Film Interstellar (2014) – Recenzja / Opinia
Christopher Nolan należy do tych twórców, którym w stosunkowo krótkim czasie udało się w hollywodzkiej „Fabryce Snów” osiągnąć naprawdę wiele. Pomimo czerpania wzorców z oklepanych, zdawałoby się schematów, potrafi nadać im indywidualny, intrygujący charakter, tchnąć w nie nowe życie.
Akcja jego filmu „Interstellar” zaczyna się z pozoru zwyczajnie. Ex-pilot wahadłowców kosmicznych Cooper (Matthew McConaughey)prowadzi mało ekscytujący, monotonny żywot farmera hodującego kukurydzę, gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Dopiero z dialogów bohaterów dowiadujemy się, że taki, a nie inny styl życia nie jest świadomym wyborem, a smutną, pragmatyczną koniecznością. Na skutek bliżej niesprecyzowanej, globalnej katastrofy, cała ziemska populacja stanęła wobec klęski głodu. Deprecjacji uległy te umiejętności i wiedza, które nie służą zwiększaniu plonów.
Duże słowa uznania należą się Nolanowi, że zdecydował się budować akcję za pomocą oszczędnych, niemal kameralnych środków artystycznych. Nie widzimy na ekranie monumentalnych, kipiących życiem metropolii. Nie czujemy się przytłoczeni wizją szaleńczego, hedonistycznego społeczeństwa. Brakuje obłędnej feerii barw, neonów, chaosu i niewyobrażalnej ciasnoty zatłoczonych do granic możliwości miast-molochów.
Świat przedstawiony przez Nolana w „Interstellar” jest pozornie utylitarny i uporządkowany, ale pod cienką skorupą normalności wyczuwamy dojmujące poczucie pustki, upadku i rezygnacji. Dni zlewają się w tygodnie. Plony, zasiewy, walka z wszędobylskim pyłem i brakiem perspektyw na jakiekolwiek zmiany. Sekundy, godziny życia. Kto wie, czy taki właśnie obraz – powolnego upadku i pogodzenia się z własnym losem nie jest nawet bardziej dotkliwy przejmujący niż spektakularna, globalna katastrofa. Tam przynajmniej nie umiera się na raty, z twarzą – w niemal alegoryczny sposób skierowaną nie w kosmos, ku gwiazdom, ale w dół – ku ziemi.
Misja ratowania zagrożonej zagładą ludzkości stanowi punkt wyjścia historii, która wiąże w jedną całość dwa, zdawałoby się, odrębne wątki. Głównym wątkiem jest dramat, rozgrywający się tutaj – na Ziemi. I nie chodzi bynajmniej o dramat umierającej cywilizacji, ale o dramat ojca i córki, których okoliczności postawiły przed koniecznością podejmowania decyzji, na które żadne z nich nie jest tak naprawdę gotowe.
Matthew McConaughey wywiązał się z podwójnej roli ojca-astronauty wzorowo. W niektórych scenach co prawda razi nieco przesadną emfazą i patosem, ale z drugiej strony mocna ekspresja sprawia, że dialogi z córką Murph autentycznie chwytają za serce. Tak w ogóle Murph, zarówno jako rezolutna dziesięciolatka (Mackazie Foy) jak i dojrzała, ambitna pani doktor (Jessica Chastain) stanowi doskonałe uzupełnienie dla McCounaughta.
Na przeciwległym biegunie należałoby postawić Michaela Caina, który wypada zwyczajnie blado, i to bynajmniej nie z powodu angielskiej aparycji. Brak mu charyzmy, brak mu pasji i zaangażowania. Jako naukowiec, dyrektor i współtwórca programu ratowania ludzkości jest mało wiarygodny, raczej wypalony i nijaki. Recytowany po raz pierwszy wiersz Dylana Thomasa może i robi wrażenie, ale powtarzany po raz en-ty sprawia wrażenie, że któryś z montażystów wykręcił nam numer i wcisnął klawisz „Replay”.
Reszta ekipy filmu „Interstellar” nie charakteryzuje się może wybitnym kunsztem aktorskim, ale przynajmniej prezentuje solidne, aktorskie rzemiosło.
