatowa „strzelanka”, w której idziemy od lewej do prawej i eksterminujemy wszystko, co spotkamy na swojej drodze. Prócz siania destrukcji zbieramy nowe bronie, amunicję i specjalne dodatki, które wspomagają nas w osiągnięciu celu (czyli eksterminacji wszystkiego, co spotkamy na swojej drodze).
Od samego początku jesteśmy wyposażeni w miotacz ognia, ale bardzo szybko nasz arsenał powiększa się o, między innymi, wyrzutnie rakiet, czy słynny Pulse rifle.
Akcja toczy się w dosyć zawrotnym tempie. Musimy odpierać ataki dobrze znanych nam Obcym. Jednak czasami zdarzy im się wyskoczyć w wielkich jaj-kokonów, których próżno szukać w filmie.
Wrogów jest dużo i nie ma kiedy rozejrzeć się po całkiem ładnie zaprojektowanym i zrealizowanym tle. Co jakiś czas na ekranie pojawia się Newt, ale szybko ucieka. Oczywiście Obcy nie są nią zainteresowani i dalej atakują gracza.
Na końcu tego bardzo krótkiego poziomu czeka nas walka z bossem. I tutaj zaczyna się robić zabawnie. Trudno tak naprawdę powiedzieć czym jest potwór, który nas atakuje, ale z pewnością nie jest to Obcy. Jednocześnie nie można oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już taką kreaturę widzieliśmy. To wrażenie będzie wracało jak bumerang podczas gry w „Aliens” 1990 arcade game.
Po pokonaniu stwora przechodzimy do drugiego etapu.
Tutaj oglądamy akcję zza pleców Ripley, która musi pacyfikować Obcych stojąc na dachu pędzącego APC.
Wskaźnik u góry wskazuje nam, że mamy do pokonania konkretną trasę, na końcu której czeka na nas Newt. Niestety, kiedy tam docieramy dziewczynka zostaje porwana przez skrzydlatego Obcego-nietoperza. Uwierzcie, że będzie coraz lepiej.
Kolejny etap, to przedzieranie się kanałami wentylacyjnymi. Wracamy do widoku z boku i podążamy od lewej do prawej. Od razu atakują nas latające szczęki ze skrzydłami (ciężko jest mi to inaczej opisać) oraz standardowi Obcy, którzy lubią zmieniać kolory (są niebiescy, zieloni, ale także różowi).
Na górze ekranu widnieje znany nam z filmu czujnik ruchu, ale jest to raczej wizualny ozdobnik, ponieważ i tak pokazuje nam wrogów niemal w tej samej chwili kiedy pojawiają się oni na ekranie.
Musimy też uważać na buchającą parę.
Z czasem pojawiają się też Obcy wyglądający jak świeżo po narodzinach.
W końcu udaje nam się wydostać z szybu, wsiadamy w windę i zjeżdżamy na niższe piętro cały czas atakowani przez Obcych (najróżniejszego sortu) i facehuggery. Na samym dole czekają na nas nowi przeciwnicy i to jest moment, w którym Japończycy kompletnie popłynęli.
Zaczynają nas bowiem atakować zombie…
Niebieskie, powłóczące nogami zombie w podartych ciuchach, z tradycyjnie wyciągniętymi w naszą stronę rękami. Mało tego, niektóre są uzbrojone w broń palną.
Na tym etapie Obcy wyłażą już zewsząd, łażą po ścianach, skaczą nam na głowę z sufitu, a my musimy reagować na to z prędkością światła.
W pewnym momencie pojawia się sub-boss – super Obcy, który zwija się w kulkę i próbuje nas staranować. Dalsza część gry jest tak bogata w tego typu smaczki, że dokładny opis zająłby mi prawdopodobnie kilkadziesiąt stron.
Ale pójdźmy dalej. Możemy zasiąść za sterami słynnego Work Loadera, w którym eliminacja wrogów postępuje znacznie sprawniej. Spotykamy przyklejonych do ściany żołnierzy, z których na akord wyskakują Obcy, a w skład kolejnych przeciwników wchodzą między innymi Obcy-pająki, Obcy-mutanty oraz Obcy z czymś na głowie, co przypomina rozczochrane włosy (lub makaron), którzy są naelektryzowani i atakują nas parami. Nie zabrakło także dziwnych Obcych-robali, stworów wypluwających w naszą stronę małych Obcych-robali, zamkniętych w szklanych kulkach energii (!!!).
Jeden z kolejnych bossów został żywcem wyciągnięty z gry „Contra”, która nie tylko jest również produkcją Konami, ale i czerpała z filmu „Aliens” pełnymi garściami.
