Film „Uciekinier” (The Running Man, 1987) – recenzja
- Tytuł: Uciekinier
- Tytuł oryginalny: The Running Man
- Rok produkcji: 1987
- Kraj produkcji: USA
- Reżyseria: Paul Michael Glaser
- Czas trwania: 101 minut
- Zwiastun ⇓
Film Uciekinier (The Running Man, 1987) – Recenzja / Opinia
W roku 2019 załamała się światowa ekonomia, a Stany Zjednoczone Ameryki zmieniły się z ojczyzny wolności w totalitarny twór, w którym światopoglądem obywateli rządzi propagandowa telewizja… – tak prezentuje się sytuacja na świecie w filmie „Uciekinier” z 1987 roku. Film „The Running Man” oparto na powieści Stephena Kinga wydanej w 1982 roku pod tym samym tytułem. Na recenzję książki przyjdzie jeszcze czas, w tej recenzji skupię się na samym filmie i nie będę oceniał go w kontekście adaptacji.
W głównego bohatera produkcji, policjanta Bena Richardsa, wcielił się Arnold Schwarzenegger. Poznajemy go w momencie, w którym wysłany na misję spacyfikowania protestu, odmawia wykonania rozkazu rozstrzelania niewinnych ludzi. Za karę zostaje on wtrącony do więzienia, a propagandowa telewizja przedstawia go jako zbrodniarza odpowiedzialnego za masakrę. Po jakimś czasie udaje mu się, wraz z kilkoma współwięźniami uciec. Warto tutaj zaznaczyć, że w rolę jednego ze współwięźniów, Williama, wciela się świetny Yaphet Kotto, znany z roli Parkera w pierwszej części „Obcego”. Niestety, w wyniku splotu niefortunnych wydarzeń Ben zostaje pojmany po raz kolejny, jednak zamiast do więzienia trafia do bijącego rekordy oglądalności programu telewizyjnego „Uciekinier”, w którym skazańcy walczą na śmierć i życie o wolność…
Tak z grubsza prezentuje zawiązanie fabuły. Film „Uciekiner” generalnie od strony historii wypada naprawdę przyzwoicie, ale ciężko, żeby było inaczej, skoro za rdzeń historii odpowiedzialny jest mistrz horroru. Akcja pędzi na złamanie karku, jest szybko, efektownie, nie brakuje też standardowych dla kina z tamtych lat czarnego humoru i legendarnych „łanlajnerów” Arniego. W kwestii świata przedstawionego bardzo spodobała mi się wizja przyszłości, w której ustrój totalitarny wmawia ludziom, że są wolni, kłamie na każdym kroku, zmienia historię i odwołuje się do najniższych ludzkich instynktów tylko po to, żeby utrzymać ich w ryzach. Widać, że odpowiedzialny za historię Stephen King mocno inspirował się powieścią „Rok 1984” Orwella. Niemniej jednak warto zaznaczyć też, że fabuła, mimo swojej spójności nie jest ani odrobinę odkrywcza i w filmie nie stanie się nic, czego widz sam nie domyśli się po pierwszych 15 minutach seansu. Jest nieźle, ale bardzo „podręcznikowo”. Nie uważam tego za wadę, ale z czystego obowiązku o tej przewidywalności musiałem napisać.
W kwestii „wizualiów” produkcja „The Running Man” jest dla mnie trochę problemowa – z jednej strony mam pięknie namalowane panoramy biurowców w centrum miasta i naprawdę fenomenalnie zrealizowane „udawanie” telewizyjnego show, z drugiej jednak wszystko zalatuje „taniością” i kiczem. Szeregowi siepacze, czyhający na bohaterów Uciekiniera, to po prostu goście w maskach hokejowych na motorynkach, których równie dobrze mogłoby nie być. Inaczej ma się sprawa z łowcami, czyli takim odpowiednikiem growych „bossów”, których zadaniem jest efektowne wykończenie tytułowego Uciekiniera. Szczególnie jeden z nich, niejaki „Dynamo” samym swoim wyglądem wzbudza salwę śmiechu – być może był to zamierzony efekt, ale nawet mnie, osobę zakochaną w „ejtisowym” kiczu strasznie to raziło. Jeszcze tylko dla ciekawostki wspomnę, że pseudonim i umiejętności jednego z łowców stanowiły inspirację dla Eda Boona i Johna Tobiasa, twórców kultowego „Mortal Kombat” przy kreowaniu jednej z ikonicznych postaci serii :).
W kwestii obsady i aktorstwa jest naprawdę nieźle, co mocno mnie zdziwiło. Arni to Arni, wiadomo – aktor z niego żaden, ale ma do siebie dystans, przez co zawsze świetnie sprawdzał się w roli przerysowanych twardzieli i nie inaczej jest tutaj. Również jego towarzysze i przeciwnicy, wypadają dość przekonująco, jak na typ tej produkcji. Jasne, są jednowymiarowi i z drewna, ale jak na standardy filmów akcji/sci-fi z tamtego okresu jest nieźle w tej materii. Film kradnie jednak Richard Dawson, wcielający się w „wodzireja programu”- Damona Killiana. W dwulicowego, śliskiego, kłamliwego manipulanta na usługach rządu wciela się on po prostu perfekcyjnie. Powiem szczerze, że jego postać przypadła mi do gusty zdecydowanie bardziej niż główny bohater, a to naprawdę rzadko zdarza się w tego typu produkcjach, gdzie zły ma za zadanie budzić niechęć i zostać skopanym przez dobrego.
Pora na kilka słów podsumowania. Film „Uciekinier” jest bardzo przyzwoitym akcyjniakiem z domieszką sci-fi i dystopii. Kwestie techniczne stoją na dobrym, jak na kino klasy B, poziomie. Jasne, tu i ówdzie widać, że budżet był nieco ograniczony (chociażby w kwestii kostiumów, o których wcześniej wspominałem), jednak całkiem niezłe kreacje aktorskie na czele z głównym antagonistą i wartka akcja pozwalają przymknąć oko na pewne niedociągnięcia. Jeśli macie wolne niecałe dwie godziny i w tym czasie chcielibyście „łyknąć” jakiegoś klasyka z Arnim, ale „Terminatora” i „Predatora” znacie już na pamięć, to „Uciekinier” będzie dla Was idealną propozycją.
ZWIASTUN / Trailer

Niech cię szlak autorze recenzji, narobiłeś mi smaka na Film’a :P
Jutro będę zmuszony to obejrzeć :)
Wiem, ze to tylko „akcyjniak” ale zawsze gdy gdzieś puszczają ten film, oglądam. I jakoś tak nie mogę się od niego oderwać. Dobra zagrane, dialogi bez zbednego „pitolenia” o „wartościach”, troszkę przejaskrawień z przymróżeniem oka. Po prostu dobre kino. Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał (są tacy?) to polecam. Dziękuję za recenzję i idę oglądać Uciekiniera :-)