- Tytuł filmu: Doom
- Reżyseria: Andrzej Bartkowiak
- Rok produkcji: 2005
- Kraj produkcji: USA
- Czas trwania: 105 minut
- Zwiastun / trailer ⇓
Rok 1993 w świecie gier komputerowych był przełomowy ze względu na premiery dwóch niezwykle istotnych produkcji: „Mortal Kombat” i „Doom”. Obie gry okazały się ogromnymi sukcesami komercyjnymi, i – co mnie osobiście bardzo cieszy – obie przeżywają obecnie swoisty renesans. Obie przeniesiono również na srebrny ekran. I o ile pierwszy ‘MK’ okazał się sporym sukcesem, o tyle film „Doom” … O tym, co było z „dumem” dowiesz się, drogi czytelniku, z niniejszej recenzji.
Film Doom (2005) – Recenzja / Opinia
Na początku wrócę na chwilę do roku 1993, w którym to gra „Doom” sprzedawała się świetnie. Chłopaki z id Software, oprócz tego, że byli grupą dość… hmm… specyficznych osobowości (w tym miejscu gorąco polecam książkę „Masters of Doom” traktującą o historii wspomnianego studia), to mieli jeszcze łby na karkach. Uznali bowiem, że mogą zarobić na swoim dziecku jeszcze więcej i sprzedali prawa do ekranizacji wytwórni filmowej – Universal. Warto tutaj nadmienić, że Universal następnie odsprzedał prawa Columbia Pictures.
Pierwotnie film „Doom” miał trafić na ekrany kin w 1999 roku, a głównego bohatera miał odgrywać nie byle kto, bo sam Arnold Schwarzenegger. Niestety, coś po drodze nie wyszło i ostatecznie obraz trafił do kin w połowie pierwszej dekady XXI wieku. Na datę premiery na pewno wpływ miała trzecia cześć gry wydana w 2004 roku, będąca jednocześnie swoistym remakiem pierwszej, przez co w „dziele” Bartkowiaka widzimy sporo nawiązań do „Doom 3”.
Fabuła gier „Doom” oraz „Doom 3” opowiadała o nieudanym eksperymencie z teleportacją w wykonaniu korporacji UAC. Przy użyciu portalu otwartego przez naukowców demony miały znaleźć bazę na Marsie, z której zamierzały przedostać się na Ziemię.
Głupie? Owszem, ale jednocześnie idealnie nadające sią na akcyjniaka klasy B.
Niestety, odpowiedzialni za scenariusz filmu, Wesley Strick i Dave Callaham, uznali, że stworzą coś ambitniejszego. Zamiast inwazji sił piekielnych dali widzom starożytną chorobę, która – w zależności od charakteru zainfekowanego – zmienia go w super herosa albo potwora.
Zamiast samotnego i małomównego marine, w filmie mamy cały oddział. Jedyne co w filmie „Doom” zgadza się z grami, to nazwa korporacji (wspomniane UAC) i Mars jako miejsce akcji. Czyli, krótko mówiąc – dumni scenarzyści dali widzom kolejny klon „Aliens” Camerona, zmodyfikowany na tyle, żeby jakoś tam dało się podpiąć go pod głośną premierę gry.
Jednak same odstępstwa od materiału źródłowego nie są z samego założenia złe, a czasem, przy przekładaniu gry czy książki na język filmu, bywają wręcz niezbędne. Niestety, w opisywanym przypadku to kompletnie nie działa, tym bardziej, że, od czasu do czasu pojawiają się tutaj jakieś teksty o piekle, pasujące do przedstawianej historii jak przysłowiowa pięść do nosa. Pod względem fabularnym film „Doom” prezentuje się beznadziejnie.
