7 lat po ostatniej pełnoprawnej grze z Obcymi („Alien: Isolation”), dostaliśmy w końcu nową produkcję z tego świata. Tymczasem ja, zamiast skupiać się na opisie samej rozgrywki, muszę się zastanawiać jak ugryźć model wydawniczy, w ramach którego wydano „Aliens: Fireteam Elite”.
GRA ALIEN: FIRETEAM ELITE – RECENZJA
Publikując na łamach Alien Hive nie miałem jeszcze do czynienia z takim produktem – z premedytacją nieskończonym i przez to trudnym do ocenienia. Kiedy piszę te słowa, wystartował pierwszy „sezon” (z czterech) w grze „Aliens: Fireteam Elite”. Póki co, w jego ramach otrzymaliśmy nową klasę marines i kilka nowych typów broni, zbroi itd. Twórcy obiecują nie tylko tego typu dodatki, ale kontynuację części fabularnej i dodatkowe tryby. Podejrzewam, że sezony będą wychodzić w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Zaznaczam, że całość zawiera się w cenie podstawowej wersji, zatem nie będziemy musieli płacić za te rozszerzenia (co nie znaczy, że inne dostępne dodatki również będą bezpłatne). O ile wszystko to zapowiada się nieźle, to na ten moment gramy w najbardziej podstawową formę tej produkcji. A ta jest jednak dosyć uboga.
Cold Iron Studios, developerzy odpowiedzialni za „Aliens: Fireteam Elite”, rozpoczęli pracę nad nią już w 2016 roku. W międzyczasie, studio przechodziło z rąk do rąk (podobnie jak IP Obcego) i na pewnym etapie wydawało się, że nic z tego nie będzie. Na szczęście praca Cold Iron nie poszła na marne. Jak część z Was wie, co zresztą wynika jednoznacznie z mojej recenzji sprzed trzech lat „Alien Isolation”, to jedna z moich gier życia i tutaj nic się nie zmieniło. To, moim zdaniem, najlepsza produkcja o Obcym. Oglądając trailery Fireteam, wiedziałem czego będzie można po nim oczekiwać i nie nastawiałem się w żadnym wypadku na drugie Isolation. Nie będzie zatem krytyki nowej gry za to, czym zwyczajnie nie jest.
Gra „Aliens: Fireteam Elite” miała swoją premierę w sierpniu. Na wstępie warto zwrócić uwagę na cenę, ponieważ jest ona tania. Za cyfrową wersję na PlayStation 4 (na takiej platformie gram) zapłaciłem 169zł (wersja Deluxe ze wszystkimi płatnymi dodatkami kosztuje 289zł), a wersję pudełkową można kupić nawet za 150zł. Zazwyczaj wysokobudżetowe premiery na tę konsolę kosztują około 299 zł za wersje podstawowe. Widać, że gra jest sprzedawana jako produkt niższej półki, mimo że dźwiga znane i szanowane IP. Niestety są ku temu powody.
WRACAMY DO STAREJ SZKOŁY
Gra „Aliens: Fireteam Elite” to połączenie klasycznej strzelanki z grą w stylu arcade shooter/beatemup, czyli chodzonych bijatyk jakie znamy ze starych automatów. Całość z olbrzymim naciskiem na tryb kooperacji. W rzeczywistości, nie mamy możliwości gry w pojedynkę, bo nawet jeśli gramy offline, towarzyszyć nam będą boty (w postaci androidów marines). Do dyspozycji mamy tryb fabularny, w ramach którego otrzymujemy cztery kampanie, każda zawierająca 3 levele. Przejście jednego zajmuje około 20 minut, co daje nam około 4 godzin gry na cały tryb. Nie jest to dużo.
