Film „Star Wars: The Last Jedi” – obszerna recenzja
Grudzień i styczeń to najlepszy czas dla kinomaniaków. Nie tylko czekają nas produkcje walczące o Oscary, ale także najdroższe i największe produkcje w rodzaju Gwiezdnych Wojen czy kolejnych Avatarów. W tym roku premierę miały „Star Wars: The Last Jedi”, które są drugą częścią nowej trylogii Disneya. W międzyczasie w ramach uniwersum Gwiezdnych Wojen pojawił się jeszcze „Łotr 1”, ale film ten nie należał do głównej trylogii. To właśnie na „Ostatnim Jedi” skupiły się wszystkie oczekiwania i nadzieje fanów. Czy zostały one spełnione?
FABUŁA
Siły Najwyższego Porządku coraz intensywniej atakują Rebelię, której opór słabnie. Przywódcy Najwyższego Porządku znaleźli lokalizacje ostatniej bazy rebeliantów i zbliżają się do ostatecznego zgładzenia Rebelii. Rebeliantom udaje się uciec w hiperprzestrzeń. Jednak Najwyższy Porządek potrafi zlokalizować wroga nawet w hiperprzestrzeni. Statki rebeliantów są ścigane i ostrzeliwane, a paliwa starczy im tylko na kilkanaście godzin ucieczki. Tymczasem na odległej, oceanicznej planecie Ahch-To, Rey (Daisy Ridley) odnajduje Luka Skywalkera (Mark Hamill). Jej celem jest podjęcie nauki u starego mistrza Jedi.
„STAR WARS: THE LAST JEDI” – RECENZJA
Fabuła „Star Wars: The Last Jedi” skupia się na dwóch podstawowych wątkach, które przez większość czasu są od siebie niezależne, a łączą się w końcówce filmu.
Z jednej strony toczy się śmiertelnie ważna walka o ocalenie Rebelii. Właśnie w tym wątku zobaczymy niesamowite walki w kosmosie czy charakterystyczny dla serii Star Wars wątek przygodowy. Bohaterowie udadzą się także na słynącą z hazardu planetę Canto Bight, żeby w akcie desperacji szukać ratunku dla statków Rebelii. Będziemy świadkami dramatycznej ucieczki sił Lei Organy, walki z czasem, kolejnych strat w ludziach i pojazdach oraz niepewności, co do przyszłości Rebelii. Reżyser zaserwował nam też wgląd w działanie sił przeciwstawiających się Najwyższemu Porządkowi, gdzie pojawią się zagrywki polityczne oraz walka, dodające charakteru tej tradycyjnie nudnej Organizacji.

Drugi wątek jest dużo bardziej kameralny i odbywa się w wolniejszym tempie. Na wyspie Luke’a Skywalkera nie ma zagrożeń zewnętrznych, trwa tam normalne życie: polowanie na ryby, sen na otwartym powietrzu, rozmowy przy ognisku. Sceneria bardzo przypomina „Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi”. W tych nieśpiesznych warunkach nie ma jednak miejsca na nudę. Bohaterowie Rey i Ben Solo staczają bowiem wewnętrzną walkę z samymi sobą. Dla Rey przybycie na wyspę jest następstwem jej mocnego postanowienia, żeby stać się Jedi i pomścić śmierć Hana Solo. Brak działania stanowi dla niej największy dyskomfort.
Z kolei Luke Skywalker stacza zupełnie inną walkę. Jest człowiekiem przegranym, ale też pogodzonym ze swoim losem. Męczące go myśli stara się zagłuszyć codzienną rutyną surowego życia na wyspie. Jego strategia nie wytrzymuje jednak konfrontacji z przybyciem Rey. Luke Skywalker będzie musiał zmierzyć się z demonami przeszłości i znowu stać się Jedi.
Fabuła filmu jest rozbudowana, ale nie do tego stopnia, żebyśmy stracili orientację i świadomość tego, co dzieje się na ekranie. Reżyser (Rian Johnson) nie boi się podejmować śmiałych decyzji także wobec kultowych postaci i za to go cenię. Saga musi iść do przodu, a jednym z podstawowych zarzutów wysuwanych wobec „Gwiezdnych Wojen: Przebudzenie Mocy” był fakt, że film ten podejmował za mało ryzyka i zrobiony był tak, aby nie zantagonizować sobie fanów serii.
