„Aliens: Fireteam Elite” (2021/2022) po roku od premiery [dodatek do recenzji]

Minął rok od premiery gry „Aliens: Fireteam Elite”. Wracam do tego tematu, aby sprawdzić, co się w tym czasie zmieniło się w grze, co w niej zostało dodane oraz czy nie uległa zmianie moja opinia na temat tej produkcji.

Od razu muszę też zaznaczyć, że to najprawdopodobniej nie jest ostatnia część tekstu na temat tej gry i wszystko wskazuje na to, że spotkamy się ponownie za rok. Tych z Was, którzy z jakiegoś powodu nie czytali mojej ubiegłorocznej recenzji, zachęcam do zapoznania się z nią, abym tutaj nie musiał pewnych kwestii powtarzać.

 

GRA ALIENS: FIRETEAM ELITE – RECENZJA, cz. 2

 

Najlepiej zacząć od dania głównego jakim jest oficjalny, płatny dodatek Aliens: Fireteam ElitePathogen”.

Niestety plan Cold Iron Studios odnośnie dodatków od początku był trochę niejasny.
Rok temu zaprezentowano bowiem „roadmap” sezonów na cały rok, ale w bardzo ogólnej formie i bez żadnych szczegółów. Wiadomo było tylko, kiedy mniej więcej pojawią się sezony i jakie ilości danej kategorii będą zawierać (np. 3 nowe bronie i 2 nowe, bliżej nieznane, tryby). Wielu z nas łudziło się, że wśród tych dodatków musi być rozszerzenie fabularne. Wyjściowa ilość kampanii (4, po 3 poziomy każdy) była niewielka i kończyła się cliffhangerem. Jak się okazało, żaden z tych sezonów nie zawierał upragnionej aktualizacji. Dopiero po wypuszczeniu ostatniego sezonu (w czerwcu), Cold Iron ogłosili, że fabularne rozszerzenie w istocie nadchodzi, ale w formie płatnego dodatku. Dodatek „Pathogen” (cena 69 zł – podobna dla każdej platformy) miał premierę 30-tego sierpnia.
Przyznam, że jestem tu rozdarty. Z jednej strony, Cold Iron to małe studio developerskie o ograniczonych możliwościach i zasobach. Aby pracować nad grą musieli w końcu pobrać więcej kasy od graczy. Z drugiej strony… i tu zacznie się wyliczanka…

 

Podstawowa wersja „Aliens: Fireteam Elite” na PS4 kosztowała mnie 169 zł, zatem niewiele w porównaniu z premierowymi tytułami na tę konsolę. Miało to jednak odzwierciedlenie w zawartości, która była dosyć skromna. Fabularny tryb to, jak wspomniałem wcześniej, 4 kampanie po 3 levele. Łącznie jest to ok. 4 godzin grania. To naprawdę mało. Oczywiście, gra oferuje kilka poziomów trudności – na tym etapie i po kilku sezonach ich liczba wynosi 5 (Casual, Standard, Intense, Extreme, Insane). Różnice polegają niestety głównie na tym, że przeciwnicy występują w większej ilości i są coraz bardziej odporni na nasz ostrzał. Przedmiotów jest coraz mniej, ginie się łatwiej… poza tym te poziomy są dokładnie takie same. Gra solo, czyli w towarzystwie botów-androidów, szybko robi się nudna, nie mówiąc o tym, że same boty nie są zbyt rozgarnięte i przebijanie się z nimi przez kolejne levele na wyższych poziomach trudności, to mordęga.

Oczywiście prym wiedzie gra online z pozostałymi graczami. Jednak trzeba się tutaj liczyć z dodatkowymi kosztami, ponieważ niezbędne jest PS Plus (w przypadku PlayStation, na którym gram), jak oczywiście odpowiednia, bliźniacza platforma dla Xboxa. Na PC gra się chyba za darmo, ale nie miałem przyjemności sprawdzić.
Pisałem w ubiegłym roku, że dla ludzi kochających tego typu rozgrywkę online, Fireteam będzie zabawą na wiele miesięcy, ale dla innych (np. dla mnie) już niekoniecznie. I tak to niestety w praktyce wyglądało. Po dwóch miesiącach względnie regularnej zabawy, gra mnie znudziła i wracałem do niej tylko przy premierach kolejnych sezonów. W ich ramach nie pojawiały się szczególnie atrakcyjne dla mnie rzeczy, były to głównie nowe klasy marines, nowe bronie i przedmioty, stroje, kalkomania, itd. Rzadziej pojawiały się nowe tryby gry, a dokładnie Point Defense i Restock Turrets.

