Film „Sunshine” (W stronę Słońca) Recenzja

Przed premierą „Sunshine” długo oczekiwałem dobrego klasycznego kina Science-Fiction. Rzadkość pojawiania się takich obrazów na dużym ekranie w ostatnich latach jest zastanawiająca, czyżby zapotrzebowanie na filmy tyczące się eksploracji kosmosu drastycznie osłabło? Niedawny sukces filmu „Interstellar” temu przeczy. Wnioskować można, że autorzy boją się podejmować ten temat, wychodząc z założenia, że już wszystko, co można było opowiedzieć w eksploracyjnym S-F, zostało opowiedziane. Boją się powtarzalności i kopiowania wątków? Moim zdaniem to straszna bzdura – wystarczy przejrzeć bowiem dokładnie twórczość jakiegokolwiek pisarza S-F, aby odnaleźć dziesiątki wątków, które nigdy w kinie nie miały zastosowania. Ale skupmy się na „Sunshine”.

 

Tytuł zagraniczny: Sunshine
Tytuł polski: W stronę Słońca
Premiera w Polsce: 13 kwietnia 2007

Reżyseria: Danny Boyle
Scenariusz: Alex Garland

 

Fabuła: Z niewyjaśnionych przyczyn nasze Słońce umiera. Grupa astronautów na pokładzie statku „Icarus II” wyrusza na trudną misję ku Słońcu, by ostatnim desperackim czynem spróbować rozpalić gwiazdę na nowo.
Zacznę od pozytywów.

Film przede wszystkim jest rewelacyjnie zrobiony – zachwyca muzyką, ujęciami i specyficznym klimatem, do którego zdążył już przyzwyczaić reżyser (Danny Boyle) w innych swoich filmach – np. „28 dni później”. Przez mniej więcej 2/3 trwania filmu byłem wręcz zachwycony – nareszcie, latami oczekiwane i bardzo dobre, klasyczne science-ficion!

Wspaniale w filmie przedstawiono zmagania człowieka z przestrzenią, próżnią, bliskością gwiazdy i własnymi słabościami. Jakże brakowało mi filmu, w którym tak jak tutaj mógłbym wręcz fizycznie doświadczyć piękna podróży kosmicznej oraz poczuć ogrom kosmosu i swoją kruchość w stosunku do sił rządzących wszechświatem. Pod tym względem film został zrobiony niemalże idealnie.

Poprzednie dzieła S-F, jakimi uraczyło nas Hollywood to „Misja na Marsa” oraz „Czerwona planeta”. Te filmy jednak nawet nie dorastają do pięt „Sunshine”. W porównaniu do niego są płytkimi, cukierkowatymi, śmiesznymi bajeczkami.
Elementem, który poruszył mnie najbardziej w „Sunshine”, była głębokość przekazu. Autorzy bardziej niż na przesłankach czysto naukowych skupili się na ludzkiej psychice, poddanej potężnemu oddziaływaniu wszechogarniającego kosmosu. Było to ciężkie do przekazania, ale twórcom w dużej mierze się udało. Widać to najmocniej po postaci głównego bohatera, ale przede wszystkim po załogancie, który spędzał godziny na wpatrywaniu się w coraz bliższą tarczę słoneczną. Wizja bliskiej gwiazdy wciągała go coraz bardziej i zmieniała stopniowo przez cały film. W końcówce umiera w pięknej scenie – w symboliczny sposób łącząc się ze swoim bogiem.

Niektóre sceny w filmie powinny przejść do historii kina S-F – np. śmierć głównego kapitana, czy też dramatyczne miotanie się gł. bohatera w nieporęcznym, prześmiesznym, lecz jakże oryginalnym kombinezonie kosmicznym. Scena idealnie oddająca nieporadność i kruchość ludzkiej istoty, oderwanej od przyjaznej ziemskiej grawitacji.

Recenzując film nie sposób pominąć podkładu dźwiękowego i rewelacyjnej muzyki, autorstwa Johna Murphy’ego, elementów bardzo mocno wzbogacających wiele hipnotyzujących scen. Nie będę się tutaj rozpisywał, gdyż ciężko opisać słowami ogrom doznań. Polecam założyć słuchawki, puścić poniższą muzykę, zgasić światło lub zamknąć oczy i na chwilę wcielić się w załoganta Icarusa:

Pora na negatywy, które jednak w żaden sposób nie mogą wpłynąć na i tak bardzo pozytywne odebranie przeze mnie tego filmu.

