„Alien: Covenant” – Obszerna recenzja na Tak

3

„Obcy: Przymierze” nie jest z pewnością tak wybitnym filmem jak „Alien” czy „Aliens” i nawet nie śmiałbym czynić takich porównań, natomiast przyznam, że otrzymałem całkiem solidny produkt z mocnymi aktami pierwszym i trzecim (przy czym drugi akt ewidentnie siadł). Owe akty nawiązują mocno do klasyki science-fiction.
Jeśli kręciliście nosem przy “Prometeuszu”, a przez brak czarnego stwora nie spaliście po nocach i klęliście na Ridleya Scotta, styczność z „Alien: Covenant” może okazać się dla Was bolesna. Jeśli jednak przyjęliście film z 2012 roku z otwartymi ramionami, podobnie jak liczne innowacje w mitologii Obcego, możecie być pewni, że „Przymierze” zaspokoi Wasze potrzeby.
Zapraszam do pełnej recenzji.

 

Wszystkie recenzje „Alien: Covenant”:

Obszerna recenzja „Alien Covenant” (Templar)

W 1979 roku pojawił się pierwszy film o czarnym potworze z kosmosu, który zaskoczył wszystkich świeżym podejściem do tematu grozy w kinie i niebanalnym dawkowaniem napięcia, a przede wszystkim niekonwencjonalnym projektem tytułowej kreatury. Pozbawione ślepi monstrum o niespotykanym wcześniej wyglądzie rodem z koszmarów, którego cykl rozwojowy przyprawiłby niejednego biologa o palpitacje serca, wryło się w podświadomość masowego odbiorcy i zapisało złotymi zgłoskami na kartach filmowej historii. To jeden z tych filmów, które są jak wino – im starsze, tym lepsze.

Ojciec jego sukcesu, Ridley Scott, zapewnił fanom filmu wrażeń i dyskusji na długie lata, zapoczątkowując całą serię mniej lub bardziej udanych produkcji z tytułowym stworem. Siłą serii zawsze była jej różnorodność.

Seans najnowszego filmu „Alien: Covenant” w kinie był dla mnie swego rodzaju wydarzeniem historycznym, bowiem był to pierwszy pełnoprawny film o Obcym, który obejrzałem na wielkim ekranie. Nie wliczam tu oczywiście dwóch części „AvP”, które z grzeczności przemilczę, oraz „Prometheus”, który był zaledwie uwerturą. Już przy tytułowej planszy „Obcy: Przymierze” kinowy fotel zrobił się jakby głębszy, a znajome nutki w muzyce oblały mnie zasłużonym fanservicem i uczuciem nostalgicznej ekscytacji.

 

 

„Look on my works, ye Mighty, and despair”.

 

Przyznam się bez bicia, że jestem emocjonalnie bardzo związany z serią „Obcy”, jednak przywiązanie to nie przysłoniło mi to zdolności obejrzenia nowego filmu Scotta w oderwaniu od reszty produkcji sygnowanych nazwą „Alien”. Myślę, że porównywanie go do pierwszego filmu z Obcym to pewna krzywda zarówno dla najnowszej odsłony tej serii, jak i dla siebie jako odbiorcy.
Tymczasem spiżowy pomnik, jaki wystawiono dziełu Ridleya sprzed lat, ma pewne pęknięcia, których najczęściej nie zauważamy przez spowijającą wszystko mgłę sentymentu i kultu. Z okazji niedawnego „Maratonu filmowego z Obcym” miałem zresztą okazję odświeżyć sobie poprzednie części i muszę przyznać, iż o ile dzieło Jamesa Camerona oparło się działaniu czasu, tak „Alien” pokazuje swoje zmarszczki coraz wyraźniej.