Skończyło się na tym, że włączałem sobie Fireteam po aktualizacji, grałem jakiś jeden poziom, lub nowy tryb, rzucałem szybko okiem do wewnętrznego sklepu ze sprzętem i odkładałem grę na kolejne długie miesiące. Wiedziałem jednak, że musi nadejść aktualizacja trybu fabularnego. W końcu stało się to faktem, jednak szczerze mówiąc, spodziewałem się po tym więcej.

Dodatek „Pathogen” kosztuje nas 69 zł, czyli 100 zł mniej niż cała podstawowa wersja gry na premierę. Wydaje się, że za takie pieniądze powinniśmy dostać przynajmniej drugie tyle kampanii. Tymczasem, dostajemy tylko JEDNĄ kampanię z trzema poziomami. Poza tym standardowy zestaw nowych broni, znaczków, perków, emotek, itd. Nowa kampania nazywa się „Promise of a Flower” i w jej ramach dostajemy niewiele ponad godzinę zabawy. Nie chcę marudzić, ale to jest naprawdę mało za te pieniądze. Do tego, całość kończy się kolejnym cliffhangerem (cały czas czekamy na pojawienie się Weyland-Yutani, którzy już od zakończenia zeszłorocznych kampanii, są „w drodze”). Możemy zatem już szykować się na kolejne i jak najbardziej płatne, dodatki w przyszłości.

Najkorzystniej wychodzi to wszystko tym, którzy wstrzymali się z kupnem „Fireteam” i teraz nabyli zestaw z dodatkiem. Jeszcze korzystniej będzie poczekać, aż Cold Iron wypuszczą wszystkie dodatki. Jeśli komuś się nie spieszy, to wygrywa. Osobiście nie chciałem czekać. Teraz muszę płacić sporo kasy, zresztą przerabiałem to już z „Mortal Kombat 11„, które co pół roku miało jakiś płatny dodatek. Niestety, proszę państwa, takie są czasy. W 2014 r. dostaliśmy „Alien: Isolation” w całości. Płatne DLC nie miały związku z głównym trybem fabularnym i zdecydowanie były warte swojej ceny. Gra „Aliens: Fireteam” to produkcja, która będzie rozwijana latami i przy okazji premiery tak naprawdę nie wiedzieliśmy w co się pakujemy. Niestety po roku, nadal nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że wiem w co się wpakowałem.

 

Jak wygląda skromna zawartość dodatku „Pathogen”?
Zostajemy ponownie wysłani na księżyc planety Katanga, ponieważ wykryto tam zmutowane Ksenomorfy. Na miejscu trafiamy prosto do opuszczonej świątyni Inżynierów. Po raz kolejny muszę pochwalić Cold Iron Studios za korzystanie z tematyki poruszonej w prequelach. Te filmy stały się prawdziwym pariasem kanonu Obcego – wszyscy boją się z nich czerpać, bo przecież fani ich nie lubią. To nie jest do końca prawda i developerzy pokazali, że można w ciekawy sposób połączyć stare z nowym, godząc się na obecność prequeli w kanonie.

Świątynia Inżynierów robi spore wrażenie. Dbałość o szczegóły landszaftu jest większa niż niektórzy będą w stanie docenić, prując przez te poziomy byle tylko nie stać się ofiarą kolejnego respawnu Obcych. Czytając opinie hardcorowych fanów „Fireteam”, widzę wiele życzliwych słów na temat designu i wyglądu tych leveli. Ludzie widzą i doceniają, nawet jeśli to garstka osób. Mnie też zdarzało się zatrzymać i po prostu pooglądać efekty pracy grafików z Cold Iron, a naprawdę jest na co popatrzeć. Polecam wrzucić najniższy poziom trudności i spędzić trochę czasu na zwiedzaniu.