„Star Wars: The Last Jedi” niesie ważne przesłanie i nawet częściowy ukłon w stronę najmłodszej widowni nie odbiera mu filmowej mocy. Nowe Gwiezdne Wojny wracają zatem do tradycji filmów z lat 80-tych, które nie bały się pokazywać dramatycznych wyborów emocjonalnych pomimo, że w dużej mierze skierowane były do młodszego odbiorcy. W obecnych czasach trudno wyobrazić sobie scenę, przykładowo z „Never Ending Story”, kiedy koń głównego bohatera tonie na bagnach. W latach 80-tych, będąc jeszcze dzieckiem, notorycznie byłem poddawany podobnym wątkom. Obecnie poważna problematyka pokazywana jest jedynie w filmach dla doświadczonego odbiorcy, a produkcje masowe, komercyjne mają służyć tylko i wyłącznie bezrefleksyjnej rozrywce.
Przewodnim tematem Gwiezdnych Wojen jest nadzieja, choć w przypadku „Ostatniego Jedi” jej wartość pokazana została w przewrotny sposób. Na przykładzie Luka Skywalkera widzimy jak płaska i szara potrafi być egzystencja, kiedy nie ma nadziei na przyszłość. Dopiero ponowne pojawienie się tego uczucia, dodaje wszystkim siły do dalszej walki. Życie nadal jest trudne, ale nabiera zupełnie innych barw. „The Last Jedi” to także film o przemianie, o powrocie Luka Skywalkera do roli Jedi, o przemianie Rey w jeszcze bardziej zdeterminowaną i doświadczoną wojowniczkę czy w końcu o przemianie Kylo Rena (Adam Driver) z człowieka pełnego wewnętrznych dylematów w zimnego psychopatę, który zdołał już zagłuszyć głos sumienia. Wymienione motywy w wystarczający sposób nadają filmowi hollywoodzkiej „głębi”, dlatego nie podobało mi się dodatkowe przesłanie, które próbowano narzucić widzowi. W filmie pojawia się krytyka wojennego kapitalizmu i wykorzystywania zwierząt. Jakkolwiek są to ważne tematy, odnoszę wrażenie, że dodane zostały na siłę i nie pasują do fabuły. Natomiast sposób przedstawienia tych problemów przez postać Rose Tico (Kelly Marie Tran ) bywa po prostu irytujący, osiągając efekt odwrotny od zamierzonego.

„Star Wars: The Last Jedi” jest pełen doskonałych kreacji aktorskich. Na uwagę zasługuje z pewnością Mark Hamill. W oryginalnej trylogii, jego postać była bardzo jednowymiarowa. Był on młodym, idealistycznym i wręcz naiwnym adeptem sztuki Jedi. W najnowszej części Gwiezdnych Wojen Mark Hamill mógł w pełni pokazać swój talent aktorski. Stworzył postać dojrzałą, ale wewnętrznie rozdartą. Luke Skywalker nie ma w sobie już nic z optymizmu i wiary, która charakteryzowała go za młodu. Poświęcenie dla religii Jedi, świadomość strat jakie poniósł podczas swojej drogi i przede wszystkim świadomość rychłej klęski rebeliantów czynią go osobą zgorzkniałą.
Rey, pojawiając się na wyspie Luka Skywalkera, uruchamia w nim emocje, których od lat już nie czuł, zrzucając je do podświadomości. Olbrzymia moc, którą posiada Rey, wywołuje w Luku sprzeczne uczucia – fascynuje go, ale jednocześnie budzi jego obawy.
Rey ponownie pokazuje, dlaczego to ona stała się ikoną nowej sagi. Z pośród nowych aktorów wypada zdecydowanie najlepiej. Jest zdeterminowaną, ale jednocześnie wrażliwą osobą. Nie ma wątpliwości, że nie przejdzie na złą stronę mocy, nie ma w sobie tego elementu, który popchnął w tą stronę Kylo Rena. Jej bezinteresowne oddanie sprawie może budzić naszą sympatię.
