Film „The Terminator” (1984) – kultowa historia za symbolicznego dolara [recenzja]

  • Tytuł: The Terminator
  • Alternatywny tytuł polski za PRL: Elektroniczny morderca
  • Reżyseria: James Cameron
  • Scenariusz: James Cameron, Gale Ann Hurd, William Wisher
  • Data premiery: 26.10.1984
  • Czas trwania: 107 minut

 

Film Terminator (1984) – Recenzja / Opinia / Ciekawostki

 

Nice night for a walk. *

Lubię recenzować takie filmy. Produkcje, w które nie wierzy nikt, a w których każdej minucie, co tam minucie, w każdej sekundzie nawet, widać mnóstwo miłości i pasji twórcy do swojego dzieła. Takie, które, mimo mnóstwa przeciwności po drodze powstają za, może nie grosze, ale za małe w kontekście produkcji filmowych kwoty, a które zamiatają box office. Taki jest właśnie ikoniczny film „The Terminator” Jamesa Camerona.

Nothing clean, right. *

Normalnie zacząłbym recenzję od opisu fabuły, świata przedstawionego czy opisu bohaterów, ale… No cóż, recenzowany film, a w zasadzie cała seria, jest bardzo bliska mojemu sercu, więc pozwolę sobie na odrobinę historii związanej z powstaniem filmu, która, moim zdaniem, jest tutaj bardzo istotna.
Pod koniec lat ’70 James Cameron jest podrzędnym reżyserem, a jedynym dziełem jakie ma na koncie jest krótkometrażowe ‘Xenogenesis’. Debiut okazuje się na tyle ciekawy, że Cameron dostaje posadę projektanta scenografii w kilku filmach, między innymi “Battle Beyon the Stars” czy sławnej “Ucieczce z Nowego Jorku” Carpentera. W 1982 roku zostaje zaangażowany do wyreżyserowania filmu “Pirania 2”, jednak wskutek tarć z producentem nie udaje mu się tego filmu ukończyć. Czemu więc o nim wspominam?

Your clothes, give them to me now. *

Wspominam dlatego, ponieważ odsunięty od produkcji James wszystkie pozostałe pieniądze jakie miał musiał wydać na bilet powrotny do USA (“Piranię…” kręcono bowiem w Rzymie). Nie mając wyboru żywił się wówczas tym, co znajdował na śmietnikach. Po jednej z takich “uczt” zatruł się i dostał silnej gorączki, podczas której w majakach widział wyłaniający się ze ściany ognia stalowy szkielet z nożem kuchennym w ręce. Gdy Cameron już odzyskał przytomność szybko naszkicował to, co mu się przyśniło, po czym wymyślił historię o zabójczych maszynach z przyszłości. Niestety, kolejne wytwórnie odrzucały jego bardzo ambitny projekt (który był zbliżony do tego, co widzieliśmy ostatecznie w drugiej części “Terminatora”). W końcu, pracująca dla New Line Cinema, Gale Anne Hurd, zgodziła się odkupić od Jamesa prawa do jego historii za symbolicznego dolara, jednocześnie angażując go do produkcji. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że, dzięki jej pomocy, świat zyska jednego z najbardziej utalentowanych reżyserów, a sam Cameron zapisze się w historii kinematografii jeszcze kilkukrotnie…

The 12-gauge autoloader. *

Warto też poświęcić kilka słów odtwórcy roli tytułowej maszyny. Arnold Schwarzenegger w 1984 roku miał już za sobą pewne sukcesy filmowe i na początku bardzo chciał zagrać w „Terminatorze”, ale nie tytułową zabójczą maszynę, lecz Kyle’a Reese’a chroniącego Sarah Connor. Jednak Cameron, po kilku rozmowach z Arnoldem, uznał że będzie on jednak znacznie lepszy w roli T-800. Dużym plusem aktora było jego przeszkolenie wojskowe i obycie z bronią.
Warto tutaj dodać, że początkowo „elektronicznego mordercę” miał grać OJ Simpson, jednak Cameron uznał, że będzie on dla widowni mało wiarygodny jako morderca…hmm).

The .45 long-slide with laser sighting. *

Schwarzenegger bardzo poważnie potraktował pracę nad filmem „Terminator” i oprócz intensywnych ćwiczeń z bronią izolował się od reszty aktorów, tak żeby móc zachować wobec nich obojętność. Czym takie podejście zaowocowało opiszę w dalszej części tekstu.