Napięcie i dramaturgia w filmie rosną stopniowo. Niestety w momencie kiedy powinno nastąpić apogeum emocji – akcja i napięcie niespodziewanie siada, mimo iż na pewno nie zamierzał tego reżyser. Niepotrzebnie wkradł się chaos, zupełnie niepotrzebnie pojawiła się też nowa postać i nagle z dobrego S-F otrzymaliśmy marny thriller, a może nawet słaby horror. Wielka szkoda, gdyż film byłby wręcz idealny, gdyby nie mordowanie pod jego koniec.

„Sunshine” podzielił nieco fanów S-F. Niektórzy, tak jak i ja są zafascynowani sposobem przedstawienia kruchości człowieka w kosmicznej próżni i przymykają oko na aspekty naukowe. Inni niestety skreślają ten film, gdyż uważają, że jest tylko bajeczką, która nie ma prawie żadnych podstaw naukowych. Trudno się nie zgodzić z tym drugim poglądem, mimo wszystko jest on jednak zbyt skrajny.
Fakt, Słońce zaczyna gasnąć nagle i niespodziewanie już za 50 lat. Bzdura totalna. Jest to fizycznie niemożliwe, chyba, że zadziałał jakiś niespodziewany czynnik zewnętrzny, ale o tym w filmie nie ma mowy. Zatem już na samym początku twórcy strzelają sobie samobója.

W dodatku opcja wstrzelenia w Słońce bomby, aby je rozpalić jest również mocno kontrowersyjna, a jeżeli już byłoby to możliwe, pozostaje niemały problem dostarczenia bomby w odpowiednie miejsce. Ludzkość jeszcze długo nie będzie dysponować materiałami to umożliwiającymi, jeżeli kiedykolwiek będzie to w ogóle możliwe.

Do przedstawienia samego statku, jego funkcjonowania, ekosystemu, czy praw rządzących w kosmosie nie można mieć zbyt dużych zastrzeżeń. Oczywiście astronauci na statku poruszają się jak na Ziemi – trochę dziwne, gdyż ruch obrotowy ich statku nie wyzwoliłby aż tak mocnej grawitacji, a jeżeli w podłogach zainstalowano sieć grawitacyjną, to jaka była przyczyna wprowadzania moduły statku w ruch obrotowy? Takich dziwności w filmie jest niestety sporo.

Podsumowując:

Miałem tą przyjemność obejrzeć „Sunshine” w sali kinowej, co na pewno przełożyło się na mocniejsze doznania. Oglądają film w kinie dałem się porwać audio-wizualnej hipnozie twórców.  W jej efekcie kompletnie ignorowałem wszelkie błędy merytoryczne i naiwność pewnych zwrotów akcji, w trakcje seansu były one dla mnie po prostu kompletnie nieistotne. Zauroczył mnie klaustrofobiczny klimat i plastyczność obrazu.
Dopiero pojawienie się nowego członka załogi sprowadziło mnie trochę na ziemię i zdjąłem różowe okulary.
Jak już opadły emocje po seansie, zacząłem dostrzegać błędy. Niemniej i tak ich wykrywanie nie wpłynęło na zadowolenie z seansu. Taką frajdę w kinie po prostu rzadko przeżywam. Boyle trafił do mnie i wiedział jakie struny poruszyć, abym mu wiele wybaczył.

W stronę słońca” to pozycja obowiązkowa dla każdego fana gatunku Science-Fiction. Na taki film czekaliśmy długo! Szczerze polecam, bo nie wiadomo ile lat trzeba będzie czekać na kolejny klasyk tego gatunku.
Przestroga – kto nie jest miłośnikiem S-F może się na „Sunshine” zanudzić i nie zrozumieć go do końca. Osobiście jednak jestem wręcz zafascynowany.

OCENA: 8/10

 

