Film „Człowiek z magicznym pudełkiem” (2017) – recenzja
Nieznany mi wcześniej reżyser w filmie o intrygującym tytule „Człowiek z magicznym pudełkiem” roztacza przed nami wizję Polski w 2030 roku. W tym świecie poznajemy Adama, posiadacza starego radia, które umożliwia podróże w czasie. Podczas jednej z nich cofa się do 1952 roku. Intrygująco… Polski film science-fiction? Brzmi to rzeczywiście jak science-fiction. Reklamowany hasłem „Miłość poza czasem i przestrzenią” film Bodo Koxa to próba reaktywacji tego zapomnianego w kraju nad Wisłą gatunku. Czy próba udana to już zupełnie inna sprawa… Zapraszam do pełnej recenzji.
- Tytuł: Człowiek z magicznym pudełkiem
- Premiera: 20 października 2017 (Polska), 19 września 2017 (świat)
- Reżyseria i scenariusz: Bodo Kox
- Zobacz zwiastun >>
- Zobacz relację z planu >>
- Recenzja >>
Człowiek z magicznym pudełkiem – fabuła / opis
Akcja filmu „Człowiek z magicznym pudełkiem” rozgrywa się w roku 2030. Główny bohater, Adam (Piotr Polak) cierpi na całkowitą utratę wspomnień. Przez ten drastyczny zanik pamięci stara się zacząć swoje życie od nowa. Decyduje się na przeprowadzkę oraz na pracę w ogromnej korporacji. W biurze zakochuje się w Gorii (Olga Bołądź), ale początkowo dziewczyna nie odwzajemnia jego uczuć. Z upływem czasu rozkwita jednak romans między dwójką bohaterów.
Tymczasem Adam znajduje w swoim mieszkaniu stare radio, nadające audycje z lat 50-tych poprzedniego wieku. Bohater odkrywa, że odbiornik emituje fale, które umożliwiają podróż w czasie i przestrzeni. Podczas eksperymentowania Adam natrafia na problem i nie może wydostać się z 1952 roku.
Nieobecność ukochanego niepokoi Gorię. Dziewczyna postanawia zrobić wszystko, by sprowadzić ukochanego do teraźniejszości.
Film „Człowiek z magicznym pudełkiem” zapowiadany był jako nietypowa komedia, opowiadająca o podróżach w czasie oraz o miłości, pokonującej granice czasoprzestrzeni. Warto zaznaczyć, że scenariusz do filmu „Człowiek z magicznym pudełkiem” został nagrodzony na festiwalu w Cannes prestiżowym wyróżnieniem. Rada Artystyczna ScripTeast, do której należy m.in. Sanford Lieberson, wieloletni szef 20th Century Fox, przyznając wyróżnienie podkreślała odświeżające spojrzenie na kwestie opowiadania i stylu Bodo Koxa (Bartosz Koszała), reżysera wcześniej nagradzanego m.in. za film „Dziewczyna z szafy”.
RECENZJA / OPINIA
Miłosna historia osadzona w dystopijnej przyszłości, w dodatku w realiach naszego kraju, to istny samograj – oczywiście jeśli to dobrze poprowadzić. Na film szedłem z pozytywnym nastawieniem i niemałym zaciekawieniem. W końcu tchnięcie życia w zapomniany wręcz w Polsce gatunek filmowy to nie lada wyzwanie.
Z pewnością ciekawie przedstawiona została wizja przyszłości Polski, w którą jestem w stanie uwierzyć, a której obecnie na próżno szukać w filmach. Mamy teokratyczny rząd, który inwigiluje i „dba” o obywateli, rożnej maści dzielnice (bogate tereny pełne strzelistych drapaczy chmur i korporacji oraz kontrastujące z nimi zniszczone i biedne getta), sterowce unoszące się nad miastem. Pomysłowość filmu przejawia się również w futurystycznych, spersonalizowanych reklamach, które atakują wręcz odbiorców na każdym kroku, strojach przywodzących na myśl krzyżówkę produktów z lumpeksu i mody dominującej na imprezach z muzyką elektroniczną, paczkomatach przyszłości, technologii VR stosowanej w przerwach od pracy, barach z fastfoodami obsługiwanych wyłącznie przez osoby niepełnosprawne umysłowo itd.. Obraz dopełnia handel bezgotówkowy – wszystkie transakcje odbywają się za pomocą zaczipowanych dłoni, a żywa gotówka zdaje się być czymś nadzwyczajnym, swoistym elementem „szarej strefy”.

