Film „Transformers: Początek” był promowany jako produkcja skierowana głównie do dzieci. Jako 'stary byk’ nieco obawiałem się, że podczas seansu mogę poczuć się w kinie nieco nieswojo. Jednak szybko okazało się, że produkcja ukontentowała nie tylko mnie, ale i parę znajomych mi innych 'starych byków’. Produkcja dostarczyła to, co tygrysy lubią najbardziej, w bardzo atrakcyjnej wizualnie formie, z mocnym fabularnym trzonem i wyrazistą aktorką iskrą w głosach postaci. Praca Paramount Animation, Hasbro Entertainment oraz trzech innych spółek produkcyjnych zaowocowała produkcją, w której wszystko zagrało, dając fenomenalny rezultat. Film „Transformers One” porównałbym do zręcznego miksu serialu „Transformers: Prime”, animacji ze stajni Pixara oraz „Spider-Man: Into the Spider-Verse”. Nowa produkcja ukazuje świat Transformerów z zupełnie nowej perspektywy.
Recenzja filmu Transformers: Początek (2004)
Reżyserem filmu „Transformers One” jest Josh Cooley, którego kariera zasługuje na uznanie. Cooley zaczynał jako stażysta i artysta od storyboardów przy „The Incredibles” (polscy „Iniemamocni”) w 2004 roku, a lata później zdobył Oscara za „Toy Story 4”. Imponujące jest również to, z jaką lekkością podszedł do wydawałoby się oklepanego tematu zmiennokształtnych robotów, serwując coś naprawdę świeżego na bazie znanych nam motywów. Otrzymamy tutaj też odpowiedzi na pytania dotyczące przyczyn wojny między Autobotami a Decepticonami, a punktem wyjścia jest przyjaźń dwóch botów.
Po seansie „Transformers: Początek” wyszedłem z kina bardzo zadowolony. Opuszczając salę po drugim seansie już dzień później, czułem się jeszcze bardziej usatysfakcjonowany. Kiedy decyduję się na powtórzenie tego samego filmu w kinie, zazwyczaj potrzebuję przynajmniej kilku dni przerwy między seansami, aby uniknąć znużenia czy uczucia wtórności. W tym przypadku jednak nie doświadczyłem takiego efektu, co najlepiej świadczy o jakości samego filmu. Ponownie czerpałem z niego pełnymi garściami, mogłem skupić się na wychwytywaniu różnych drobnych detali, które naturalnie umknęły mi podczas pierwszego seansu.
A skoro mowa o detalach, zapraszam na kilka słów więcej o filmie w dalszej części tekstu.
Tak czy inaczej, jeden z nich na pewno już dobrze znacie, jeśli wiecie, kim są główni bohaterowie tej wieloletniej franczyzy, a zarazem przywódcy dwóch walczących ze sobą frakcji.
– It’s time to show him we are more than meets the eye.
Myślę, że wszyscy zetknęliśmy się z Transformerami w takiej czy innej formie przynajmniej raz w życiu. Rozpoczęta w 1984 roku seria zabawek ewoluowała w różnych kierunkach, obejmując świat animacji, filmów oraz gadżetów wszelkiej maści, transformując dzieciństwa tysięcy osób na całym świecie, w tym także moje. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy oglądałem za dzieciaka legendarny „The Transformers: The Movie”, który moi rodzice wypożyczyli w latach 90. na VHS w sklepie z narzędziami… Ten sklep pełnił także rolę wypożyczalni kaset video w naszej dzielnicy, tak .. takie to były wówczas czasy.
Przygody Optimusa Prime i jego drużyny towarzyszyły mi przez wiele lat, a z biegiem lat popularna marka dostarczyła mi jeszcze stertę komiksów wydawanych pod egidą Marvela oraz nowe produkcje telewizyjne i filmowe. Te ostatnie miały swoje wzloty i upadki dzięki serii blockbusterów Michaela Baya. Mocno przeciążyły one zarówno rynek, jak i widownię, co widać było po średnich wynikach dwóch ostatnich pełnometrażowych filmów o zmiennokształtnych robotach z kosmosu. Wreszcie decydenci Hasbro przestawili wajchę na animację, co zaowocowało opisywaną produkcją.
Zawsze marzyłem o filmie z Transformerami, którego akcja w pełni rozgrywałaby się na Cybertronie. Apetyt na taką wizję zaostrzył film „Bumblebee”, w którym mieliśmy już przedsmak wydarzeń rozgrywających się na rodzinnej planecie botów.