Wspominając o aktorach, nie można zapomnieć o jakże istotnym elemencie niemal każdego obrazu SF, a mianowicie o robotach. Nie wiem, na ile ich surowy, ascetyczny design jest odzwierciedleniem pomysłów artystów koncepcyjnych, a na ile świadomym krokiem reżysera. Ja osobiście nie doszukuje się tutaj jakichkolwiek odwołań do mistrza gatunku Kubrika, ani paraleli do obrazów z lat osiemdziesiątych. Przynajmniej od czasów „Zakazanej planety” i robota Robby znakomita większość towarzyszących człowiekowi w podboju kosmosu maszyn ma, w mniejszym lub większym stopniu, humanoidalne kształty. Moim zdaniem intencją Nolana było ukazanie robotów jako użytecznych maszyn, a nie kreowanie cybernetycznej zabawki. Pozbawienie robotów ekspresji i ograniczenie ich motoryki do prostych, niemal matematycznych ruchów sprawia, że przekazywane ludziom komunikaty nabierają dogłębnego, przejmującego charakteru. I o ile HAL z „Odysei kosmicznej” przemawiał z manierą kamerdynera z dobrej angielskiej szkoły kamerdynerów, to TARS i CASE przemawiają głosem kamerdynera z dobrej angielskiej szkoły po kilku głębszych. Bywają sarkastyczne, dowcipne, ale, co najważniejsze – niezawodne.
A ile jest cukru w cukrze, czyli „nauki” w tym fantastyczno-naukowym obrazie? Reżyser postawił przed sobą zadanie trudne, by nie rzec, karkołomne. „Twarda” a więc mocno osadzona w naukowych realiach fantastyka naukowa powoli zaczyna być zjawiskiem niszowym. I to zarówno w literaturze, jak i, a może przede wszystkim, w kinie. Kino jest medium dynamicznym, opiera się na obrazach, wrażeniach estetycznych, emocjach towarzyszących wydarzeniom na ekranie. Zawiłe, najeżone fachową terminologią dyskusje dobrze się prezentują na papierze, lecz nie na ekranie.
Współczesne blockbustery, chociaż pretendują do miana SF, są bardziej zbiorem eskapistycznych przygód osadzonych w barwnych scenografiach. Nurt „Young Aldut” już dawno wymknął się ze swoich ram wiekowych, zawłaszczył i zniekształcił SF, zamieniając ją w orgię kolorów, dynamicznych ujęć i wybuchów – wszystko to sprawia że z seansów wychodzimy nieco ogłuszeni, otępiali i kilka godzin zajmuje nam doprowadzenie gałek ocznych do stanu używalności.
Jak już wspomniałem, Nolan w „Interstellar” połączył dwa wątki. Ludzki, ukazujący dramaty i trudne wybory z monumentalnym, zrealizowanym z epickim rozmachem motywem podróży w kosmos. I, co jest bardzo charakterystyczne dla Nolana, następuje zapętlenie się fabuły. Z podobnym mechanizmem mieliśmy do czynienia zarówno w „Prestiżu”, jak i w „Incepcji”. Poszczególne fragmenty historii zachodzą na siebie nawzajem, staja się wypadkową wydarzeń, które miały już miejsce na ekranie, a otwarte, niedomknięte wątki poznajemy wraz z rozwojem akcji. Interakcje pomiędzy kosmonautami a bohaterami pozostawionymi na Ziemi nabierają złożoności, stają się coraz trudniejsze do śledzenia za sprawą deceleracji czasowej.
Scenografia i efekty wizualne są bez zarzutu, co nie powinno dziwić przy produkcji, która pochłonęła 165mln dolarów. Niektórych może razić nieco siermiężny wystrój i wyposażenie zarówno samego statku międzygwiezdnego, jak i lądownika, ale nie zapominajmy, że mamy tutaj do czynienia z „twardym” SF a nie ze space operą, gdzie jedynym ograniczeniem speców od efektów specjalnych jest zasobność budżetu.
Efekty widoczne podczas oglądania „Interstellara” to w głównej mierze nie efekt kreatywności programistów, ale tak naprawdę ciężkiej i długotrwałej pracy koncepcyjnej. W materiałach prasowych podkreślano, że przy powstaniu filmu intensywnie współpracował Kip Thorne – fizyk teoretyczny, będący twórcą jednej z najbardziej wiarygodnych teorii dotyczących mechaniki czarnych dziur i wormholi.
Oczywiście, te i inne zabiegi nie gwarantują poprawności futurologicznej. Nie wiemy, czy podróż wormholem dostarczy nam identycznych wrażeń, jak podczas seansu filmu „Interstellar”. Nie mamy pewności, co tak naprawdę spotkamy po jej drugiej stronie. Niemal na pewno światy, jakie będzie nam dane kiedyś, w odległej przyszłości tam spotkać, będą się różnić od światów które odwiedziliśmy razem z Cooperem i Brand.
Niemniej, film „Interstellar” posiada to coś, co wyróżnia przełomowe obrazy SF – poczucie realizmu, wiarygodności i przeświadczenie, że to, co mamy okazje podziwiać na ekranie nie jest tylko dekoracją i efektem pracy grafików komputerowych. Oczywiście może razić fakt, że naukowcy na pokładzie statku kosmicznego objaśniają sobie nawzajem działanie czarnej dziury za pomocą kartki papieru i ołówka. Takich uproszczeń i truizmów można z pewnością znaleźć więcej, ale, z drugiej strony jak wyjaśnić przeciętnemu zjadaczowi popcornu funkcjonowanie zjawisk fizycznych, skoro większości widzów „Horyzont Zdarzeń” będzie się kojarzył z nazwą wody toaletowej?