Podobały mi się również elementy, za które tak bardzo ceniłem sobie filmy „Robocop” oraz serię „Powrót do przyszłości”, czyli wszelkiego rodzaju wiadomości telewizyjne czy prasowe dotyczące wydarzeń politycznych, kulturowych etc. w fikcyjnych światach. Mamy więc paski informacyjne typu „Pogrom muzułmanów we Francji” czy też wiadomość o niepokojach w byłej Słowacji. Na czasie były również komunikaty o powrocie zażegnanych niegdyś chorób, zapewne w wyniku obecnego również w naszym realnym świecie idiotycznego trendu antyszczepionkowców vel proepidemików, gdzie m.in. zaczytane w „specjalistycznych” blogach mamuśki (lub też stosując terminologię social media: madki) porzucają 200 lat nauki na rzecz 200 minut poszukiwania „naukowej wiedzy” w Internecie. Takie wydawałoby się drobiazgi stanowią zawsze o bogactwie wykreowanego świata i dają nam jakiś wgląd w wizję przyszłości danego miejsca, w tym przypadku Polski a.d. 2030.
Niestety w tym momencie pojawia się również sporo niedomówień ze strony twórcy filmu. Wydawałoby się, że taki stan rzeczy tylko podsyca naszą chęć eksplorowania tego świata, dyskusji i zadawania pytań, jednak w tym konkretnym przypadku zostajemy pozostawieni ze zwykłym „Domyśl się!”, jak gdyby wypowiedzianym przez nadąsaną kobietę w chwili emocji. Nieznane są nam bliżej rządy państwa, jego obecna sytuacja polityczna (karmieni jesteśmy zaledwie zdawkowo powracającą co jakiś czas informacją o „odrodzonym kraju”), sytuacja stolicy, w której eksplodują budynki (czy są to kontrolowane wyburzenia czy też może zamachy terrorystyczne?). Nie pozwala to na pełną budowę przyszłego fikcyjnego świata.

Osią napędową filmu jest wątek miłości pomiędzy dwójką głównych bohaterów granych przez Olgę Bołądź (typowa „korpo-sucz” Goria) oraz Piotra Polaka (neurotyczny Adam). Zdystansowany do całego świata, wręcz zagubiony Adam przypominał mi jak żywo bohatera z serialu „Mr. Robot”, którego wyłupiaste oczy i oszczędność w okazywaniu uczuć sygnalizowały alienację i nieumiejętność kontaktu z innymi. Mimo, że oboje swoje role odegrali jak najbardziej poprawnie, przyznam, że niespecjalnie obchodziły mnie ich losy. Ostatecznie bardziej zapadł mi w pamięci odpowiednio eksponowany biust Olgi, aniżeli ich średnio wiarygodna miłość, która przeszła cudowną metamorfozę z ordynarnego korpo-flirtu i przygodnej kopulacji w uczucie zdolne zburzyć barierę czasu i przestrzeni.
Aktorsko ten film mnie nie powalił. Na czoło wysuwa się z pewnością Olga Bołądź, choć trzeba przyznać, że nie był to szczyt jej możliwości. Jej ekranowy partner również nie odstawał w tej kwestii, chociaż jego ekranowe zmęczenie udzielało się również mi. W tle miga również kilkakrotnie lubiany przeze mnie Arkadiusz Jakubik, którego można spotkać obecnie chyba w 98% polskich filmów. Jego obecność na ekranie sprowadza się niestety bardziej do bycia znanym i „chodliwym” nazwiskiem w obsadzie, a jego postać równie dobrze mógł zagrać zupełnie inny aktor i nie zauważylibyśmy różnicy.

Jeśli chodzi o pozostałe postaci, jest różnie. Prym wiedzie drugoplanowa rola Bernarda, granego przez Sebastiana Stankiewicza. Bernard jest pracownikiem korporacji, którego codzienność składa się głównie z robienia sobie przerw oraz eksponowaniu zachowań z pogranicza różnych przypadłości psychicznych. Dość komiczna w wydźwięku persona Berniego jest jednym z ciekawszych osobników na ekranie, szczególnie jeśli dodać do tego mocno nietuzinkowy wygląd oraz pewne rewelacje na jego temat, których nie chcę tu spoilerować. Ekscentryczność Bernarda bardzo dobrze kontrastuje z flegmatyzmem Adama.
Niestety, maniera nadawania różnych dziwactw, neuroz i przesadnej egzaltacji praktycznie wszystkim postaciom na dłuższą metę zaczyna męczyć. Konfrontowani jesteśmy co chwila z tego typu zachowaniami poczynając od głównych bohaterów, poprzez starą i ekscentryczną sąsiadkę Adama, a na oficjelach kończąc. Większość przedstawionych w filmie postaci jest odrealniona i nadawałaby się świetnie na kozetkę psychoanalityka. Odniosłem wrażenie, że aktorzy mieli wręcz przykazane, by przeszarżować odgrywane przez siebie role. Tym bardziej utrudnia to zanurzenie się w pełni w tym świecie, przez co bliższe były mi paradoksalnie sceny dziejące się w latach 50-tych ubiegłego wieku.