źródła zdjęć: hdwallpapersfactory.com & www.fxguide.com

Dr. Gediman

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 3 Średnia: 5]
Komentarze (10)
Dodaj komentarz
  • Dekard

    i ten dzwiek z Distress Beacon – Icarusa One
    majstersztyk

  • alienps

    Z recenzją prawie w całości się zgadzam. Film kompletnie niedoceniony.
    „Niestety w momencie kiedy powinno nastąpić apogeum emocji – akcja i napięcie niespodziewanie siada, mimo iż na pewno nie zamierzał tego reżyser. Niepotrzebnie wkradł się chaos, zupełnie niepotrzebnie pojawiła się też nowa postać i nagle z dobrego S-F otrzymaliśmy marny thriller, a może nawet słaby horror. Wielka szkoda, gdyż film byłby wręcz idealny, gdyby nie mordowanie pod jego koniec.”
    Co zamierzał reżyser, tego nie wiem, ale dla mnie ten „chaos” jest dopełnieniem właśnie tego kim my jesteśmy jako ludzkość. Od heroizmu i pełnego zrozumienia po poświęcenie do… właśnie chaosu. Dna naszej natury bez względu na sytuację. Oto my – pełni skrajności i totalnie nieprzewidywalni. Wiecznie na ostrzu… brzytwy? Przetrwania?
    Do tej granicy przetrwania, gdy symboliczne „Słońce” zgaśnie zbliżamy się w zastraszającym tempie.
    Pamiętacie film „Solaris” w obu wydaniach? A powieść Lema? Jakieś skojarzenia?

    • AlienHive.pl

      Ciekawa interpretacja, jak popatrzymy w ten sam, alegoryczny sposób – jak najbardziej można się zgodzić.

  • Hubert

    Film z fajnymi scenami – reszta tragedia…
    Co jakiś czas pojawia się kolejna idiotyczna akcja – zawiodłem się na tym filmie.

  • Darek

    tylko mała uwaga:
    w pewnych warunkach gasnące słońce można pobudzić do dalszej 'pracy’ własnie poprzez stworzenie w odpowiednim miejscu(w pobliżu granicy wodoru i helu) gorącego punktu, bomba A się do tego nadaje, pozostaje problem jak tam z nią dotrzeć :))

  • Tommi

    Wspaniały Wspaniały Wspaniały!

  • Robert

    Film jest wspaniały. Długo czekałem na takie dzieło. Obsada jak i muzyka mnie zaczarowały

  • Piotr

    Film wart obejrzenia. Bardzo ciekawy psychologicznie. Co do realiów naukowych – to, że słońce gaśnie, zapalenie gwiazdy reakcją łańcuchową, kombinezony itp. jakoś można wytłumaczyć. Cokolwiek nieprawdopodobne wydaje się 'podlecenie’ tuż nad powierzchnię grawitacyjnego giganta i planowanie powrotu.

    Mimo wszystko, jak w artykule powyżej – film wart grzechu. Polecam też Moon z 2009.

  • Przemek

    Dlaczego Ziemia nie wysłała rakiety tylko grupę idiotów, wyspecjalizowanych tylko w jednej dziedzinie? Kiedy fizyk by zachorował to nikt by nie odpalił ładunku. Kiepsko zaprojektowane skafandry z szczeliną obserwacyjną jak w średniowieczu – w dobie kamer i super materiałów wytrzymujących ogromne temperatury powierzchni Słońca. Okazuje się ponadto, że 'BHP’ nie istnieje i facet musi pływać w chłodziwie w podkoszulku, a w kosmosie okręcony szmatami.Promieniowanie i grawitacja słońca jest nieodczuwalna ? Kubatury pomieszczeń ogromne, a oni problem z tlenem mają (?!)
    To tylko wierzchołek góry idiotyzmów tego pseudo SF.
    Polecam jako komedię!

    • Dr. Gediman

      Trudno się nie zgodzić z przedmówcą, aczkolwiek w niemal każdym przypadku można polemizować – np. nie dysponujemy materiałami mogącymi wytrzymać tak mocne zbliżenie do gwiazdy – zaznaczę, że temperatura korony Słońca może osiągać 1-3 miliona stopni celsjusza, żadne kamery i inne bajery tego nie wytrzymają. Można zrozumieć toporność skafandrów, gdzie ze względu na najgorszą wytrzymałość przezroczystych materiałów, zrobiono tylko minimalny wizjer.
      Niemniej błędów i tak jest bez liku – twórcy filmu w komentarzach próbują się ratować i wiele rzeczy wyjaśniają, chociaż nie zawsze jest to logiczne. Jak zaznaczyłem w tekście – 'Sunshine’ to przede wszystkim niepodrabialny klimat i wizualny majstersztyk, wiele świetnych i symbolicznych scen, doskonała muzyka. Jak skupimy się tylko i wyłącznie na błędach i dziwnościach pseudo-naukowych, których jest w tym filmie cała masa, to faktycznie może wyjść komedia. Tylko dlaczego mamy to robić, nie lepiej skupić się na tym, co film oferuje najlepszego?