Mogę jednak zrozumieć osoby, które zawiodły się zarówno na „Alien: Covenant”, jak i na poprzedzającym go filmie „Prometeusz”.
Unoszący się na silnych prądach własnego ego reżyser raczył nas różnymi obietnicami i zapowiedziami związanymi z wskrzeszeniem Obcych, podpierając się jednocześnie stwierdzeniem, że tylko on wie jak zabrać się za ten temat. W efekcie taki Blomkamp siedzi teraz nawet nie na ławce rezerwowych, a w ciemnym kącie, ocierając łzę klimatycznymi concept artami.
Sam Scott zmieniał często zdanie, zaprzeczając sobie samemu w wywiadach i nie będąc stuprocentowo przekonanym, co tak naprawdę chce pokazać w nowych filmach. Dowodem tego są wiecznie mutujące scenariusze „Prometeusza”. Nic więc dziwnego, że miłośnicy kosmicznego sci-fi poczuli się nabici w butelkę i nie szczędzili mocnych słów pod adresem nowych tworów reżysera.

Jeszcze przed emisją filmu „Obcy: Przymierze” wyrządzono mu także sporą krzywdę poprzez nie do końca przemyślaną i momentami wręcz nachalną kampanię reklamową. Owszem, w przypadku lubianej przeze mnie serii, marketing jest w pełni pożądany, by dotrzeć do jak największej liczby odbiorców, w tym potencjalnych nowych fanów. Niestety, materiał w trailerach cierpiał na syndrom naszych czasów, gdzie większość filmu i jego tajemnic zostaje wyjawiona już na etapie zapowiedzi. Wypuszczane regularnie trailery były naszpikowane potencjalnymi spoilerami jak dobra kasza skwarkami, a pełne sceny zaczerpnięte prosto z filmu, które wzbogaciły przepastny Internet, aż zanadto odbierały fun obcowania z pełną produkcją. Zarówno trailery, jak i ww sceny wpłynęły niekorzystnie na tajemnice, jakimi napędzany jest świat Obcego.

 

„I’ll do the fingering”.

 

Mimo iż Ridley Scott starał się „zrobić dobrze” zarówno starym, jak i nowym fanom, film „Obcy: Przymierze” niestety nie ustrzegł się poważnych błędów. Przede wszystkim, pomimo uzupełniania pewnych wątków z „Prometeusza”, film jest niespójny fabularnie i posiada liczne dziury w logice, o których mógłbym pisać jeszcze długo.

“Prometheus” był pełen nielogiczności oraz luk scenariusza i irytujących zachowań głównych bohaterów. Załoga statku z doktor Shaw na czele zdawała się być niczym stado studentów na imprezie w akademiku, przy czym „niefrasobliwi” czy „lekkomyślni” to najlżejsze słowa jakimi mógłbym ich określić. Podobne grzechy powiela „Alien: Covenant” jeśli chodzi o dziury fabularne i postępowanie nowej załogi, jednak nie rozpraszają mnie one w takim stopniu, w jakim czynił to poprzedni film.

Tutaj nie mamy ekspedycji badawczej, a ekipę kolonizatorów, której kontakt z obcą planetą odbywa bez żadnych zabezpieczeń, przy zaniechaniu licznych procedur, które powinny obowiązywać w takim przypadku. Dla nich to w zasadzie wyprawa do lasu (a jak samemu się możemy przekonać, są również elementy grzybobrania).
Po raz kolejny zawiodłem się na ludzkiej ekipie. Podobnie jak w „Prometeuszu”, tu także niespecjalnie interesował mnie los większości z nich, nie potrafiłem się zżyć z tymi postaciami, jak niegdyś chociażby z Hudsonem. W „Aliens” urzekło mnie to, że każda z postaci miała jakąś osobowość, znałem imiona ich wszystkich.

W „Przymierzu” miałem wrażenie, jak gdyby większość bohaterów była wręcz wyprana z osobowości i stanowiła zaledwie karmę dla tytułowego stwora. O zapamiętaniu ich imion już nie wspomnę. Jedyne co można powiedzieć o tej grupie w pozytywnym świetle, to „sympatyczna”. Przypomina mi to sytuację, gdzie dwóch facetów rozmawia o laskach, gdy jedna z nich okazała się brzydka. Na pytanie jednego z nich „I jaka była?”, drugi odpowiada dyplomatycznie – „No, sympatyczna…”.