Jeśli chodzi o wrogów, to pojawia nowa rasa Ksenów zakażona patogenem. Mieliśmy już wcześniej małą zapowiedź w postaci patogenowych zombie, to teraz mamy już pełną gamę Obcych. To nie tylko albinosowe wersje tego, co znamy, lecz zupełnie nowe potwory, różniące się wyglądem, siłą i atakami. Zakażone Ksenomorfy nie są przyjaźnie nastawione do swoich klasycznych pobratymców, a ponieważ są od nich znacznie potężniejsze, to równo ich masakrują. Nam pozostaje przedzierać się przez tę wojnę.

Na samym końcu czeka nas natomiast walka z Królową. NARESZCIE. Ci z Was, którzy grali, lub nawet czytali tylko moją recenzję sprzed roku, wiedzą, że na końcu czwartej kampanii czeka na nas Królowa Obcych. Jednak wtedy nie walczyliśmy z nią, a jedynie uciekamy. „Promise of a Flower” oferuje coś w rodzaju nagrody pocieszenia, bo ostatnim bossem rzeczywiście jest Królowa, tyle tylko, że patogenowa. Charakteryzuje ją, między innymi, brak możliwości rozpłodowych, co sprawia, że stwór jest jeszcze agresywniejszy, szybszy i kompletnie nieobliczalny.

Walka z patogenową Królową to chaos. Biega i skacze z dużą prędkością, zadaje silne ciosy. Posiada również pancerz, który sprawia, że musimy się celnie nastrzelać w jej kierunku. Oprócz niej, na „arenie” atakują nas pozostałe zakażone Kseonomorfy. Nie będę dawał Wam żadnych rad, bo się tylko wygłupię. Nie jestem dobry w tę grę i moją strategią było dotrzeć jakoś do końca z pełnym zestawem działek samonaprowadzanych (kupionych przed misją), a następnie ustawić je i liczyć, że odciążą mnie na tyle, żeby ubić bossa. Dodam, że udało mi się to z udziałem botów (nie miałem innego wyjścia).

 

I tu dochodzimy do zasadniczego problemu, o którym wcześniej nie wspomniałem – NIE MA Z KIM GRAĆ.
Dramatyzmu niech doda fakt, że wraz z czwartym sezonem umożliwiono crossplay. Dla tych, którzy nie wiedzą czym to jest – crossplay umożliwia grę międzyplatformową, zatem razem mogą ze sobą grać posiadacze plejek, xboksów i PC. Był to odzew na ubolewanie graczy, że nie ma z kim grać. Problem w tym, że nadal nie ma z kim grać…
Jednego dnia wszedłem do gry z zamiarem gry online. Po około trzydziestu minutach dołączył jeden gracz, po kolejnych piętnastu drugi i mieliśmy komplet. To był wyższy poziom trudności, bo na niższych nawet nie ma co szukać współgraczy. Mówiąc krótko, nie szło nam. Pomyślałem, że może znajdę kogoś innego do gry, ale nie, parowało mnie cały czas z tą samą dwójką. Następnego dnia wchodzę, odpalam matchmaking i w śmiech, bo znowu mnie paruje z tym samym gościem. Trzeciego nie mogliśmy znaleźć, więc daliśmy sobie spokój. Zostałem zmuszony do grania i przejścia kampanii z botami. Problem polega na tym, że sezonowi gracze dawno temu darowali sobie już „Fireteam”, a ci którzy się w tej rozgrywce zakochali, grają na najwyższych poziomach trudności, bo i za to dostaje się lepsze nagrody. Tym samym, coraz trudniej świeżakom znaleźć kogoś do zabawy, chyba, że umówicie się wcześniej ze znajomymi. I to w zasadzie powoduje największy rozłam w „Aliens: Fireteam”.

Poczytałem trochę, co mają do napisania ludzie kochający tę grę (np. na Reddicie). Pochwałom nie ma końca. Fanatycy dziwią się, że ludzie narzekają na cenę dodatku. Na problem braku graczy tylko wzruszają ramionami, bo oni mają z kim grać. Wszyscy, którzy zakochali się w tym modelu rozgrywki, siedzą na najwyższych poziomach trudności grając grubo dopakowanymi postaciami (na bronie, pancerze itd., których oni używają, musiałbym chyba zbierać pół roku), bawiąc się w swoim towarzystwie (np. w klanach). Ci ludzie nadal bawią się świetnie, mają co robić w tej grze, z kim grać.
Natomiast ludzie tacy jak ja, nie mają żadnej szansy żeby ich dogonić, zresztą nie mam nawet ochoty, ani czasu, aby spędzać tyle godzin przy tej produkcji.