Dodatkowo zawsze chciałem zobaczyć produkcję, która w pełni poświęcona byłaby Transformerom, a nie ludziom. Tytułowe boty nie potrzebują udziału białkowców, i w przypadku filmu „Transformers: Początek” sprawdziło się to doskonale.
Obca planeta, będąca domem dla mechanicznych form życia, jest zdecydowanie ciekawszym miejscem do pokazania niż nasz błękitny glob. Cybertron w „Transformers One” wygląda fantastycznie. Jest na czym zawiesić oko, ponieważ planeta Transformerów została ukazana w sposób imponujący, szczegółowy i barwny. Obserwujemy nie tylko życie botów pod powierzchnią planety, ich miasta, kopalnie i jądro Cybertronu, ale także pomysłowo ukazany krajobraz powierzchni, na której obok dosłownie transformującego się otoczenia znajduje się bogata fauna i flora (!).
Widząc te barwne obrazy, od razu przypomniały mi się momenty, kiedy zachwycałem się w kinie kolorową Atlantydą z „Aquamana” czy pieczołowicie odmalowanymi przez Jamesa Camerona widokami w filmach z serii „Avatar”.
Animacja botów jest płynna, a one same zyskują zwłaszcza w zbliżeniach, gdzie widać różne szczegóły ich anatomii oraz rysy i zadrapania na metalowej powłoce. Warto dodać, że na ekranie przewija się cała masa znajomych Transformerów, a także mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do klasyki. Udało mi się wyłapać większość znanych postaci oraz smaczków. Gdy tylko film wyląduje na platformach streamingowych lub nabędę go w fizycznej formie na jakimś Blu-Rayu, czeka mnie sporo stopklatek, aby wychwycić wszelkie szczegóły tego rodzaju. Co to o mnie świadczy? Nieuleczalna geekoza, jak nic…
– I know we’re just lowly worker bots who can’t even transform.
W filmie „Transformers One” nikt nie bawi się w przesadnie długie wprowadzenia i od razu jesteśmy rzuceni w wir wydarzeń. Na początku czeka nas kilka słów wstępu narratora o historii planety Cybertron i jej mieszkańców, dzięki czemu każdy widz, niezależnie od poziomu znajomości tematyki Transformerów, otrzymuje niezbędną dawkę wiedzy do oglądania filmu.
Głównymi bohaterami animacji „Transformers: Początek” są dwaj przyjaciele: Orion Pax i D-16. Na co dzień są górnikami, wykonującymi syzyfową pracę w kopalniach energonu, który tu występuje w surowej, skalnej formie, zanim zostanie z niego wydestylowana życiodajna energia dla botów. Podobnie jak ich pobratymcy po fachu, są pozbawieni przekładni transformacji, umożliwiającej zmianę ich ciał w pojazdy, przez co są postrzegani przez resztę społeczności Cybertronu jako gorsza kasta.
W nadziei na lepsze życie Orion Pax zakrada się do archiwum i ogląda nagranie o Prime’ach, pierwszych legendarnych mieszkańcach Cybertronu, oraz potężnym artefakcie, jakim jest Matryca Przywództwa. Później Orion i D-16 są uczestnikami wypadku w kopalni, gdzie ratują innego górnika (Jazz). Ich przełożona, Elita-1, zostaje obwiniona za incydent i zdegradowana. Tymczasem przywódca Cybertronu, Sentinel Prime, wraca z poszukiwań Matrycy z powierzchni planety, twierdząc, że odparł inwazję złych Quintessonów i z tej okazji organizuje uroczysty wyścig. Orion i D-16 postanawiają wziąć udział w wyścigu, by udowodnić, że są kimś więcej niż tylko górnikami. Ta spontaniczna samowolka odmieni ich całe życie na zawsze, pchając ich ku nowym znajomościom, szokującym odkryciom i przede wszystkim transformacjom ich ciał, osobowości i motywacji.
– If we survive this I’m going to kill you.
– I accept your terms.
Film „Transformers: Początek” zbudowano wokół kilku prostych i ponadczasowych motywów, takich jak przyjaźń, zaufanie, poświęcenie, ambicje, nadzieja, zdrada i władza. Wszystkie one stapiają się z przygodami Oriona, D-16 i ich ekipy, napędzając akcję i prowadząc do nieuchronnego finału. Osoby, które choć trochę zaznajomiły się z tematyką Transformerów, dobrze wiedzą, jak skończy się ta historia. Pokazane są wydarzenia, które stopniowo i konsekwentnie popychają przyszłego Megatrona w kierunku mrocznej otchłani, a niedoświadczonego i naiwnego Oriona Paxa w stronę zostania szlachetnym przywódcą Autobotów.
Czuć tu wyraźnie ducha historii rodem z prequelowej trylogii „Gwiezdnych Wojen” czy filmu „X-Men: First Class”. Postaci Oriona Paxa i D-16 to wręcz lustrzane odbicia duetów Obi-Wan/Anakin oraz Xavier/Erik. Tym bardziej bolesne są dla widza momenty, gdy nasi dwaj górnicy po prostu ziomeczkują i przybijają sobie „żółwiki”, mając tę wiedzę, że z czasem staną się śmiertelnymi wrogami w trwającej miliony lat wojnie przynoszącej zniszczenie po obu stronach konfliktu. Moment, w którym umiera D-16, a narodzi się Megatron, wręcz rozdziera serce.
Muszę przyznać, że pierwsza zapowiedź tej produkcji wypada blado w zestawieniu z filmem. W trailerze znalazło się dużo żartów i lekkiego tonu, skierowanego bardziej do najmłodszych. Tymczasem kiedy trzeba, film jest poważny, a kiedy indziej lekki i zabawny. Żarty, zarówno słowne, jak i sytuacyjne, są świetnie wyważone, rzeczywiście zabawne i nie wybijają z rytmu. Nie zabrakło nawet pocisku w stronę GoBotów (tzw. pozdro dla kumatych)! W przeciwieństwie do wielu innych produkcji spod znaku „rozrywki dla całej rodziny”, film nie stara się schlebiać masom, które wraz z dziećmi chcą tylko pochrupać popcorn w kinie i odpowiednio się odmóżdżyć (oczywiście nie ma w tym nic złego). Osoby, które uważają, że to bajeczka dla dzieci, nie mogły się bardziej pomylić. W swojej kategorii film „Transformers: One” to dojrzała produkcja, momentami nawet bardzo mroczna. Są sceny, które mogą być straszne dla młodszych odbiorców (wszystkie sceny z Quintessonami), a mechaniczny trup ściele się gęsto.
Jak już wspomniałem, film obfituje w mroczniejsze momenty. Nie mogłoby być jednak inaczej, gdy stawką jest cała planeta i życie jej mieszkańców w obliczu zewnętrznego, ale jak się szybko okazuje, także wewnętrznego zagrożenia. Postacie giną, najczęściej subtelnie, poza ekranem, ale nie raz widzimy też śmierć w samym centrum wydarzeń. Sceny te są przedstawione dość brutalnie, co tylko podkreśla umiejętność scenarzystów w lawirowaniu tematem, wszak mamy tu zgony mechanicznych stworów, a nie istot z krwi i kości. Nie odbiera to wcale impaktu tych scen, wręcz przeciwnie. W jednej z bardziej podniosłych i wzruszających scen zdają się wybrzmiewać echem kultowe już słowa Optimusa Prime’a z filmu z 1986 roku, wypowiedziane epickim głosem Petera Cullena: „One Shall Stand. One Shall Fall.”
– I… AM… MEGATRON!
– Arise… OPTIMUS PRIME.
Na uwagę zasługuje iście gwiazdorska obsada dubbingowa. Przyznam, że nie jestem fanem obsadzania w animacjach znanych aktorów tylko dla samych wielkich nazwisk, a zwolennikiem dawania ról głosowych osobom zajmującym się tym na co dzień. Wiadomo jednak, że jeśli patrzeć chociażby na nasze rodzime podwórko – krzyczące do wszystkich z plakatów czy trailerów nazwisko typu Borys Szyc skuteczniej przyciągnie do kin widzów niż, dajmy na to, Andrzej Arciszewski. Słysząc, jak dobrze poradzili sobie w swoich rolach gwiazdy w „Transformers: One”, musiałem zrewidować swoje podejście do tej kwestii.
W rolę Oriona Paxa, przyszłego Optimusa, wcielił się znany i lubiany Chris „Thor” Hemsworth. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym castingu, uznałem to za mocno marketingowe zagranie, niemające specjalnie innego uzasadnienia niż typowy magnes na publikę. Jednocześnie był to dla mnie interesujący wybór. W filmie „Transformers: Początek” mamy wszak do czynienia z zupełnie nową interpretacją kultowej postaci, w dodatku jej młodą i buńczuczną wersją. Chociaż w mojej głowie od zawsze pobrzmiewał głos legendarnego Petera Cullena (nawet podczas czytania komiksów z Transformerami), to postanowiłem dać szansę Chrisowi.