Przechodząc do składu załogi, wspomnę o kilku postaciach i odgrywających ich aktorach.
Oram, kapitan statku Covenant, to jakiś żart. Wcielający się w niego Billy Cudrup, skąd inąd lubiany przeze mnie aktor (Dr Manhattan!), nie miał niestety zbyt wiele do zagrania. Odgrywany przez niego kapitan to osobnik, któremu w życiu nie powierzyłbym decyzyjności odnośnie statku czy też jego załogi. Jego naiwność osiągnęła apogeum w pewnej scenie z tworami Davida.

Moją sympatię wzbudził za to Danny McBride jako Tennessee, który w wyniku wydarzeń na i poza statkiem partneruje głównej bohaterce w zmaganiach z potworem. To jedna z niewielu osób, które skonfrontowane z nieprzewidzianymi warunkami na obcej planecie, są w stanie ogarnąć trudne sytuacje. Poza tym bije od niego kumpelski vibe, przez to pewnie mógłbym z nim wychylić w kosmicznej pustce szklaneczkę czegoś dobrego i wysoko-oprocentowanego.

Reszta załogi (poza Walterem, androidem, o którym powiem później) zlepia się wg mnie w jeden grupowy twór. Członkowie tego tworu, w wyniku swoich nieprzemyślanych decyzji oraz nierzadko chaotycznego postępowania, stanowią w zasadzie rolę żywicieli/pokarmu (niepotrzebne skreślić) dla naszych milusińskich z gabinetu osobliwości Davida.

Na osobne wyróżnienie zasługuje Katherine Waterson, wcielającą się w rolę Daniels. Warto podkreślić, że Scott lubi kobiety u sterów, bowiem to kolejna (po Ripley i Shaw) żeńska bohaterka serii. Od samego początku czyniono porównania tej postaci z kultową Ripley, jednak moim zdaniem nie tędy droga. To zupełnie nowa postać. Z Ellen łączy ją jedynie fakt, iż obie są kobietami oraz że znalazły się przypadkowo w mocno przegiętej sytuacji.

Postać Daniels jest głosem rozsądku na Covenancie, a także, jak czas pokazał, prawdziwym „kozakiem”, twardzielką, która potrafi stawić czoła krwiożerczej paszczy na czterech nogach. Waterson znałem dotychczas jedynie ze spin-offu Harry’ego Pottera (filmu, który obejrzałem jedynie z ciekawości). Aktorka, wcielając się tam w rolę Tiny, przytłoczyła mnie swoją aparycją i charyzmą bibliotkarki. W „Alien Covenant” odkupiła się, stanowiąc jeden z jaśniejszych punktów filmu.

 

W nowym filmie Scotta mamy również Noomi Rapace, Guya Pearce oraz Jamesa Franco.
Pomijając niewypuszczony w ramach filmu materiał promocyjny (sceny z Shaw i Davidem na pokładzie statku Inżynierów), Noomi zalicza tu bardziej cameo w stylu nieśmiertelnego Stana Lee w filmach na bazie komiksów Marvela.

James Franco, mimo solidnego eksponowania w trakcie kampanii promocyjnej (co jest w pełni zrozumiałe; biorąc pod uwagę estymę aktora, sam bym tak zrobił), celował w coś na miarę występu Marka Hamilla w „Star Wars: The Awakening”. Trzeba mu jednak oddać, że wręcz palił się do tej roboty.

Guy Pierce wciela się ponownie w Petera Weylanda, głowy całego zamieszania, we właściwej sobie wiekowo postaci i w ramach wysoce klimatycznego prologu. Wstępniak z jego udziałem bardzo mi się podobał, ponieważ dał podwaliny pod pewne istotne dla filmu i serii koncepcje, z Davidem-twórcą na czele. Pierce przypadł mi do gustu tym bardziej, że tym razem nie ukrywał się on pod toną makijażu jak w „Prometeuszu”, gdzie przypominał śliwkę zostawioną zbyt długo na słońcu.