Wiem, że takich jak ja jest więcej, co też stawia pytanie – gdzie są ci wszyscy mniej zaawansowani ludzie? Cóż – grają, ale w swoim czasie i nie siedzą nad „Fireteam” codziennie po kilka godzin. Część pewnie się zniechęca i odpuszcza, albo gra z botami żeby się nie narażać na gniew bardziej doświadczonych zawodników, którzy nie lubią ciągać za sobą nieumiałków. Realia są brutalne niczym patogenowa Królowa. Mimo wszystko, uważam że dałoby się coś zrobić, żeby tę rozgrywkę trochę urozmaicić i to zarówno mniej hardcorowym graczom, jak i tym, którzy po prostu wolą grać na singlu. Botów z trybu dla pojedynczego gracza koniecznie należałoby poprawić i to drastycznie, boli, że przez rok czasu niewiele się tutaj zmieniło. Warto wspomnieć, że część graczy (tu już niezależnie od doświadczenia i chęci gry) skarży się też na liczne bugi, z którymi dev-team nie jest w stanie sobie poradzić od wielu, wielu miesięcy…

 

Powiem szczerze – głowa mnie już boli od myślenia na temat tej gry.
Ci z Was, którzy nieprzerwanie od premiery bawili się w „Aliens: Fireteam Elite”, nie potrzebują nawet czytać tego tekstu. Zapewne jesteście na bieżąco w kwestii nowinek i dobrze się bawicie, macie z kim grać, wszystko jest super. Cieszę się niezmiernie Waszym szczęściem (to nie jest sarkazm). Pozostała część graczy, która włącza tę produkcję od święta (czyt. od aktualizacji) może wyciągnąć własne wnioski z tego co napisałem. Jeśli tak jak ja, nie potraficie się wciągnąć w tą grę na naprawdę długie godziny, przytłacza Was ilość mikrododatków do broni, pancerzy, itd., nie czujecie się szczególnie w domu podczas nieustającego strzelania we wszystko co się rusza, to kupujecie „Pathogen” na własne życzenie i ryzyko.

Przyjdzie taki moment, może za rok, może za dwa, że „Fireteam Elite” zostanie wydany w jakieś wersji z dopiskiem „complete”. Obecna wersja Ultimate (podstawa + dodatek) kosztuje 269 zł (aktualnie przeceniona na 188,30 zł) więc więcej niż oba te komponenty zakupione osobno. Coś tam jest dorzucone, jak przepustki sezonowe, pakiety, zakładam że jakieś bronie, itd.
W podobnej cenie będzie pewnie można kupić edycję, która będzie zawierała wszystko to, co już jest dostępne teraz oraz to, czego jeszcze nie dorzucono. Wtedy będzie dobry moment, aby ci z Was, którzy wahają się z zakupem gry od jej premiery, mogli zakupić „Fireteam”.

Ja kupiłem „Pahtogen”, choćby z uwagi na fakt, że obiecałem Wam ten uzupełniający tekst (kolejne również obiecuję). Nie będę jednak ukrywał, że jestem rozczarowany. Może to po prostu nie jest gra dla mnie. Mimo wszystko lubię jednak sobie czasem w to pograć. Lubię ten klimat, podoba mi się design i wykonanie leveli oraz raz na jakiś czas mam ochotę trochę sobie postrzelać do tych Obcych. Nawet tryb fabularny potrafi być całkiem wciągający. Pamiętam kiedy w wieczór premiery, rok temu, ktoś napisał komentarz, że nie może się doczekać aż zasiądzie za sterami power loadera, którego widzimy w lobby. Do tej pory takich atrakcji w grze nie ma i być może nie będzie. Szkoda.

Podtrzymuję moją ocenę sprzed roku (3 alieny na 4), chociaż niebezpiecznie zaczyna ona się przechylać w stronę dwójki (z subiektywnego punktu widzenia już tam jest).
Zapraszam Was za rok na kolejny dodatek, ale do recenzji. Ze swojej strony mogę obiecać, że będzie darmowy ;).

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 7 Średnia: 4.4]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz