Film „Mickey 17” (2025) – Intrygujące SF, ale czy w pełni spełnione? [Recenzja]
Po oscarowym „Parasite” Bong Joon-ho stanął przed trudnym zadaniem – połączyć autorską wizję z wymogami hollywoodzkiego widowiska. Film „Mickey 17″, stanowiący luźną adaptację głośnej powieści Edwarda Ashtona, zapowiadał się na ambitne połączenie thrillera science fiction, groteski i politycznej satyry. Koncepcja klonowanego bohatera, który po każdej śmierci wraca do życia, brzmiała intrygująco, miała potencjał na filozoficzne przesłanie tyczące się tematu nieśmiertelności. Czy film w pełni to wykorzystał?
Choć nowa produkcja ma błyskotliwe momenty i bardzo dobrą oprawę audiowizualną, a także świetnego Roberta Pattinsona w roli głównej, jego narracja grzęźnie nieco w nadmiarze wątków i chaotycznym prowadzeniu historii. To produkcja dość banalna i dosłowna w przekazie. Jednak mimo swoich niedociągnięć, jest to nadal kino, które angażuje bardziej niż większość nijakich produkcji SF ostatnich lat. Zapraszam do pełnej, poniższej recenzji.
- Film Mickey 17
- Premiera:
- 14 marca 2025 roku (świat – kina)
- 23 maja 2025 (platforma Max)
- Reżyseria: Bong Joon-ho
- Fabuła | Trailer | Recenzja
Film Mickey 17 (2025) – Fabuła i Opis
Akcja filmu toczy się w odległej przyszłości, w której ludzie starają się skolonizować nieprzyjazną, lodową planetę Niflheim. Tytułowy Mickey (Robert Pattinson) jest pracownikiem ekspedycji, który ma za zadanie wykonywać najbardziej niebezpieczne i często samobójcze misje. Nikt oprócz bohatera nie chciał przyjąć tej posady, a to ze względu na nietypowe warunki pracy. W przypadku śmierci, ciało zmarłego zostaje bowiem wydrukowane i ponownie ożywione, a większość wspomnień zostaje zachowana. Po kilku takich zgonach, Mickey zaczyna dostrzegać, dlaczego jego rola w ekspedycji jest równie wyjątkowa, co niebezpieczna. Prawdziwe problemy, nie tylko bohatera, ale całej ekspedycji, zaczynają się jednak, gdy duplikacja wymyka się spod kontroli i następuje zwielokrotnienie.
Recenzja filmu Mickey 17 (2025) – Opinia o nowej produkcji Bong Joon-ho
Film „Mickey 17” jest luźną adaptacją głośniej i bestsellerowej powieści Edwarda Ashtona pt. „Mickey7”.
Za reżyserię produkcji odpowiada Bong Joon-ho, znany m.in. z doskonałego i oscarowego „Parasite” oraz z filmów science-fiction „Snowpiercer” i „Okja”. Joon-ho potrafi stworzyć obrazy groteskowe, niejednoznaczne i jednocześnie szarpiące moralne struny u odbiorcy. Reżyser ten ma wyjątkową łatwość łączenia w swoich dziełach elementów gatunkowych z głębokimi komentarzami społecznymi. Czy udało mu się to również w nowej produkcji? Niekoniecznie, ale zanim omówię mankamenty filmu, skupię na jego pozytywach.
Pod względem wizualnym film robi dobre wrażenie – nowoczesny design statku kosmicznego oraz surowy obraz obcej planety doskonale współgra z poczuciem izolacji i egzystencjalnej pułapki, w jakiej znalazł się tytułowy Mickey. Detale świata przedstawionego są należycie dopracowane, a zdjęcia i efekty specjalne budują klimat pasujący zarówno do podróży na „kosmicznej łajbie” dowodzonej przez męczącego ekscentryka, jak i do obcego świata. To mocno stylizowane science fiction, które nieco przypomina estetyką (i nie tylko) chociażby pamiętny „Moon”. Nie jest jednak tak brudno i męcząco jak w „Snowpiercerze” zwłaszcza przy scenach w wyzyskiwanych wagonach.
Wszystko to uzupełnia dobra ścieżka dźwiękowa, autorstwa Jung Jae-ila, która skutecznie wzmacnia nastrój filmu i znaczenie poszczególnych scen. Jest to muzyka głównie klasyczna, a kompozycje nie są banalne, ani przesadnie wtórne. Łatwo da się wyczuć, że kompozytor miał wizję, wiedział co i w jaki sposób chce przekazać. Nie było to jedynie powielanie utartych schematów zdjętych z taśmy produkcyjnej Hollywoodu.
Robert Pattinson to kolejny mocny, a może nawet najmocniejszy, punkt produkcji. Jego rola wielokrotnie odradzającego się Mickey’ego jest nie tylko pełna ironii, ale i autentycznego tragizmu. To bohater uwięziony w systemie, który dosłownie eksploatuje go do granic możliwości – każda śmierć oznacza jego powrót, ale czy naprawdę pozostaje sobą? Aktor świetnie oddaje stopniowe zmęczenie i bunt swojego bohatera. Udaje mu się wzbudzić autentyczne współczucie swoim losem u odbiorcy, sympatię, a nawet przerażenie bezwzględnością innej wersji siebie. Kiedy trzeba nie brakuje mu charyzmy i błysku. Świetnie odbierałem jego dwie wersje, wystarczyło jedno spojrzenie, aby poznać, którego Mickey’a właśnie oglądałem.