 

Niekorzystnie dla filmu wypadło jak dla mnie zaniechanie tematu Shaw oraz Inżynierów. Shaw co prawda pojawia się w filmie, jednak nie jest to zadowalający występ, a zaledwie muśnięcie jej tematu (podyktowane jednak koleją rzeczy w filmie). Świetnym uzupełnieniem informacji co do jej losów byłoby wplecenie sceny promującej film z nią i Davidem, której ostatecznie nie zobaczyliśmy w kinie.

Z kolei enigmatyczni kosmiczni „albinosi” pojawiają się w „Alien: Covenant” zaledwie na chwilę, przy okazji retrospekcyjnej sceny z udziałem szalonego androida i produktów własnego wyrobu.

 

Niestety, widać jak na dłoni, że Ridley Scott tworząc „Przymierze” stał w pewnym rozkroku między klimatem i wątkami zapoczątkowanymi „Prometeuszem”, a pełnoprawnym filmem o Obcym.
Lekką ręką pominięto również istotne kwestie dla całej franczyzy, jak motyw Królowej Roju, wprowadzony dekady temu przez Jamesa Camerona, a który, mam nadzieję, pojawi się jeszcze w przyszłych odsłonach serii.
Jednocześnie mamy na tapecie kwestię jaj Obcych, która nadaje nowego znaczenia pytaniu „Co było pierwsze? Jajko czy kura?”

Film pozostawia nas z wieloma pytaniami. O co tak naprawdę chodziło Inżynierom? Dlaczego chcieli nas zgładzić? Czy są różne kasty tej rasy? Wszystko to może sprawić, że z jednej strony poczujemy się rozczarowani. Z drugiej strony może też podziałać na nas pozytywnie, bowiem wszystkie te pytajniki zaostrzają apetyt na kolejne odsłony filmów z tej serii. Pewnie niedopowiedzenia wywołują ciekawe dyskusje pomiędzy dociekliwymi i kreatywnymi fanami, którzy sypią nowymi teoriami jak z rękawa, a przede wszystkim dodają uniwersum Aliena jakże pożądanej tajemnicy, na której to przecież zbudowano jego legendę.

 

 

„We don’t know what the fuck’s out there”.

 

Mimo tytułu, tym razem głównym bohaterem filmu jest nie Obcy, a sztuczny człowiek w osobie (sic) Davida.
„Jak to?” – spytają niektórzy. „Chcemy więcej Obcego!” – zakrzykną.

Spotkałem się z wieloma komentarzami osób twierdzących, że w filmie jest za mało Obcego. Cóż, nie chcę wywołać jakiegoś szoku u niektórych, ale przypominam, że to wciąż prequel pierwotnej serii. Postać Xenomorpha, jak i cała historia z nim związana, jest zatem jeszcze na drodze ewolucji.
Osobiście stawiam więc te opinie na półeczce niżej od komentarzy dotyczących skądinąd sympatycznego i przyzwoitego serialu „Gotham”, gdzie internauci krzyczą często: „Gdzie Batman? Chcemy więcej Batmana!”. Dość powiedzieć, że serial opowiada o genezie naszego bohatera, podczas gdy Bruce Wayne ma obecnie ok. 15 lat, a głównym protagonistą jest nieopierzony jeszcze Jim Gordon. Cóż…

Wracając do naszego kochanego straszydła z kosmosu. Jeżeli ktoś rzeczywiście odczuwa niedosyt jego obecności w było nie było prequelu, sugeruję otworzyć pierwszego lepszego tematycznego artbooka, odpalić sekwencję Google > Alien > Grafika, bądź też zapauzować stare części w ulubionym momencie (nieśmiało sugeruję watahę Obcych zmierzającą szybami wentylacyjnymi ku oddziałowi marines).

Moim zdaniem Obcy ma wystarczająco czasu ekranowego. Przypominam o dawkowaniu tej istoty w poprzednich częściach (z naciskiem na 1-3), gdzie pewna doza niedopowiedzeń budowała wokół kreatury odpowiedni klimat i tajemnicę. Fani Obcego i tak mają w pamięci każdy centymetr jego ciała, więc utyskiwanie w tej materii zakrawa wręcz o histeryzowanie. Moim zdaniem ścieżka wytyczona przez „Prometheusa”, gdzie otrzymaliśmy całkiem smaczny fanservice w postaci nie tak oczywistego Deacona i kontynuowana dalej w „Przymierzu” dobrze portretuje genezę naszych ulubionych potworów.

 

 

„Serve in Heaven or reign in Hell?”

 

Skoro mowa o potworach, wrócę do Davida. Znany z „Prometheus” android to kapitalna postać i cieszę się, że w „Alien: Covenant” rozwinęła mocno skrzydła, dosłownie i w przenośni. Cierpiący na kompleks Boga android kontynuuje swoje niecne uczynki zapoczątkowane w poprzedniej części, poszerzając swoje wątpliwe moralnie portfolio. Zaobserwować to możemy w pewnej powalającej scenie retrospekcji, uzupełnionej idealnie dobranym monologiem Davida. Niczym postmodernistyczny doktor Frankenstein nie ugnie się przed niczym w swoich poszukiwaniach istoty doskonałej.

Wcielający się w postać sztucznego człowieka Michael Fassbender pokazał w pełni swój kunszt aktorski, kreując antagonistę z krwi i kości (proszę w tym przypadku o wybaczenie doboru słów), którego motywacja i obłęd ponownie prowadzą do tragicznych wydarzeń. Jeśli dodać do tego jego drugą rolę, którą jest android Walter z załogi Covenanta, otrzymujemy murowanego kandydata do nagród filmowych.

Oba androidy są jak dwie strony monety. Dobroduszny Walter i psychopatyczny David stają w szranki na płaszczyźnie moralnej i fizycznej, dzięki czemu ciekawiej ogląda się film. Warto wspomnieć o tym, że obie postaci, choć połączone wspólną aparycją, są różne w zachowaniu, gestach, wypowiedziach, a nawet akcentach. Paradoksalnie kibicujemy im obu, co tylko podkreśla dobrą robotę, jaką zrobił aktor.
Do niego zresztą należy wspaniałe i klimatyczne zakończenie filmu, które, choć mocno przewidywalne, świetnie wieńczy historię Covenanta i daje pole do manewru, co do dalszych części. Dodam tylko, iż po filmie mocno zapragnąłem posłuchać Wagnera.

Ponadto, mam nadzieję, że wydany zostanie kiedyś artbook z wszystkimi szkicami Davida – przytuliłbym takie cacko jak facehugger twarz żywiciela.

 

 

„Are you sure about this, Captain?”

 

Wizualnie film jest przepiękny. Już w “Prometeuszu” podziwialiśmy piękne zdjęcia, których autorem był rodak, Dariusz Wolski (Teraz Polska!). Stojący za „Alien: Covenant” spece również nie zasypali gruszek w popiele. Efektem ich pracy są ujmujące kadry statku kosmicznego, dryfującego w lodowatej i tajemniczej przestrzeni kosmicznej. Zdjęcia niby znajomej, ale jednak podszytej nieprzyjaznym klimatem planety, wręcz oddziałują na podświadomość. A trzeba jeszcze wspomnieć o wnętrzach statku czy też prywatnej posesji Weylanda w prologu filmu.

Nawiązując do tytułowego statku, Covenant aż pęka w szwach od ilości detali. Ridley Scott ma wciąż nosa do strony technicznej, czym uwiarygadnia całą kosmiczną eskapadę. Podobnie do tematu przykładał się zawsze James Cameron, dzięki czemu jego „Aliens” jest wciąż aktualny, a czego niestety nie mogę powiedzieć o archaicznym „Alien”, gdzie czuć efekt trącania myszką.
Wszelkie sprzęty, pojazdy (zarówno te z napędem kołowym, jak i latające) oraz ekwipunek pokazany w „Przymierzu” sprawiają, że łatwiej jest nam zanurzyć się w świat eksploracji kosmosu.

Wrażenie robią również lokalizacje uwielbianego przez wielu statku Inżynierów (znanego bardziej jako Derelict) oraz ich miasta. Przy okazji tego ostatniego elementu, boleję niestety nad zmarnowanym potencjałem. Mimo pewnej dozy epickości związanej z miastem Inżynierów i osadzonej w nim scenie retrospekcji, brakuje mu właśnie obcego klimatu. Jeden dokujący Derelict to za mało. Równie dobrze miasto mogło by piastować taką samą rolę w jakimś quasi-historycznym fantastycznym filmie. Przeobrażenie go na modłę gigerowską tchnęłoby techno-organiczną grozę, niepokój i enigmę – to wszystko, co lubimy w tej serii.

 

„Let’s kill this fucker”.

 

W „Alien: Covenant” nasza ulubiona bestia – Obcy – śmiało wraca na salony. Podczas gdy „Prometheus” ledwo zasygnalizował obecność kultowego potwora w bezkresnym kosmosie, w „Przymierzu” otrzymujemy go w pełnej krasie.

Trzeba przyznać, że nasz Xenomorph nie występuje jeszcze w biomechanicznej formie, znanej nam ze starych części. Mamy bowiem do czynienia z bardziej organicznym tworem, pozbawionym quasi-mechanicznych elementów, co podkreśla jego ciągłą ewolucję aż do ostatecznej formy.

Przedstawiony w „Przymierzu” Ksenomorf to prymitywna maszyna stworzona do zabijania. Brak mu pewnej finezji w działaniu, jaką odznaczał się w filmach sprzed lat. Bliżej mu bowiem do rozwścieczonego psa, jednak tłumaczę to ewolucją tego stworzenia. Moim zdaniem dostaliśmy w „Covenant” kilka z najlepszych ujęć potwora w całej serii. Mowa o zbliżeniach jego kultowego pyska w scenie prysznicowej, a także w wizjerze drzwi na pokładzie Covenanta oraz majestatycznej ekspozycji łba spozierającego na bohaterów przy wyjściu ze świątyni.

 

Jeśli chodzi o całościowe wykonanie postaci stwora mam nieco mieszane uczucia. Naprawdę dobre sceny, gdzie wykorzystano porządne CGI i praktyczne efekty, zderzają się bowiem ze słabo wykonanymi ujęciami, z których przebija sztuczność stworzenia wygenerowanego komputerowo.

Przyczepiłbym się również do zdecydowanie zbyt szybkiego rozwoju bestii, choć trzeba przyznać, że w tym elemencie cierpi cała seria, począwszy od pierwszego „Aliena”, gdzie malutki Chestburster zapewne musiał wyjeść po kryjomu wszystkie konserwy załogi Nostromo, aby w szybkim czasie urosnąć do znanych nam gabarytów. Niejeden kulturysta pozazdrościłby Xenowi takiego szybkiego przyrostu masy. Tak czy siak stęskniłem się mocno za tym podwójnym pyskiem, a kontakt z najnowszym filmem serii wynagrodził mi tą rozłąkę.

 

Standardowy czarny Xenomorph to nie jedyna bestia, która czyha w filmie na nieświadomych swojego losu ludzi. Mamy również powrót innego stałego bywalca post-gigerowskich salonów, czyli ulubionego przytulaska publiczności: Facehuggera. Nie ma on może zbyt wielu scen, a jego prezentacja trąca mocno komputerem, to jednak zaakcentowanie jego obecności stanowi przyjemny fanservice. Towarzyszące mu później Chestburstery również połechcą sentymentalną żyłkę, choć scenom z ich udziałem bardzo daleko do tych z pierwszego „Aliena” i pozostawiają poważny niedosyt.