I jak to wyszło?
Obsadzenie syna Asgardu w roli Oriona okazało się strzałem w dziesiątkę! Hemsworth przelał sporo typowej dla siebie i marvelowego Thora zadziorności oraz cwaniakowania na młodego Transformera, w rezultacie czego otrzymaliśmy postać, którą lubimy i której kibicujemy od pierwszych momentów pojawienia się na ekranie.
W „Transformers One” wtóruje mu Brian Tyree Henry, wcielający się w rolę D-16, najlepszego przyjaciela Oriona. Aktor znany z fajnej roli brytyjskiego zabójcy Lemona w „Bullet Train” oraz występów w Monsterverse, gdzie naparzają się aż miło Godzilla i Kong, tchnął iskrę w bodaj najbardziej skomplikowaną postać w filmie. Jego D-16 to początkowo wymarzony kumpel i głos rozsądku wobec porywczości i szalonych pomysłów Oriona. Później stopniowo obserwujemy jego zmianę w zdradzoną, gniewną i wreszcie wrogą naszym bohaterom postać, która owładnięta chęcią zemsty poprowadzi legiony Decepticonów. Tu warto dodać, że panowie Chris i Brian rzetelnie odrobili swoją pracę domową. Głosy ich postaci są idealnie dobrane do ich wyglądu, od podstawowych form pozbawionych zdolności transformacyjnych, poprzez wersje upgrade’owane modułami przemiany w pojazdy, aż po finalne postacie dwóch przywódców: Optimusa i Megatrona.
Co do tych ostatnich, chwilami pobrzmiewają w nich delikatne echa głosów ich pierwszych aktorów dubbingowych z lat 80-tych: Petera Cullena i Franka Welkera. Oczywiście Hemsworth i Henry nie starają się ich kopiować, a jedynie zapożyczają pewien ton, nadając swoim postaciom odpowiedniej mocy, przywódczej dostojności oraz złowrogiej aury.
W obsadzie głosowej animacji „Transformers: Początek” są także Scarlett Johansson (Elita-1), Keegan-Michael Key (Bumblebee), Jon Hamm (Sentinel Prime) oraz Laurence Fishburne (Alpha Trion).
Dla Scarlett prace głosowe to nie pierwszyzna, bowiem znana jest ze swoich dokonań na tym polu dzięki filmom „Her” (głos sztucznej inteligencji imieniem Samantha) oraz „Księga Dżungli”, gdzie dubbingowała pytona Kaa. Jako Elita-1 poradziła sobie koncertowo. Jej postać to twarda kierowniczka w kopalniach, która nie daje sobie dmuchać w energon. Początkowo gardzi nieodpowiedzialnym zachowaniem Oriona i D-16, by wraz z biegiem wydarzeń dołączyć do ich poszukiwań Matrycy i przekonać się na własne receptory wzrokowe, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.
Czym byłby jednak film o Transformerach bez ulubieńca publiczności, jakim jest niewątpliwie Bumblebee? Dubbinguje go Keegan-Michael Key, znany z popularnego sitcomu „Parks and Recreation”, a także mnóstwa ról głosowych, jak chociażby w filmach „The Lego Movie”, „Hotel Transylvania” czy „Toy Story 4”. Choć od wielu lat Bumblebee (tutaj B-127) jest niemową w filmach pełnometrażowych, to w „Transformers: One” wygadany jak nigdy i stanowi wyrazisty wątek komediowy. Gdyby był miał go porównać do postaci ze świata animacji, stawiałbym na Osła ze „Shreka”.
Sędziwy Alpha Trion mówi głosem Morpheusa, czyli Laurence’a Fishburne’a. Aktor uwydatnił przedwieczny charakter tej postaci, nadając jej odpowiedniej szlachetności i powagi. Czuć w tym głosie posępny bagaż, jaki Alpha Trion musi dźwigać w wyniku niefortunnych wydarzeń związanych z grupą Prime’ów i wojną z obcą rasą Quintessonów.
Z kolei Jon Hamm, twarz serialu „Mad Men”, wcielił się brawurowo w Sentinela Prime, władcę Cybertronu. Jest to jedna z moich ulubionych postaci w filmie, a stało się tak właśnie dzięki pracy Jona. Słychać, że aktor miał sporo frajdy podczas nagrań, ponieważ jego Sentinel to pełen pompatyczności nadęty dupek pierwszej klasy, który szczerząc się do wielbiących go tłumów, skrywa drugie oblicze. Hamm nadał tej postaci sporo wigoru, dzięki czemu kradnie wiele scen z jej udziałem.