Szczególnie kuriozalne są w tym świetle postaci przedstawicieli agencji rządowej, którzy piastują tu również funkcję swoistych antagonistów. Ich manieryzm, podobnie jak w przypadku wielu innych postaci z tego filmu, zahacza o mniej lub bardziej zamierzoną parodię. Widoczne jest to już w pierwszej scenie filmu, gdzie już na tym etapie poczułem, że nie „skleję się” z tą produkcją. Dodatkowo wizualnie również nie prezentują się najlepiej, bowiem przez dziwny wygląd garniturów można sądzić, że wyszli prosto z betoniarki. Zdecydowanie groźniejszy od nich był już Alojzy Bąbel, pomocnik demonicznego golarza Filipa z „Akademii Pana Kleksa”. Ten ostatni zabiłby ich pewnie śmiechem… Szkoda mi w tym momencie Wojciecha Zielińskiego, znanego z filmu „Chrzest”, który wcielił się w jednego z agentów.
Zostając przy „Kleksie”, „Człowiek z magicznym pudełkiem” często przypominał mi o produkcjach z szalonym nauczycielem-magiem w kwestii pewnej umowności przedstawionego świata oraz różnych rekwizytów, z których biła sztuczność i metka z napisem „niski budżet”. Tam jednak da się to wytłumaczyć spokojnie konwencją fantasy oraz czasem powstania filmu. Wydawałoby się też, że film mruga okiem w kierunku znanych produkcji typu „Fight Club” oraz serialu „Black Mirror” w kwestii różnych nawiązań, jednak w przypadku „Człowieka…” można mówić o najzwyklejszym w świecie kopiowaniu pomysłów. W przypadku „Fight Club” mamy kalkę sceny z dwójką ludzi trzymającą się za ręce na tle wybuchającego wieżowca (zawartą w trailerze promującym film). Jeśli chodzi zaś o „Black Mirror” to pewna umowność i symbolika korporacji przedstawionej przez Bodo Koxa budzi oczywiste skojarzenia z drugim odcinkiem popularnej serii. Brakowało jedynie ludzi pedałujących na stacjonarnych rowerkach.

Budżetowość filmu objawia się także w różnej jakości efektach komputerowych (od zadowalających po bijące sztucznością, vide scena wybuchu budynku) oraz lokacjach filmu, bowiem spora jego część dzieje się w… starej kamienicy. Nie tego oczekiwałbym po filmie opowiadającym o roku 2030. Brak odpowiednich środków finansowych widać również w wielu rekwizytach. Jakże daleko znajdują się ciuchy z „Człowieka…”, tylko imitujące futurystyczne stroje, od wiarygodnej mody zaprezentowanej w drugiej części „Powrotu do przyszłości”. Kropką nad „i” jest tu swego rodzaju retro-sanktuarium i zarazem mieszkanie Bernarda, gdzie prym wiedzie komputer Atari i srebrne ściany.
Ostateczna miałkość i plastikowość filmu, z jego nielicznymi przebłyskami czegoś dobrego, ostatecznie odbierają mi wszelkie argumenty na jego obronę. Był tu solidny pomysł, jednak jego realizacja pozostawia naprawdę sporo do życzenia. Winszuję, że ktoś bardzo starał się przywrócić polskie science-fiction na salony. Bardzo chciałem, żeby ten film się udał i napisać „Dobre, bo polskie”. Niestety, wyszło jak zawsze.
ZWIASTUN / TRAILER
Relacja z planu:
Sci Fi 2017 – Wszystkie filmy – 55 tytułów >>

Naprawdę niezły film! Przywołano Postać Emfazego Stefańskiego, za co cześć i chwała twórcom. żeby jeszcze aktorka grająca główną rolę poćwiczyła wymowę..
https://www.youtube.com/watch?v=E1d5VvCa8Fo
W imieniu RoboJet zachęcamy do obejrzenia filmu. Tym bardziej, że drugoplanową „pieska” odgrywa nasz automatyczny odkurzacz RoboJet Duel.
Widziałam – rozczarowujące.
Zdjęcia – słabe jak na tego operatora
Efekty – niestety nie
Muzyka – muzyka (poza utworami z epoki) pompatyczna i nie pasuje
Dziękujemy za podzielenie się wrażeniami! Wygląda zatem, że słabo wyszło… wielka szkoda :(