Jeśli chodzi o lokacje, to twórcy nie zapomnieli o żadnym kluczowym miejscu, zatem będziemy dzielnie maszerować po olbrzymich kolonijnych rusztowaniach (z pełnym rozbłysków, zachmurzonym niebem w tle), czy też wewnątrz legendarnego ula Obcych, na końcu którego czekać nas będzie walka z samą Królową!
Nasza ulubienica nie podda się tak łatwo i zaatakuje nas ponownie, na samym końcu gry, gdy będziemy już znajdować się na pokładzie statku Sulaco. Oczywiście walczyć będziemy zasiadając w Work Loaderze.
Całej rozgrywce towarzyszy galopująca, chaotyczna muzyka typowa dla japońskich strzelanek arcade (nie ma ona wiele wspólnego z muzyką znaną z filmu).
Oczywiście nasze poczynania są punktowane, a do gry w każdej chwili może dołączyć druga osoba, która jako Hicks wspomoże nas w eksterminowaniu wszystkiego co spotkamy na swojej drodze.
Podsumowując – japońscy developerzy podeszli do tematu na luzie, ale równocześnie fachowo i na swój sposób rzetelnie. Lokacje prezentują się doskonale, odwzorowano dosyć dokładnie wiele drobnych elementów i smaczków. Tła prezentują się różnorodnie i wykonano je w drobiazgowy sposób. Obcy również wyglądają bardzo dobrze, mimo że często zmieniają swój kolor.
Na osobny akapit zasługują te elementy gry, w których twórcy ewidentnie popuścili wodzę fantazji. Dla niektórych graczy, szalona inwencja twórcza developerów z Konami, będzie trudna do przełknięcia, czasami wręcz irytująca i niezrozumiała. Inni zaś docenią wkład programistów w rozwinięcie palety atakujących nas wrogów do imponujących rozmiarów.
Ja należę zdecydowanie do tej drugiej grupy, być może dlatego, że recenzuję tę grę ponad ćwierć wieku po jej premierze i nabrałem odpowiedniego dystansu, nie tylko do tej konkretnej produkcji, ale całego wora jej podobnych z lat 80-tych i 90-tych.
Dorzucone stwory nie są wprawdzie zbyt oryginalne (a czasami bezczelnie podwędzone z innych gier), ale ich ilość i różnorodność rekompensuje wszystko. Wprowadza to też (zapewne nieplanowany) element humorystyczny, ponieważ nie raz będziemy się szeroko uśmiechać, a nawet śmiać na głos widząc niektórych przeciwników.
Irytować może co najwyżej muzyka i niektóre odgłosy, ale zawsze można przyciszyć dźwięk.
Jeżeli jesteście fanami Obcego, a do tego „strzelanek” w stylu arcade, to prawdopodobnie już w „Aliens” graliście, a jeżeli nie, to gorąco polecam zagrać.
Innym natomiast polecam sprawdzić na YT, czy taka rozgrywka Was interesuje. Niektórym będzie trudno przeskoczyć z takich tytułów jak „Alien: Isolation” lub nawet „Aliens vs Predator” na taką retro produkcję, ale warto zaryzykować i sprawdzić.
Ostrzegam, że przejście całości nie powinno Wam zająć więcej niż pół godziny (co może stanowić plus dla tych, którzy borykają się z brakiem czasu na takie rozrywki).
Nie jestem pewien, czy automaty z „Aliens” kiedykolwiek trafiły do Europy, wiem jedynie, że trafiły na rynek Amerykański i Japoński (azjatyckie wydanie było trochę okrojone, zabrakło Newt i kilku poziomów). Nie przypominam sobie abym kiedykolwiek widział tę grę w polskich salonach gier w latach 90-tych. Tym samym jedyną szansą (zwłaszcza obecnie) na zabawę w „Aliens” jest zaopatrzenie się w emulator. Może, to dobrze, bo na przejście gry potrzebna by była góra żetonów.
Jeżeli nie macie czasu ani ochoty instalować specjalnych emulatorów i dodatków, aby zagrać w opisywaną grę, polecamy ten poniższy film, w którym zobaczycie pełną rozgrywkę:
Jonesy
Zobacz także:
Do Polski dotarły automaty, a przynajmniej do mojej małej mieściny :-) Exxtra klimat gierka miała :-D
Aha, jeszcze jedno, od dobrych paru lat są dostępne strony z wbudowanymi emulatorami, nic nie trzeba instalować :)
trochę fakty pomieszane, ale dobra recka.
Aliens na automatach przechodziłem na 1 żetonie :)
Dobra robota Jonesy.
Świetna recenzja, ta gra była w europie na automatch wiem bo sam się zagrywałem w ten tytuł za małolata, mogliby zapodać do playstation store z chęcią zagrałbym żeby odświeżyć sobie starą szkołe grania ;€