Na końcu wymienię jeszcze z kronikarskiego obowiązku kolejną słynną osobę w obsadzie – jest nią Steve Buscemi, odgrywający kultową już szumowinę ze świata botów, czyli Starscreama. Przyznam, że jest to chyba jedyna rzecz, która przeszkadzała mi w tym filmie, bowiem jego głos nie do końca komponuje się z postacią przywódcy słynnej Gwardii. Aczkolwiek przy pewnej modyfikacji, jaka spotkała tą postać, było już lepiej.
Muzykę do filmu „Transformers Początek” stworzył Brian Tyler, który swoimi soundtrackami zaszczycił wcześniej takie produkcje jak „Constantine”, „Rambo”, „The Expendables”, pozycje ze stajni Marvel Cinematic Universe, serię filmów spod znaku „Fast & Furious” czy też ostatnio „The Super Mario Bros. Movie”. Jak widać, jego solidne CV pełne jest filmów akcji i sci-fi, nie stronił też od animacji.
Tyler swoim soundtrackiem uwypukla co rusz dostojny, przygodowy czy pompatyczny sznyt scen, wylewających się z ekranu, pokazując się ze swoim talentem od jak najlepszej strony. Słyszeliśmy już te epickie zagrania nie raz i nie dwa, ale możecie mi wierzyć na słowo, że nie ma się do czego przyczepić. W tej muzyce znajdziemy sporo odwołań do Steve’a Jablonsky’ego z filmów Baya, mamy też szczyptę “Transformers: Prime”, a chwilami zapachnie filmem “Tron: Legacy”. Słysząc te brzmienia, klatka piersiowa zaczyna momentalnie zwiększać swoją objętość, a może się zdarzyć, że w kąciku oka zakręci się łezka (utwór o wymownym tytule “Fall”). Najciekawsze momenty to jednak te, gdzie Tyler używa syntezatorów, dzięki czemu muzyka jeszcze bardziej pasuje tematycznie do scenerii Cybertronu. Uważne ucho wychwyci również sprytnie wplecione w muzykę dźwięki transformacji.
Cały soundtrack sprawdza się również bardzo dobrze poza filmem podczas odsłuchu w zaciszu domowym.
You have proven yourself worthy. Take these and access your full potential.
Dobrze skrojony scenariusz, przyjemna dla oka animacja, świetnie dobrane głosy do fajnie przedstawionych postaci, a to wszystko podlane uwielbianą przez wielu tematyką, okazały się być przepisem na udaną zabawę w kinie. Film „Transformers: Początek” pokazał, że w tej franczyzie wciąż tli się spora iskra (sic) kreatywności. Dla kogoś, kto nie jest zaznajomiony ze światem Transformerów, ta pozycja jest idealna na start bez uczucia zagubienia. Produkcja ta traktuje bowiem odpowiednio zarówno starych, jak i nowych fanów. Ci pierwsi znajdą tu wiele ukłonów w kierunku przeszłości i klasyki w nowoczesnej formie, ci drudzy zaś bogaty świat gotowy do dalszego eksplorowania.
Przesycony filmami pod batutą Michaela Baya, gdzie wszystko zaczęło mi się zlewać w jedną wielką CGI-breję w akompaniamencie eksplozji i biegających po ekranie krzyżówek owadów i złomowiska, w „Transformers One” dostałem coś zrobionego z poszanowaniem dla klasyki, z odpowiednią dozą nowoczesnej brawury, oraz z pomysłem na ciekawą fabułę, wartką akcję i spinającymi to wszystko mechaniczną klamrą barwnymi postaciami z zapadającymi w pamięć charakterami.
Mam nadzieję, że z czasem pojawią się sequele. Sam twórca filmu ma nadzieję na trylogię. Reżyser liczy na to, że włodarze wytwórni dadzą mu zielone światło na kolejne odsłony przygód Optimusa i jego ferajny, bowiem zostało jeszcze dużo do opowiedzenia w kwestii wojny pomiędzy Autobotami i Decepticonami. Dodatkowo w tle majaczy jeszcze zagrożenie w postaci Quintessonów. Obie sytuacje to doskonały materiał dla sprawnych scenarzystów. Obyśmy te filmy dostali, czego Wam i sobie życzę, mając nadzieję, że nie jestem tu naiwny niczym młody Orion Pax.
Film Transformerse One (2024) Zwiastun / Trailer