Poza kreaturami, rodem z mokrych snów ś.p. H.R. Gigera, mamy także Neomorphy. Te nowe stworzenia stanowią pewną formę wariacji na temat esencji Xenomorpha. Trzeba przyznać, iż młoda ich wersja w postaci małego, plugawego albinosa, potrafi namieszać swoją determinacją i krwiożerczością więcej niż dorosłe osobniki Xenomorpha. Podoba mi się ich design, który wręcz krzyczy „obca istota”. Plus należy się za innowację i trochę świeżego powiewu w nieco skostniałym temacie potworów z serii „Obcy”.

Jeśli chodzi o realizację CGI jest różnie – od naprawdę zadowalających scen, po komputerową chałturę.

Nowy jest także cykl powstania tego organizmu, od zarodników przenoszonych drogą powietrzną do ciała żywiciela (w tym przypadku załoganci Coventanta) po efektowne i pełne rasowego gore wyjście prosto przez jego plecy (choć w drugim przypadku były to usta). W kosmosie garb czy efekty uboczne pracy biurowej to nie jedyne, co może spotkać Twój kręgosłup…

Samo powstanie Neomorphów jest jednak nieco kontrowersyjne, biorąc pod uwagę istny „instant” całego procesu: szczypta pyłku, dodać człowieka, poczekać chwilę i viola – po rozpruciu paczki, danie gotowe.

 

Podoba mi się przewrotny pomysł stojący za genezą Obcych. Film odarł tym samym z pewnej  tajemniczości i zagadkowości postać Aliena oraz zdradził jego pochodzenie, co do którego świat fanowski łamał sobie głowy całymi latami. Jednocześnie film pokazał jednak temat z ciekawej strony i dorzucił coś nowego do świata Xenomorphów. Tym samym nowy „Alien” to już nie tylko zobrazowanie strachu przed czeluściami kosmosu i jego tajemnicami, ale też obaw związanych ze sztuczną inteligencją.

 

„One wrong note eventually ruins the entire symphony”.

 

Osobny akapit należy się jednemu z ważniejszych elementów każdego filmu, czyli ścieżce dźwiękowej. W przypadku muzycznej ilustracji do „Alien: Covenant” mam mieszane uczucia.

Jed Kurzel, człowiek odpowiedzialny za stworzenie muzyki do filmu, zaserwował świeże podejście do tematu, odbiegając od typowo klasycznego soundtracku na rzecz bardziej nowoczesnej muzyki. Wspomniana przeze mnie różnorodność, jaką od zawsze odznaczała się seria z Obcym, jest mocno uwypuklona również w podejściu poszczególnych twórców do ścieżek dźwiękowych.
Kurzel postawił na mocno współczesne ujęcie muzyki filmowej, bowiem w przypadku jego kompozycji do „Przymierza” na każdym niemal kroku napotkamy mniej lub bardziej udane eksperymenty, których podstawą są minimalistyczne formy elektroniki w mariażu z orkiestrą.

Raz po raz autor cytuje również kultowy temat Jerry’ego Goldsmitha, który wprawiał momentalnie mojego wewnętrznego geeka w stan przyjemnej euforii. W soundtracku są również inne odniesienia do klasyki, choć nie tak dosłowne jak ten. Chwile, gdzie stosowny fanservice wlewał się nie tylko do moich oczu, ale również uszu, zaliczam do jednych z najbardziej udanych podczas całego seansu filmu.