Kylo Ren jest powszechnie krytykowany za brak iskry i niemożność wzbudzenia w nas strachu. Od pierwszego filmu darzyłem go jednak dużą estymą. Kylo Ren jest bohaterem całkowicie niejednoznacznym i rozdartym wewnętrznie. To w jaki sposób film zwodzi nas, dając nadzieję, że Kylo Ren przejdzie na dobrą stronę mocy, jest prawdziwym osiągnięciem. Na żadnym etapie podwładny Snoke’a nie jest bowiem tak zły, żebyśmy całkowicie się od niego odwrócili. Stanowi też ciekawy kontrast do postaci swojego władcy.
Najwyższy Lider Snoke jest bowiem przykładem bardziej typowego „złola” znanego z dziesiątek filmów fantastycznych czy produkcji o superbohaterach. Pozbawiony skrupułów, cyniczny i przebiegły władca. W przypadku Snoke’a nie ma rozdarcia wewnętrznego, nie ma próby zagłuszenia emocjonalnego bólu poprzez przemoc. U niego jest tylko zło i paradygmat wygranej za wszelką cenę. Snoke nie odczuwa emocji, chyba, że są one związane z posiadaniem lub z gniewem. Pomimo podobieństwa do „złoli” z innych filmów, Snoke jest jednak postacią przedstawioną dużo lepiej. Zaczynając od animacji, która wygląda zadziwiająco autentycznie, po znakomitą role Andy’ego Serkisa. Najwyższy Lider Porządku jest postacią kompletną.

Imperium Najwyższego Porządku jak zwykle dostarcza niezliczonej rzeszy mrocznych bohaterów. Nawet pojawiający się na chwilę dowódca szturmowca z początku filmu, budzi grozę. W filmie ponownie pojawia się także Kapitan Phasma – doskonały zabójca na usługach Imperium. Jej osobistym celem jest dopadnięcie Finna (John Boyega), który zdezerterował z oddziału dowodzonego przez Phasmę.
Jak zwykle świetnie wypada Domhnall Gleeson w roli Generała Huxa. Armia Imperium to tradycyjnie świetne miejsce dla wszelkiej maści karierowiczów, a Generał Hux jest osobą, która zrobi wszystko, żeby wspiąć się po hierarchicznej drabinie Imperium. Snoke wykorzystuje go jako przeciwwagę dla rosnącego w siłę Kylo Rena, co nieuchronnie rodzi konflikt między Kylo a Huxem o pozycję drugiej najważniejszej osoby w Najwyższym Porządku.
W przypadku Republiki poziom aktorstwa nie wypadł już tak dobrze. Ponownie pojawia się Finn (John Boyega), ale jego rola nie jest już tak wyraźna jak w „The Force Awakens”. O ile Ray i Kylo Ren zmierzają do ról gwiazd nowej sagi o tyle w przypadku Finna nie nastąpił rozwój tej postaci, a w następnej części równie dobrze mogłoby go nie być. Oscar Isaac jako komandor Poe Dameron wpada dobrze, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że pochodzi on z innej filmowej epoki. Już jego wygląd włoskiego amanta ubranego w mundur Rebelii trochę mi nie pasuje. Poe jest impulsywny, sprawczy i nie zawsze analizuje swoje czyny, co zresztą rodzi kłopoty dla niego samego i Rebelii.
Laura Dern gra Wiceadmirał Holdo, która przejmuje dowodzenie na głównym statku Rebelii. Jej metody dowodzenia budzą kontrowersje wśród załogi i nie podobają się Poe Dameronowi. Wprowadzenie kontrowersyjnej postaci bardzo pomogło nudnej Rebelii i przyspieszyło wydarzenia w pierwszym akcie filmu. Księżniczka Leia (Carrie Fisher) nie zdobyła mojej sympatii. Nie mogę stwierdzić, że zagrała słabo. Carrie Fisher jako Leia jest dojrzałą, ciepłą i rozsądną przywódczynią, jednak jej rola jest dość płaska. W konfrontacji klasycznych postaci zdecydowanie wygrywa Luke Skywalker.
Ostatnią postacią Rebelii wartą zwrócenia na nią uwagi jest Kelly Marie Tran jako Rose Tico. Jeżeli twórcy obsadzili w roli Rose Azjatkę tylko dlatego, żeby przypodobać się chińskiej publiczności, to nie wiem czy z Kelly Marie Tran nie osiągnęła celu odwrotnego do zamierzonego. Zeszłoroczne azjatyckie postacie z „Łotra 1” zagrane przez Donnie Yena i Wena Jianga wniosły spory powiem świeżości, pewną dawkę humoru i dużo umiejętności w sztukach walki. Rose Tico wnosi tylko zniecierpliwienie widza. Postać grana przez Kelly Marie Tran zachowuje się jak wszystkowiedzący kujon, który jako jedyny ma prawo do moralnej oceny innych. Jej ciągłe strofowanie i umoralnianie wszystkich dookoła po prostu nie pasuje do Star Was i zwyczajnie denerwuje widza.

Prawdziwa magia tego filmu tkwi w jego stronie technicznej, a przede wszystkim wizualnej. „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” wyglądają olśniewająco. Od momentu, kiedy pojawiła się pierwsza część nowej trylogii, seria gwarantuje nam najwyższej jakości efekty specjalne. Podstawowym miejscem, gdzie możemy oglądać doskonałość techniczną filmu, jest kosmos. Statki kosmiczne zachwycają ilością szczegółów, skalą, ale także tym, jak zachowują się w przestrzeni. Bardzo spektakularnie wyglądają momenty, kiedy statki wchodzą w hiperprzestrzeń lub zwalniają do normalnego tempa. Rzeczywiście mamy tu do czynienia z filmową magią. Niesamowicie wyglądają kosmiczne wybuchy, gdzie widać jak poszczególne poziomy niszczycieli ulegają zniszczeniom.
Planety pokazane w „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” nie wyglądają już tak spektakularnie jak kosmos, ale nadal prezentują się bardzo dobrze. Najlepiej wypada planeta lodowa Crait oraz oceaniczna planeta Ahch-To, na której mieszka Luke Skywalker. Obie lokację są zbliżone do ziemskich, więc wyglądają bardzo realistycznie. Crait to lodowa pustynia, poprzecinana pasmami gór, z kolei Ahch-To przypomina mroczne wyspy na północnym Atlantyku. Fale uderzające w posępne klify, ciemno zielona trawa porastająca niewielkie polany upchane pomiędzy skały, to wszystko czyni z wyspy na Ahch-To osobnego bohatera filmu.
Najsłabiej wypada planeta hazardowa Canto Bight. Bardzo dużo szczegółów, wymyślnych budynków i egzotycznych gatunków wizualnie zbliża tę planetę do niesławnej trylogii Georga Lucasa (części 1-3) i jego tendencje to przesadnego użycia CGI. Planeta Canto Bight nadal wypada dobrze, ale nie dorównuje swoim ascetycznym, a jednocześnie bardziej spektakularnym towarzyszkom.
Na osobną uwagę zasługują różnorodne gatunki zamieszkujące galaktykę, od tych rozumnych po zwierzęta. Minęła dekada od czasów Jar Jar Binksa i egzotyczni mieszkańcy świata Gwiezdnych Wojen już nie drażnią widza. Zwierzaki, które pojawiły się w najnowszej części Trylogii mogą nawet na dobre przejść do historii serii. Powszechną sympatie budzą zamieszkujące oceaniczną wyspę Porgi. Te małe stworzonka przypominające pingwiny zostały stworzone metodą animatroniki, czyli zostały zbudowane jak roboty. W filmie od razu widać, że nie jest to technika CGI, bo Porgi wyglądają niezwykle realistycznie. Sama ich obecność przenosi nas w lata 80-te, kiedy technika animatroniki odnosiła triumfy, pozostawiając wiele postaci, które nie starzeją się do dzisiejszych czasów. Bardzo fajnym, nowym gatunkiem są też lodowe liski, które zasiedlają planetę Crait.

Chociaż efekty specjalne w tym filmie są tak dobre, to jeszcze większy podziw budzi choreografia walk. Starcia na miecze świetlne są niesamowite. Czuć moc każdego uderzenia, ruchy są naturalne i pełne mocy.
Najważniejszym elementem, który wyróżnia dla mnie „The Last Jedi” na tle wszystkich innych części Gwiezdnych Wojen, jest obłędne użycie kolorów. Dominujący jest tutaj kolor biały, czerwony i czarny. Potęgę kolorystyki widać w lśniących, czerwonych zbrojach warty przybocznej Snoke’a, w czarnej zbroi Kylo Rena i we wspaniałych wnętrzach imperialnych statków oraz na lodowej pustyni Craitu. Pod powierzchnią śniegu kryją się tam spore pokłady soli, która przybiera sypką formę o czerwonym zabarwieniu. Lecące nad ziemią z zawrotną prędkością rebelianckie pojazdy tworzą z tej soli fantazyjne czerwone smugi. Takie widoki w akompaniamencie muzyki Johna Williamsa można oglądać w nieskończoność.