Developerzy obiecują dodatkowe kampanie kontynuujące wątek fabularny (co zresztą jest zasugerowane w dosyć nagłym zakończeniu), ale to dopiero przyszłość, a gracze muszą zadowolić się teraz tym, co jest. To jest jeden z powodów, dla których trudno mi sprawiedliwie ocenić „Aliens: Fireteam Elite”, ponieważ nie znam nawet całości fabuły, a przecież nie będę czekał z recenzją do 2022 roku. Nawet nie chodzi do końca o fabułę – wiadomo, że to nie taki rodzaj gry – ale o wszystko to, co ludzie dostaną do zabawy w ramach jej kontynuacji.
Mimo wszystko, historia może zaciekawić.
Jest bowiem rok 2202, 23 lata po Alien 3. Wojskowy statek USS Endeavor przechwytuje sygnał SOS z opuszczonej rafinerii Katanga, znajdującej się na księżycu orbitującym wokół planety LV-895. Wysłany tam oddział marines odkrywa, że cała planeta, na której znajdują się ruiny świątyni Inżynierów, służyła korporacji Weyland-Yutani (niespodzianka) do rozmnażania Ksenomorfów i eksperymentowania na nich z substancją zwaną „Patogenem”, która powoduje mutacje. Dowództwo postanawia zgłębić tajemnice jakie kryje LV-895 i podjąć próbę unicestwienia Obcych.
Fabuła „Aliens: Fireteam Elite” przypomina mi trochę gry i komiksy z lat 80 i 90, tak szalone, że aż fajne. Nie ma tu nic zbytnio oryginalnego, ani wyniosłego, ale jednocześnie trudno opanować ciekawość jak to wszystko w grze wygląda. Znawcy Obcego docenią porozrzucane po kampaniach smaczki. Będą to zarówno drobne easter eggi w postaci komentarzy, nazwisk, nazw, jak i nieco większe atrakcje.
Fireteam to chyba pierwsza duża gra o Obcym, która nie wstydzi się prequeli Ridleya Scotta. Opuszczona świątynia Inżynierów wygląda fantastycznie. Twórcy wzięli z „Prometeusza” to, co było w nim najciekawsze, i przenieśli do gry. Fani Isolation ucieszą się z powrotu słynnych androidów Working Joe. Najwięcej odniesień jest oczywiście do „Aliens”. Trzeba przyznać, że w kwestii fan-service’u Cold Iron Studios się postarali. Widać, że to fani Obcych i mimo że fabuła niczym nie zaskakuje (przynajmniej w obecnej formie), to czuć miłość twórców do tematu. W końcu studio powstało po to, żeby zrobić tę grę. Z nowości, cieszą przeróżne mutacje Obcych, o których napisze więcej w dalszej części tekstu.
Tak, jak wspomniałem wcześniej, historia kończy się poważnym cliffhangerem. Kiedyś oznaczałoby to, że musimy czekać na „Aliens: Fireteam 2”, ale to już nie te czasy. Dalsza część trybu fabularnego (czyli w domyśle kolejne kampanie) zostaną dodane razem z kolejnymi sezonami. Zdaję sobie zatem sprawę, że recenzuję tutaj pewien urywek opowieści i być może Cold Iron mocno nas jeszcze zaskoczą. Niemniej, nawet jeśli pozostała część fabuły będzie równie prosta, nadal niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.
DO KOLONIALNYCH MARINES WSTĄPIĆ CHCIAŁEM
Głównego bohatera w grze tworzymy sami, zatem jesteśmy nim po prostu my.
Na pokładzie USS Endeavor otaczają nas natomiast mniej lub bardziej stereotypowi marines. Część załogi ma nawet jakąś historię i pojawiła się już w świecie Obcego, np. Olivia Shipp (bohaterka wydanej w 2019 r. książki „Alien: Echo”) lub Timothy Hoenikker (który pojawił się w książce „Alien: Infiltration”, oficjalnym prequelu gry). Oprócz nich, zdecydowanie wyróżnia się Esther, pokładowy android, która przekazuje nam wszystkie potrzebne informacje i z wyglądu przypomina odrobinę Ripley (ale może tylko mi). Alfa i Delta to dwa androidy wyprodukowane przez Seegson (więc w stylu Pracujących Józków). Jeżeli lubicie grać solo, to spędzicie z nimi sporo czasu, bo wskakują w sloty przeznaczone w trybie online dla graczy.