Niestety, pozostałe postacie wypadają znacznie mniej przekonująco. Toni Collette i Mark Ruffalo dostają role, które są przerysowane i jednowymiarowe. Postać bogatego technokraty i faszysty, który symbolizuje specyficzny miks Muska i Trumpa oraz wyzysk i kapitalistyczne dążenie do nieograniczonej eksploatacji, ma potencjał, jest zabawno-irytująco-przerażająca, ale zostaje zrealizowana w sposób aż za bardzo oczywisty.
Collette zrobiła na mnie lepsze wrażenie i to pomimo jeszcze większej jednowymiarowości. Jej postać nadawała by się do niejednego horroru. Przerażała mnie konsekwencja tej postaci i rola „dousznej szeptaczki”, sterującej Marshallem wedle własnych, chorych potrzeb.
Największy problem filmu „Mickey 17” leży w jego strukturze narracyjnej. Choć Bong Joon-ho słynie z płynnego łączenia gatunków, tutaj balansuje na granicy chaosu. Historia rozpoczyna się intrygująco, wprowadzając widza w świat, w którym klonowanie stało się narzędziem zniewolenia, ale później traci spójność. Wątki filozoficzne o tożsamości i moralnych konsekwencjach odradzania się są szybko spychane na dalszy plan, a fabuła dryfuje w kierunku konfliktu z elitami i walki o wolność oraz uszanowanie fauny obcej planety i koegzystencję w nowym świecie. W pewnym momencie film nie wie już, czy chce być dramatem egzystencjalnym, groteskową satyrą, czy może hollywoodzkim widowiskiem science fiction. Niektóre sceny są wręcz absurdalnie niespójne – z jednej strony dostajemy refleksję nad kondycją człowieka, by chwilę później przeskoczyć do karykaturalnych postaci i sekwencji, które burzą dramaturgię i upraszczają puentę.
Dodatkowym problemem jest podawanie widzom informacji na tacy. Film nie zostawia miejsca na domysły – nadmiar ekspozycji i tłumaczenie wszystkiego widzowi z offu sprawia, że brakuje w nim tajemnicy. M.in. w „Parasite” Bong budował napięcie warstwami, powoli odkrywając kolejne poziomy historii. Tutaj większość kluczowych informacji dostajemy wprost, co odbiera filmowi siłę oddziaływania. Podobnie jest z zakończeniem – zamiast mocnej puenty, dostajemy bezpieczny finał, który sprawia wrażenie wymuszonego przez włodarzy w Hollywood i nie do końca przemyślanego.
Nie można jednak powiedzieć, że „Mickey 17” to film nieudany. To nadal kino ambitniejsze niż większość współczesnych blockbusterów „made in USA”. Produkcja podejmuje ciekawe tematy i wizualnie robi dobre wrażenie. Jednak w porównaniu do wcześniejszych dzieł Bonga, nowy film wydaje się zbyt zachowawczy, jakby reżyser musiał pójść na pewne kompromisy z hollywoodzkim studiem. Tam, gdzie „Snowpiercer” potrafił wybrzmieć z mocnym, politycznym przesłaniem o wojnie klas, a „Parasite” subtelnie rozkładało na części społeczne mechanizmy, tutaj dostajemy produkt, który chciałby być jednocześnie wielkim widowiskiem i autorską wizją, ale ostatecznie nie spełnia w pełni żadnej z tych obietnic.
Niemniej jednak Mickey 17 to film, który dobrze się ogląda. Szkoda tylko, że nie wykorzystano mocniej ogromnego potencjału tkwiącego w adaptacji intrygującej powieści. Jego największym problemem jest brak konsekwencji – zarówno w tonie, jak i w narracji. Z jednej strony dostajemy wizualne widowisko, z drugiej satyrę na miarę „Nie patrz w górę”, z trzeciej banalno-filozoficzne sci-fi, ale te elementy nie stapiają się w spójną całość. Nie jest to porażka, ale też nie jest to dzieło na miarę wcześniejszych sukcesów reżysera. Mimo, że film nie zostawi na widzu trwałego śladu, nie wysadzi go butów, ani nie porwie narracją, to jednak każdy miłośnik science-fiction i tak powinien go zobaczyć.
Naciągam nieco ocenę.
OCENA :

naciągnięte z 2,5/4
dr Gediman
Trailer filmu Mickey 17
Pełny polski zwiastun:
Wcześniejszy oficjalny polski trailer:
Po 15 minutach zaczela sie meczarnia. Ten film jest tak glupi, ze na odprezenie po seansie musialem obejrzec kilka odcinkow Ash vs Evil Dead, a to o czyms swiadczy :)
Szkoda, że to będzie amerykańska komedia, a nie coś bardziej „na poważnie”