Ścieżka dźwiękowa stworzona została przez etatowego kompozytora Gwiezdnych Wojen, Johna Williamsa. Podczas seansu nie zastanawiałem się nad sferą muzyczną, gdyż bardzo dobrze komponowała się z oglądaną historią. John Williams po raz kolejny stworzył doskonałą ścieżkę dźwiękową, która idealnie pasuje do podniosłej atmosfery tej Sagi oraz do walki o najwyższą stawkę.
Gwiezdne Wojny są powszechnie lubiane i łączą pokolenia. Pomimo dominacji w kinie filmów o superbohaterach, to właśnie Star Wars jest największą franczyzą, regularnie osiągającą wyniki niewykonalne dla innych produkcji. Tylko filmom Jamesa Camerona udało się osiągnąć większe zyski. Produkcje komiksowe przyzwyczaiły nas do filmowych światów, gdzie rzeczywistość miesza się z magią, gdzie obok siebie istnieją różne wymiary. Tam nie dziwi widok kogoś strzelającego z karabinu maszynowego do czarodzieja, który używa swoich magicznych zdolności.
Na tym tle uniwersum Star Wars wygląda naprawdę spójnie. Wciąż dominuje tu użycie statków kosmicznych, laserów, a organizacje mają swoje struktury, istnieją również konkretne planety. W przeciwieństwie do filmów o superbohaterach Star Wars jest filmem zaskakująco tradycyjnym, dość konkretnym i spójnym.
Elementem łączącym najnowsze części Gwiezdnych Wojen jest niesamowita oprawa wizualna i doskonały poziom techniczny. Obie części nowej serii oraz „Łotr 1” różnią się natomiast od siebie stylistycznie i uderzają w inne tony emocjonalne. „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” to ulubieniec sporej rzeszy publiczności. Film z idealnymi proporcjami lekkości i powagi. Film, który daje nam poczuć, jak wspaniałe mogą być kosmiczne bitwy, stworzone przez nowoczesną technikę filmową. „Przebudzenie Mocy” skupia się też na wątku przygodowym i zapoznaje nas z nowymi bohaterami.
„Gwiezdne Wojny: Łotr 1” jest obrazem realistycznym, pozbawionym nadmiernej formy, nie przypominającym innych części serii o Gwiezdnych Wojnach. „Łotr 1” skupia się bowiem na opowiadanej historii i choć uniwersum Gwiezdnych Wojen wygląda w nim równie dobrze jak w „Przebudzeniu Mocy”, to jednak tutaj nie przedstawiony świat, lecz pokazywana historia odgrywa w filmie główną rolę.
Z kolei „Ostatni Jedi” jest obrazem niemal barokowym. Stylistycznie film Riana Johnsona jest kontynuacją „Przebudzenia Mocy”, ale niemal każdy aspekt wizualny i emocjonalny jest w nim wzmocniony.
„Star Wars: The Last Jedi” to moja ulubiona część nowych Gwiezdnych Wojen. Film wyróżnia się niespotykaną w poprzednich odsłonach emocjonalnością i wizualnym pięknem z ocierającą się o ekstrawagancję, biało-czerwono-czarną paletą kolorów. Walki na miecze są tak spektakularne, że wywołują dreszcze, a kosmiczne bitwy wciskają w fotel. Reżyser Rian Johnson nie chciał filmu stonowanego, pragnął filmu bardzo efektownego. „Ostatni Jedi” dokładnie wpasował się w mój gust.
Korekta redaktorska: Dr Gediman
źródło foto: imdb.com/title/tt2527336/mediaindex?ref_=tt_pv_mi_sm
- „Wszystko co się zdarzyło, wydarzy się ponownie” – recenzja „The Last Jedi” (Dr Gediman)
- Zwiastuny filmu „Ostatni Jedi”
- Recenzja „Star Wars: Rouge One”
- Recenzja „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy”
- Top 60 – najlepsze filmy Sci Fi 2017 roku