Naszą postać możemy rozwijać na różne sposoby. Za ukończone poziomy otrzymujemy punkty doświadczenia oraz lokalną walutę, którą możemy spożytkować na nowe bronie, osprzęt, naboje, zbroje oraz materiały pomocnicze, takie jak automatyczne działka (takie jak w „Aliens”), specjalne sondy, miny, itd. Zestaw możemy konstruować po swojemu. Z biegiem czasu, dostępna będzie coraz większa ilość ciekawych przedmiotów, ale żeby je zdobyć, będzie trzeba spędzić wiele godzin w grze (za niektóre, jeśli jesteśmy leniwi lub niecierpliwi, możemy zapłacić prawdziwymi pieniędzmi).
Tryb fabularny zawiera w tym momencie cztery kampanie po 3 levele każdy. Do wyboru są trzy poziomy trudności.
Rozgrywka prezentuje się dosyć standardowo – biegniemy razem z towarzyszami (AI lub graczami online) od punktu A do B, atakowani po drodze przez Kseonomorfy. W punkcie B, który ma charakter areny, musimy odeprzeć nawałnice wrogów, po czym ruszamy do punktu C, i tak dalej, aż level się skończy (a z reguły kończy się poważną batalią z dużą ilością przeciwników). W skrócie: dużo biegamy, dużo strzelamy, czasem musimy zrobić coś dodatkowego, jak przechwycić baterię zasilającą, przeciągnąć dźwignię, przeciąć drzwi, itd., ale to tylko krótkie przerwy w strzelaniu.
Jeśli wrogowie odbiorą nam całą energię, możemy zostać ozdrowieni przez towarzyszy. W momencie, w którym wszyscy trzej członkowie składu stracą życie, gra się kończy, i to kończy definitywnie, musimy cały level zaczynać od nowa. Pomiędzy kampaniami (a jak chcemy, to i levelami) odwiedzamy growe lobby, czyli statek Endeavor. Możemy tam dokonać zakupów, ale również zapoznać się dokładnie z celami kolejnej misji, tłem historycznym i ciekawostkami. Naszym głównym źródłem informacji będzie adroid Esther, ale nie tylko. Owych informacji jest naprawdę dużo. Cold Iron Studios postarali się, aby było co czytać, zatem wszyscy fani, którzy lubią zgłębiać lore Alien, będą zadowoleni.
Lokacje robią dobre wrażenie, są starannie wykonane, cieszą oko, trzymają klimat i często ociekają smaczkami. Niestety mapy pod kątem zaprojektowania są dosyć nudne. Odnosi się wrażenie, że gramy ciągle na tym samym poziomie, tylko ozdobniki się zmieniają. Ta nuda szybko zaczyna się udzielać, i o ile za pierwszym, czy drugim razem, jesteśmy zachwyceni tym jak fajnie to wszystko wygląda, to za każdym kolejnym zaczyna nas uderzać nuda bijąca z tych poziomów. Nie mówiąc o tym, że często nie będziemy mieli okazji napatrzeć się na piękno otoczenia, bo musimy strzelać, i to celnie.
Tu dochodzimy do najważniejszego pytania: czy to strzelanie sprawia frajdę?
GDZIE SZUKAĆ ZABAWY W ALIENS: FIRETEAM ELITE?
Przeanalizujmy rozgrywkę, by móc odpowiedzieć na to pytanie.
Po pierwsze – kim gramy?