W kwestii efektów specjalnych doświadczamy sinusoidy – z jednej strony mamy całkiem fajne efekty związane ze ściano-drzwiami (w filmie nazywanymi nanościanami, które działają w ten sposób, że po wciśnięciu przycisku fragment muru czy stali na chwilę dematerializuje się pozwalając przejść), czy wystrzałem z kultowego BFG (oczywiście, żeby uniknąć kontrowersji w filmie zmieniono nazwę z Big Fucking Gun na Bio Force Gun), a z drugiej strony mamy gościa w gumowym, galaretowatym kombinezonie udającego impa. Jest bardzo nierówno i np. starsze o rok „Kroniki Riddicka”, które też budżetem nie grzeszyły, wypadają znacznie lepiej. W tym akapicie muszę jeszcze wspomnieć o największym plusie filmu „Doom”, jakim jest ok. dziesięciominutowa scena nagrywana z perspektywy pierwszej osoby. O ile za cały film Bartkowiakowi należą się srogie baty, o tyle, za tą jedną scenę można go nawet pochwalić.
Co do gry aktorskiej i obsady filmu „Doom”… Pierwszy (i chyba jedyny) raz w historii kariery Dwayne’a Johnsona możemy go zobaczyć w roli antagonisty. Wyszło to zabawnie, bo z The Rocka taki jest aktor, jak nie przymierzając z Arniego. Po Johnsonie po prostu widać, że jest sympatycznym gościem i groźne miny w jego wykonaniu powodują raczej salwę serdecznego śmiechu, niż jeżenie się włosów.
Karl Urban jak zawsze w akcyjniakach spisuje się całkiem ok. Rosamund Pike cieszy oko aparycją i stara się wykrzesać z siebie jakiś dramatyzm. Reszta aktorów to tylko tło i nawet nie ma sensu o nich wspominać.
W kwestii udźwiękowienia i muzyki – montaż dźwięku jest przyzwoity, karabiny terkoczą jak powinny, BFG dudni basem, impy i rycerze piekieł warczą tak jak powinny. Pod tym względem jest dobrze. Muzyka jakaś tam w filmie występuje, ale przecież growy pierwowzór dysponował genialną ścieżką dźwiękową, którą można by świetnie zaadaptować na potrzeby filmu. Szczególnie boli to w przypadku wspomnianej już sceny w FPP, która aż prosi się o utwór przygrywający na mapie E1M1. Tymczasem otrzymaliśmy tutaj jakieś niewydarzone „plumkanie”.
Wypadałoby teraz jakoś podsumować całą recenzję.
Czy film „Doom” jest dobrą adaptacją gry o tym samym tytule? Nie, nie jest. Jest beznadziejną adaptacją. Czym zatem jest? Kolejnym słabym klonem „Aliens”, podpiętym na szybkości pod znaną franczyznę, żeby wyciągnąć pieniądze od fanów gry. Na pewno nie polecam produkcji Bartkowiaka fanom gry, bo rozwiązania fabularne mogą być dla nich kompletnie nieprzyswajalne. Jeśli natomiast ktoś nie jest fanem produkcji id Software, a drugą część „Obcego” zna na pamięć i chciałby zobaczyć coś innego w podobnym klimacie – wtedy może poświęcić te 145 minut swojego cennego czasu na zapoznanie się z recenzowanym obrazem. Ale musi też przy tym pamiętać, że te 145 minut może spędzić na 145 innych, lepszych sposobów.
Porównując film Doom do innych adaptacji gier komputerowych, wypada całkiem przyzwoicie. Trudno ze strzelanki komputerowej zrobić film zadowalający wszystkich krytyków. Przede wszystkim wielkim plusem jest wyważony klimat filmu, zręcznie balansujący między horrorem a filmem akcji. W kinie oglądało się całkiem przyjemnie, w domu ogląda się przyjmnie tylko gdy inni śpią. Film nie nudzi rozmyślaniami i retrospekcjami. Efekty specjalne jak na rok 2005 da się przełknąć z przymrużeniem oka. Gra aktorska z wyraźnie zarysowanymi postaciami, dialogi może nie najwyższych lotów – w końcu to oddział do zadań specjalnych. Pomysł na fabułę ciekawy – temat wirusa rozpoznającego dobro i zło jest całkiem interesujący i na szczęście debata na ten temat kończy się dość szybko. Mam nadzieję, że się nie zniechęcą krytyką krytyków i kiedyś zobaczę wierną adaptację Doom 2016 i Doom Eternal w kinie.