O dziwo w samym filmie muzyka ta wypadła jednak słabo i nie jest niestety tak odczuwalna, jak podczas odsłuchu w domu. Pozostawieni sam na sam z tą muzyką poznajemy jej ukryte piękno i niewątpliwą moc grozy, którą serwuje.
Pod kątem symbiozy soundtracku z filmem, niedoścignionym wciąż wzorem pozostaje dla mnie film „Aliens”. Mimo to, warto podkreślić, że niektóre z utworów dzieła Kurzela są naprawdę „ciarogenne”, a przecież o to właśnie chodzi.

 

„Sleep well. Don’t let the bedbugs bite”.

 

„Obcy: Przymierze” nie jest z pewnością tak wybitnym filmem jak „Alien” czy „Aliens” i nawet nie śmiałbym czynić takich porównań, natomiast przyznam, że otrzymałem całkiem solidny produkt z mocnymi aktami pierwszym i trzecim (przy czym drugi akt ewidentnie siadł). Owe akty nawiązują mocno do klasyki science-fiction.
Jeśli kręciliście nosem przy “Prometeuszu”, a przez brak czarnego stwora nie spaliście po nocach i klęliście na Ridleya Scotta, styczność z „Alien: Covenant” może okazać się dla Was  bolesna. Jeśli jednak przyjęliście film z 2012 roku z otwartymi ramionami, podobnie jak liczne innowacje w mitologii Obcego, możecie być pewni, że „Przymierze” zaspokoi Wasze potrzeby.

Mimo pewnych niedociągnięć Scott zaserwował przyzwoity film, który, jak sądzę, z czasem nabierze jeszcze lepszych walorów. Wróciłem z resztą do niego chętnie podczas drugiego seansu w kinie i myślę, że jedną z zalet obrazu jest bycie filmem wielokrotnego użytku. Dodam, że jest on zarazem świetną pożywką do różnych dyskusji, co jest kolejną zaletą, bowiem wiele filmów obecnie po prostu przelatuje nam przed oczami i szczególnie ich nie zapamiętujemy. Już samo dodanie nowych istot i ich cyklów ewolucyjnych pokazuje, że można tchnąć życie w przewidywalny jak dotąd schemat: królowa > jajo > twarzołap plus człowiek (lub inna istota) > chestburster > obcy.

Oczywiście zdaję sobie doskonale sprawę, że tak polaryzujący film, jakim niewątpliwie jest „Alien: Covenant”, będzie wywoływał różne emocje, nawet te skrajne. Tak oto alienowe „prawdziwki”, modlące się obsesyjnie do plakatu pierwszej części, będą przeklinać Scotta na czym świat stoi. Zaś osoby, które miały bezkolizyjny lot podczas wcześniejszego „Prometeusza” i boją się przy scenach z dokazującymi Neomorphami, będą zacierać rączki na myśl o kolejnej części.

Jakkolwiek rozsierdzeni nie byliby ci pierwsi, jedno jest pewne: Scott złapał już mocno oburącz za stery franczyzy Obcego i nie zamierza ich puścić. Można albo narzekać, albo płynąć z prądem, gdyż wszelkie żale spłyną raczej po nim jak po kaczce. W końcu w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku…
OCENA :


Templar

 

 

źródło zdjęć: www.imdb.com/title/tt2316204/mediaindex?ref_=tt_ov_mi_sm

 

„Obcy: Przymierze” – zobacz także:

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 3 Średnia: 5]
Zobacz także
3 komentarze
  1. as

    To był Walter

  2. jabol_punk

    Dzisiaj jeszcze raz obejrzałem i film bardziej mi się spodobał mimo że nie tego oczekiwałem no i ten koniec do bani mini facehugery zamknięte w szklanych kulkach wtf! poniosło ich skąd David miał by to chyba że jednak Walter…w każdym razie mam nadzieje na kontynuacje i wyjaśnienia swoją drogą cała saga i otoczka to świetny materiał na serial xD

  3. Daraya (Darek Starzec)

    Recenzja idealna. Nie za długa, nie za krótka, nie nudna, ciekawa, nic nie zdradza i wszystko wyjaśnia. Karol jak zawsze w formie :)

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.