Doskonałym uzupełnieniem obrazu jest ścieżka dźwiękowa, a zwłaszcza muzyka Hansa Zimmera, wywołująca skojarzenia z klasykami elektroniki lat osiemdziesiątych, takich jak J.M. Jarre czy Tangerine Dream, która doskonale wpisuje się w klimat filmu. Może momentami staje się ona zbyt monumentalna i patetyczna, niczym radzieckie marsze wojskowe, ale ma to miejsce w naprawdę kluczowych momentach.
Jedynym zgrzytem, który moim zdaniem odbiera „Interstellarowi” miano stuprocentowego obrazu „twardej” SF jest scena podróży Coopera „Horyzontem Zdarzeń”. Zbyt transcendentna, zbyt alegoryczna i symboliczna. Dzięki niej spotykamy w końcu „Ich” Chociaż nie tak do końca… połowicznie i właśnie symbolicznie. Bo oni nie ingerują właściwie w fabułę i konsekwentnie trzymają się poza kadrem. Kim są? Wyższym Bytem? Stwórcą? Świadomością? Tego nie wiemy. Niemniej, to dzięki nim Nolan definitywnie spaja celuloidową Wstęgę Moebiusa i domyka historię. Chociaż nie do końca. Gdy w ostatniej scenie Cooper, jak na rasowego cowboy’a przystało, ponownie rusza w nieznane, uświadamiamy sobie, że takie rzeczy jak miłość, ludzka solidarność i przyjaźń są niezmienne. Co prawda wiernego rumaka zastępuje mu wierny pojazd kosmiczny, a wiernego psa wierny prostopadłościan, ale koniec końców – to SF.
SCIENCE FICTION 2014 – WSZYSTKIE FILMY »
Dla mnie również film genialny. Ponadczasowy zarazem jako film-wyjaśnienie wielu naukowych pojęć (gdzie zrobiono to w zrozumiałej formie) jak i dobre, emocjonalne kino łączące fantastykę z emocjami i uczuciami. Doskonała muzyka, świetnie dopasowana do scen (a niektóre z nich wręcz doskonałe – np. start rakiety z ojcem). Świetne sceny, ujęcia (biblioteka, „struny wymiarów”, zegarek) oraz niezwykłe, wizjonerskie wręcz ukazanie świata przyszłości (sztuczne słońca, słońce) oraz tego jak jeden człowiek swoim działaniem może zmienić nie tylko losy świata ale wręcz kosmosu ;-) (genialny Matthew i wcale nie gorsze role córki granej przez dwie kobiety, obie zagrały świetnie) Jak dla mnie „Interstellar” to jeden z niewielu filmów zasługujący na ocenę 10/10 (podobie jak „Arrival”).
Nie miałem wobec tego filmu wielkich nadziei bo w tej klasie rozgrywkowej dobre sci-fi po prostu nie może powstać. Od pierwszych minut czuć od tego tego filmu potężnym budżetem i płytką, dostosowaną do masowego odbiorcy, treścią. Gmach chwieje się w posadach od samego początku i wali się z hukiem kiedy na scenę wkracza „pierwiastek boski”. To jest film o „bozi” ubrany w piękny z wierzchu; ale wykonany z tandetnych materiałów kostium kosmonauty. Film poglądowy do opinii z pierwszego zdania.
Recenzja dobra , ale nie do końca :) Jako fanatyk kina SF od 40 lat , oglądając i czytając to co możliwe , Intersellar jest filmem ponad poziomem . Ma niedociągnięcia techniczne , momentami jest infantylny , ale sam w sobie genialny . Zakrzywienie przestrzeni i czasu – mało kto na to się porywa używając całkiem rozsądnych form i często logicznych . Pętla Mobiusa jest w wielu formach porównywana do Alfy i Omegi , nawet w archaicznym Nekroskopie . Oni to my , jest w filmie powiedziane , ale za tysiące lat w innym czasie, a może i rzeczywistości .
Pozwolę sobie przypomnieć polski komiks „Funky Koval” , jak to Dritt ( możliwy błąd w pisowni ) – obcy , którzy przyjęli dla nas wygląd przedziwnych sarkastycznych zaawansowanych technologicznie pasikoników powiedział : ” Gdybyście mieli naszą technologię , dorównalibyście bóstwom swego świata” . Reasumując film obejrzałem 20-30 razy . I jeszcze niebawem mam zamiar go wrzucić na szklany ekran , na którym i tak ostatnio coraz więcej gniotów .
Pozdrawiam serdecznie jako fan
„Les Mondes engloutis” , „Szninkiel” i „Funky Koval”
Amigo .