Do wyboru mamy kilka klas marines – strzelca, niszczyciela, technika, medyka i zwiadowcę (do którego dostęp otrzymujemy po przejściu gry) oraz dodanego wraz z początkiem pierwszego sezonu Phalanxa. Każdą z nich możemy rozwijać osobno, każda z nich oferuje trochę inny zestaw broni i inny model gry. Najlepiej jest wypróbować każdą klasę, aby wyrobić sobie opinię na jej temat i wybrać tę, która będzie nam odpowiadała najbardziej.
Po drugie – do kogo strzelamy?
W przypadku Ksenomorfów, które są przeciwnikiem numer jeden, mam bardzo mieszane uczucia. Atakują nas takie ilości Obcych, że nie powinniśmy mieć żadnych szans. Wiele osób tłumaczy, że o ile Isolation opierało się o Alien, to Fireteam bazuje głównie na Aliens… ale nawet w Aliens, trzech marines (w tym dwóch wojskowych pracujących-józków) nie dałoby rady fali ponad stu Ksenomorfów. Myślę, że nie pomylę się jeśli powiem, że Obcy nigdy dotąd nie byli tak łatwi w eksterminacji. Oczywiście, można podnieść poziom trudności, ale w rzeczywistości to niczego nie zmienia, bo poza tym, że mają więcej życia i więcej go odbierają, Kseny w Fireteam są nadal potwornie głupie. Lecą pod lufę w dziwaczny, przypominający koty sposób (tego jeszcze nie było), nie planują, nie wykorzystują dobrodziejstwa otoczenia jak w filmach (poza pełzaniem po ścianach i suficie), nie myślą.
Wiem i rozumiem, że przy takiej ilości Obcych, nie dało się zaprogramować lepszego AI. To nie Isolation, gdzie można było sobie pucować jednego osobnika żeby robił cuda. Do tego dochodzi niski budżet produkcji i brak doświadczenia zespołu developerskiego. Krótko mówiąc – zrobili tyle, ile byli w stanie. Mimo wszystko jest to trochę rażące i w dużym stopniu rozczarowujące.
Cold Iron byli zapewne tego świadomi, bo postanowili wynagrodzić niskie AI Obcych, mnogością ich rodzajów. I tutaj przechodzimy do jednego z najjaśniejszych elementów „Aliens: Fireteam”. Twórcy zrobili wielki ukłon w stronę starych gier automatowych (np. „Alien vs Predator”), komiksów i figurek. Łącznie, w grze pojawia się kilkanaście rodzajów Obcych, w tym dobrze znane nam odmiany, jak i mutanty. Nie chcę psuć Wam niespodzianki, ale nowe formy Ksenomorfów robią spore wrażenie. Niestety głównie wizualne, bo w pozostałym zakresie rodzaje ataków tych stworów nie różnią się od siebie zbytnio (jeden pluje kwasem, a inny atakuje szarżą, ale niewiele więcej). Mimo to, jest na co popatrzeć.
Poza zwykłymi atakami, Obcy potrafią nas czasem zaskoczyć powalając na ziemię. Wtedy odpala się staroświecki Quick Time Event, w którym musimy szybko wciskać odpowiednie przyciski żeby wyskoczyć z ramion oprawcy. To samo czeka nas przy atakach facehuggerów, które są potwornie irytujące.
Poza Obcymi, spędzimy sporo czasu walcząc z androidami. Nie będą to jedynie Józki, ale również ich militarne, opancerzone, grubo uzbrojone wersje. W odróżnieniu od większości Ksenomorfów, roboty lubią atakować z dystansu, a mają czym, co stwarza nowe i niebezpieczne sytuacje w boju.
Ostatnią formą wrogów, są pracownicy Wayland-Yutani, którzy narażeni na kontakt ze wspomnianym wcześniej „Patogenem”, zmienili się w potwory, które można w skrócie nazwać kosmicznymi zombie. Stwory te są szybkie i niebezpieczne.
Pora wspomnieć o TYM najważniejszym przeciwniku. Tak, Królowa znajduje się w grze.
Żeby ją zobaczyć, musimy dotrzeć do końca czwartej kampanii, czyli do końca aktualnie dostępnego trybu fabularnego. Wejście ma ona wyjątkowo efektowne i zapewniam, że będziecie mieć ciary na całym ciele. Niestety.. to tyle. Specjalnie napisałem wcześniej „zobaczyć”, bo w momencie kiedy się pojawia, następuje odliczanie do autodestrukcji (klasyka Obcego), więc jesteśmy zmuszeni uciekać. Możecie próbować walczyć z Królową, ale to bez sensu, tak czy inaczej zginiecie. Szkoda, że sprowadzono naszą „gwiazdę” do niewiele więcej niż QTE. Bardzo liczę na to, że Cold Iron naprawią ten błąd w kolejnych kampaniach.
Do walki z Obcymi i resztą wrogów zostajemy zaopatrzeni (później sami się zaopatrujemy) w klasyczne bronie, takie jak karabin pulsacyjny, pistolety, strzelby, czy nawet miotacze ognia (na które trzeba sobie zarobić), itd. Dodatkowo możemy pomagać sobie znanymi z Aliens wieżyczkami oraz dronami i minami. Jest tego sporo, więc jeśli ktoś lubi ostro grillować gry w celu zdobycia najlepszych możliwych broni, to będzie w siódmym niebie.
Czy zatem strzelanie do Obcych sprawia frajdę?
Sprawia przez jakiś czas, ale z każdą kolejną falą, zaczyna być coraz mniej ekscytująco. Ksenomorfy są głupie i ich siła tkwi w ilości, a nie przebiegłości (tak jak to było w filmach). Kiedy już wdrożymy się w rytm gry, Obcy nie będą stanowić dla nas problemu, niczym nas nie zaskoczą. To samo tyczy się wszystkich pozostałych wrogów. Z początku wszystko wydaje się bardzo ekscytujące, ale szybko zaczyna nudzić.
Gdzie zatem szukać frajdy?
Towarzyszące nam androidy Alfa i Beta nie stanowią zbyt wielkiej pomocy, a wręcz przeciwnie – często sprawiają nam problem włażąc w drogę, lub zostając w tyle (żeby po chwili się teleportować do nas). Ale właśnie. W grze, której szkieletem jest rozgrywka kooperacyjna, nie wypada grać z botami.
MARINES Z CAŁEGO ŚWIATA, ŁĄCZMY SIĘ!
Tym samym, włączyłem funkcję online i rozpocząłem zabawę z prawdziwymi ludźmi. Czasami trzeba się trochę naczekać, bo wbrew pozorom, graczy Fireteam nie ma aż tak dużo. Spodziewałem się różnicy „niebo, a ziemia”, ale ku mojemu zaskoczeniu, rozgrywka wcale nie wskoczyła na dużo wyższy poziom. Niestety trzeba pamiętać, aby większość ludzi wygłuszać, bo nadal normą jest, że nie wyłączają mikrofonów, nawet jeśli słychać tylko mamę robiącą obiad w tle (autentyk). Zauważyłem, że kooperacji w tym jest niewiele. Ostatecznie każdy gracz robi swoje, a gra nie ma atutów, aby nakłonić do bardziej „wspólnej” zabawy. Nie jestem jakimś wielkim graczem multi, ale spędziłem sporo czasu bawiąc się online w różne produkcje i często nie mogłem się oderwać. A tutaj co? Jest Obcy, jest klimat, są piękne widoki, jest z czego strzelać… a szybko się nudzi.
Jedyne, czego nie wypróbowałem, to gry ze znajomymi. Niestety jako jedyny na Alien Hive gram na PlayStation, reszta chłopaków i nasza Alien Queen, to PeCeciarze. Oni zatem sobie razem poeksterminują Obcych, natomiast ja – forever alone. Biorę zatem pod uwagę, że w grupie znajomych, z headsetami na głowach, wspólne przemierzanie opuszczonej, opanowanej przez Obcych bazy Weyland-Yutani daje znacznie więcej radości.
Po przejściu wszystkich dostępnych kampanii, otrzymujemy dostęp do Trybu Hordy – czyli rozgrywki, w której falami atakują nas coraz większe i urozmaicone zastępy wrogów. Im lepsi jesteśmy, tym więcej fal przetrzymamy, zanim siły wroga okażą się przytłaczające. Zabawa jest fajna przez jakiś czas, ale w końcu również zaczyna nudzić.
Jako, że mamy do czynienia z grą o Obcym, to należy zadać jeszcze jedno pytanie – czy cokolwiek tutaj straszy?
Niestety niewiele. Nadciągające Kseonomorfy jeżą włos na głowie za pierwszym razem, ale szybko się do nich przyzwyczajamy. Naprawdę, nie ma się czego tutaj bać. I nie chodzi nawet o grozę w stylu Isolation, bo w wielu wcześniejszych, bazujących na akcji grach z Obcym, baliśmy się sprawdzić, co czyha za rogiem. W Fireteam boimy się tylko jednego – że jak przegramy, to musimy zacząć level od początku…
Nie znajdziemy tu zatem stresującej atmosfery, a przynajmniej nie tej typowej dla gier z serii Alien.
Pomówmy o pozostałych elementach „Aliens: Fireteam Elite”.
Muzyka, która nam przygrywa jest ciekawa. Jej autorem jest Austin Wintory, znany głównie z pracy w branży gier wideo. Kompozytor wyraźnie nawiązuje do ikonicznej ścieżki dźwiękowej Jamesa Hornera, ale jego muzyka ma znacznie bardziej „przygodowy” (z braku innego słowa) charakter. Czasami ma się wręcz wrażenie, że to nie Aliens, tylko Indiana Jones (nie żartuję). Brakuje jednak charakterystycznych motywów. O ile jako tło sprawdza się nieźle, to generalnie wylatuje drugim uchem.
Otoczenie dźwiękowe za to prezentuje się lepiej. Cold Iron Studios postarali się, aby niczego nie zabrakło. Tutaj przydałby się mem „nie możesz usłyszeć obrazków”, bo przecież sam widok czujnika ruchu, karabinu plazmowego, czy Obcych, uruchamia nam w uszach legendarne już, unikatowe dźwięki. Wszystko to w „Aliens: Fireteam” zostało odwzorowane po mistrzowsku. Naprawdę nie ma na co narzekać i jest super. Pod tym względem możemy poczuć jakbyśmy uczestniczyli w filmie „Aliens”. W grach o Obcym to jest absolutny mus i cieszę się, że Cold Iron mieli dostęp do wszystkiego, czego potrzebowali.
Linie dialogowe postaci może nie stoją na jakimś wyjątkowym poziomie, ale to nie jest tego typu gra, żeby zarówno wypowiadane kwestie, jak i voice acting, wymagały brodway’owskiego talentu. Jest ok, raczej nikt nie ma powodów do marudzenia.
Grafika może zaboleć bardziej wymagających graczy. Chwaliłem wcześniej pięknie zrobione levele i podtrzymuję swoją opinię, natomiast cała reszta prezentuje poziom, który był standardem jakieś 5 lat temu, o ile nie więcej. Ponadto, postacie potrafią się też zaklinować, Obcy biegać w miejscu, a krawędzie wystawać. Mnie to nie przeszkadza, zaczynałem od produkcji 2D i mam we krwi granie w ubogie graficznie gry, ale bez wątpienia znajdą się gracze, którzy będą się krzywić patrząc na „Aliens: Fireteam” i niestety będzie to uzasadnione.
Gra ma momentami spory posmak retro. Jak rozmawiamy z postaciami na statku, podczas przerwy między misjami, nasi rozmówcy mówią, ale nie poruszają ustami… W lobby znajduje się mnóstwo ciekawych rzeczy, z którymi jednak nie możemy wejść w interakcję (np. power loader). To są takie archaizmy, które mogę niektórych drażnić, ale we mnie obudziły miłe wspomnienia z czasów, kiedy na tego typu elementy nie zwracano uwagi. I tak samo jest tutaj. Zresztą ten power loader nadal może się pojawić w kolejnych sezonach.
CZY COLD IRON STUDIOS DOSTARCZYLI DOBRĄ GRĘ?
Trudno mi ocenić „Aliens: Fireteam Elite” z wielu, wielu powodów, począwszy od niekompletności wyjściowej wersji i mieszanych uczuć związanych z rozgrywką, a na tzw. replay value kończąc. Po kilku tygodniach gry, nie za bardzo mam ochotę do niej wracać, przynajmniej dopóki nie pojawią się dodatki do trybu fabularnego.
Zaczynając, zadałem sobie pytanie: ciekawe czy za rok od teraz, będziesz miał ochotę w to grać?
Do „Alien: Isolation” wracam regularnie, średnio co parę miesięcy przechodzę całą grę, czasami kilka razy. Lepiej, zdarza mi się włączyć tę produkcję tylko po to, żeby pochodzić sobie po Sevastopolu, popodziwiać te widoki, posłuchać audio-logów załogi, itd. Jak w jakimś wirtualnym muzeum. Wiem, że z Fireteam tak nie będzie. Jeżeli nawet zabawa w multi nie jest w stanie zatrzymać mnie przy grze zaprojektowanej na multi i do tego o OBCYCH, to już wiele mówi.
Z drugiej strony, muszę też wziąć pod uwagę, że to produkcja stworzona dla konkretnej grupy graczy, do której najwyraźniej nie należę, mimo że lubię gry akcji. To dzieło budżetowe, stworzone przez młody zespół, który za to bardzo kocha serię Alien i tę miłość widać na ekranie. Widać po tym jak czerpali z lore, z jaką starannością odtwarzali wszystko to, co znamy z filmu, jak bawili się tą konwencją, jednocześnie starając się uszanować kanon. To nie idealna, ani nawet bardzo dobra, ale po prostu fajna gra o Obcych. Taka dla fanów, którzy docenią smaczki i klimat. Wierzę również, że dodatkowe kampanie (i inne, nad którymi Cold Iron teraz pracują), wpłyną tylko na plus.
„Aliens: Fireteam Elite” to gra, którą jedni pokochają, drudzy znienawidzą, a jeszcze inni będą gdzieś pośrodku – nie szalejąc do końca za rozgrywką, ale bawiącą się na tyle nieźle, żeby nie pluć jadem. Jestem zdecydowanie w tej trzeciej grupie. Jako, że mamy czterostopniową skalę oceny, to mogę dać tej produkcji lekko naciągane trzy alienki. Jednym może podejść na jednego, innym na cztery. Jest tu równie dużo zalet, co wad. Za samą grę daję 2 alienki, jednego dodaje z fundamentalnego powodu – to jest Obcy. To pierwsza, większa gra ze świata Ksenomorfów od 2014 roku. Takiej przerwy ta franczyza jeszcze nie miała w branży gier. Bardzo długo na nią czekaliśmy i mimo że nie jest idealnie, to jednak jest dobrze. Każdy fan Obcego powinien chociaż ją sprawdzić, chyba że pała do shooterów taką niechęcią, że nawet Obcy nie jest w stanie tego zmienić. Warto jednak wziąć pod uwagę, że gra jest naprawdę tania. Do tego daję kredyt zaufania Cold Iron Studios, że uzupełnienia trybu fabularnego zmiotą mnie z Ziemi. Umawiamy się na przyszły rok, wtedy napiszę uzupełnienie tej recenzji, w którym podsumuję kompletną zawartość „Aliens: Fireteam Elite”, wraz ze wszystkimi sezonami i innego rodzaju dodatkami.