źródło: screen z filmu „Terminator” (1984)

Phased plasma rifle in 40-watt range. *

Jak już wcześniej wspomniałem, początkowo Arnie miał grać żołnierza z przyszłości, jednak ostatecznie w tej roli wylądował świetny Michael Biehn. Mimo że Biehn był odrzucany na początku ze względu na swój specyficzny akcent, to ostatecznie przekonał do siebie producentów.

Została jeszcze kwestia odtwórczyni roli Sarah Connor, wokół której kręci się fabuła całego filmu. Wybór padł na mającą już wówczas pewne doświadczenie w aktorstwie, ale nadal niezbyt rozpoznawaną, Lindę Hamilton.

 

All. *

Po nieco przydługim, ale moim zdaniem niezbędnym, wstępie przyszedł czas na właściwą recenzję filmu „Terminator”. Na początku, charakterystycznie dla produkcji z tamtego okresu, witają nas statyczne: kadr ukazujący zniszczone miasto oraz tekst wprowadzający w fabułę. Otóż 27 sierpnia 1997 roku Skynet, wojskowy system informatyczny, zyskał samoświadomość i przewrotnie uznał, że jedyną metodą ochrony ludzkości przed nią samą jest jej eksterminacja…

Wrong. *

Do realizacji swojego planu Skynet podszedł bardzo radykalnie, wywołując wojnę nuklearną, która pochłonęła 3 miliardy istnień, a przez ocalałych nazwana została „Dniem Sądu”. Jednak ludzkość, po nieco ponad 3 dekadach walk, prowadzona przez Johna Connora, pokonuje Skynet i wdziera się do jego jednostki centralnej. Na miejscu okazuje się, że komputer przewidział swoją porażkę, w związku z czym opracował wehikuł czasu, który pozwolił mu wysłać jednostkę infiltrującą, maszynę wyglądającą jak człowiek, tytułowego „Terminatora”, do roku 1984, aby ten prewencyjnie zlikwidował matkę przyszłego przywódcy ruchu oporu, Sarę Connor. John postanawia wykorzystać technologię Skynetu i wysłać w przeszłość jednego ze swoich żołnierzy, aby ten ochronił przed morderczą maszyną jego matkę…

Sarah Connor? *

… która w 1984 roku jest zwykłą nastolatką, nieświadomą roli jaką przyjdzie jej odegrać. Chociaż film „Terminator” jest produkcją opowiadającą o trójce bohaterów (Kyle, T-800, Sarah), a w tytule ma tylko nazwę elektronicznego mordercy, to tak naprawdę głównym bohaterem jest tu właśnie nieporadna na początku filmu nastolatka, której największą troską jest odwołana randka. Kiedy jednak z telewizji dowiaduje się, że ginie kilka kobiet noszących takie samo imię i nazwisko jak ona, zaczyna obawiać się o własne życie.

Cameron wykonał kawał świetnej roboty ukazując pierwsze spotkanie całej trójki w klubie „Technoir”. Cała scena przy dźwiękach utworu „Burnin’ In The Third Degree” trzyma w napięciu i tak naprawdę do samego końca nie wiadomo jak się potoczy. Z resztą, to samo można powiedzieć o reszcie filmu.

I’m a friend of Sarah Connor. I was told that she’s here. Could I see her, please? *

Fabuła filmu „Terminator” jest tu naprawdę ciekawa, Los Angeles połowy lat ’80 jako tło wydarzeń jest miastem depresyjnym, mrocznym i niebezpiecznym. Zewsząd czuć specyficzny „chłód”, brud i wilgoć. Również pojawiające się co jakiś czas wspomnienia Kyle’a przedstawiające przyszłość są niesamowicie sugestywne i klimatyczne – ból, brud, głód, poczucie ogólnej beznadziei są ukazane w bardzo wiarygodny sposób.

Aktorzy wcielający się w główną trójkę bohaterów grają przyzwoicie, chociaż tutaj muszę przyznać, że Linda Hamilton momentami jest mało przekonująca, szczególnie gdy ma odegrać gniew, ale może to już trochę czepialstwo na siłę z mojej strony.
Kyle Reese odgrywany przez Biehna jest genialny – ciągle się rozgląda, wszędzie szuka zagrożenia, często nie patrzy na rozmówcę… Jest trochę szalony, ale ciężko żeby człowiek codziennie walczący o życie był inny.
Arnold w roli maszyny sprawdza się idealnie, odzywa się bardzo rzadko, a jego austriacki twardy akcent tylko potęguje efekt odczłowieczenia. Terminator w jego wykonaniu jest systematyczny, miarowy i nieustępliwy, mimo, że wygląda jak człowiek jest w nim coś niepokojąco zimnego.

źródło: screen z filmu „Terminator” (1984)

Ciekawym, acz łatwym do przeoczenia, zabiegiem zastosowanym przez Camerona było zobrazowanie różnic w działaniu między T-800 i Reesem. Kyle, żeby zdobyć odzież musiał ją dosłownie ściągnąć z jakiegoś żula w ciemnym zaułku. T-800 po prostu podszedł do trzech punków i jej zażądał, a kiedy tamci odmówili, dwóch z nich straciło życie, a trzeci oddał mu swoje ubrania bez zbędnych pytań. Protektor Sary żeby zdobyć broń musiał zaryzykować życie szarpiąc się z uzbrojonym policjantem. Terminator z kolei po prostu ukradł broń ze sklepu zabijając sprzedawcę. Sceny te podkreślają, że ludzie są, wydawałoby się, z góry na przegranej pozycji, a uratować ich może tylko coś, czego maszyna nie ma – spryt, umiejętność improwizacji, oraz – co najważniejsze – instynkt samozachowawczy każący im walczyć o życie na wszelkie możliwe sposoby.

Bohaterowie drugoplanowi, między innymi świetny w roli nie-do-końca-prawego Lance Henriksen, znany później z roli Bishopa w „Aliens”, czy Earl Boen w roli policyjnego psychiatry, nieco znudzonego życiem dr. Silbermana, to naprawdę najwyższa klasa, i aż dziw bierze, że w niskobudżetowym filmie nieznanego reżysera dali z siebie naprawdę dużo.

I’ll be back *

Jeśli chodzi o kwestie techniczne to jest trochę ambiwalentnie – z jednej strony na pierwszy rzut oka efekty specjalne wydają się świetne i wręcz spektakularne jak na wyjątkowo ubogi budżet. Mamy tu zarówno kilka scen pokazujących wojnę przyszłości, jak i T-800 w różnych stopniach uszkodzenia odsłaniających złowieszczy endoszkielet oraz pościgi, strzelaniny, wybuchy… Ale jeśli się temu przyjrzymy, to widać, że np. budynki zniszczone przez wojnę nuklearną to zwykłe tekturowe kartony, a sceny pościgów wyświetlane są w znacznym przyspieszeniu. Mimo wszystko jednak uważam, że filmu którego budżet wyniósł niecałe 6,5 miliona dolarów nie powinno się o takie detale czepiać. Cameron we współpracy ze Stanem Winstonem wyczarowali na ekranie cuda.

źródło: screen z filmu „Terminator” (1984)

Fuck you asshole. *

Montaż dźwięku jest bardzo przyzwoity, chociaż czasem miałem wrażenie, że dialogi są nieco za cicho względem innych odgłosów. Za to syntezatorowa ścieżka dźwiękowa z kultowym już utworem tytułowym to miód na uszy. Jest odpowiednio chłodna, odczłowieczona i „mechaniczna”, dzięki czemu świetnie buduje klimat. Oprócz wspomnianego już „Main Theme” szczególnie do gusty przypadł mi krótki utwórz brzmiący w tle sceny strzelaniny na posterunku policji.

Get out. *

Słowem podsumowania – film „Terminator” to dla mnie działo nietuzinkowe i bliskie perfekcji, nawet pomimo kilku wad, o których wspomniałem w recenzji. To obraz, który nie zestarzeje się nigdy, a o którego historii powstania można by nakręcić całkiem ciekawy dokument. Wreszcie to obraz, który będzie trafiał do kolejnych rzesz kinomanów, mimo iż dziś wygląda nieco archaicznie. Jest to obraz, który powinien obejrzeć każdy, nie tylko fani science fiction. Cameron udowodnił, że dysponując pomysłem i wiarą w jego realizację można stworzyć coś świetnego, mimo kieszeni wypełnionej „drobnymi”.
Gorąco polecam!

*śródtytuły to oczywiście kwestie, które wypowiada T-800. Gwoli ścisłości – wszystkie jego kwestie w tym filmie.

OCENA :


Harap

 

 

RECENZJE FILMÓW SF >>

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 9 Średnia: 4.9]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz