Film „Człowiek demolka” (Demolition man, 1993) – recenzja
- Tytuł polski: Człowiek demolka
- Tytuł oryginalny: Demolition Man
- Rok premiery: 1993
- Reżyseria: Marco Brambilla
- Czas trwania: 115 min.
- Produkcja: USA
- Zwiastun ⇓
Film Człowiek demolka (Demolition Man, 1993) – Recenzja / Opinia
Sylvester Stallone, wraz z Arnoldem Schwarzeneggerem byli prawdopodobnie największymi gwiazdami filmów akcji lat ’80. O ile ten drugi w sci-fi czuł się jak przysłowiowa ryba w wodzie („Terminator”, „Predator”, „Pamięć Absolutna”), o tyle Sly trzymał się raczej „przyziemnych” boksersko-żołnierskich klimatów. W zasadzie film „Człowiek demolka” jest pierwszym filmem tego gatunku w którym Stallone gra rolę pierwszoplanową. Oczywiście, był jeszcze „Death Race 2000”, ale ten film to temat na odrębny tekst.
Wyobraźcie sobie taki widok – elektryczne, autonomiczne auto cicho sunie po drodze w otoczeniu zielonych łąk i futurystycznych, szklanych budowli. Czy to reklama nowego Mercedesa EQS? Nie, to kadr z filmu akcji sci-fi z początku lat ’90. W ogóle twórcy przewidzieli pewne trendy całkiem trafnie, być może nawet zbyt trafnie… Ale o tym trochę później, na razie nieco o fabule filmu „Demolition Man”.
John Spartan (ekhem…) to twardy policjant, jeden z najtwardszych jakich ziemia widziała. O nic nie pyta, na wejście aplikuje „piąchopirynę” a dopiero później pyta, co się stało i kto jest winien. Jego największym wrogiem jest grany przez Wesleya Snipesa psychopata, Simon Phoenix. Niestety, John w swoim bezpardonowym pościgu za bandytą popełnia błąd w wyniku którego śmierć ponosi kilkudziesięciu niewinnych cywili. Karą za to jest pobyt w więzieniu, ale nie takim zwykłym – co to, to nie – Sly trafia do supernowoczesnego więzienia kriogenicznego, gdzie będzie miał dodatkowo wgrywany program „resocjalizacji”. Do tej samej placówki na mroźną odsiadkę trafia też postać grana przez Wesleya. Jednak w wyniku niefortunnych zdarzań, a także pomocy z zewnątrz, po kilkudziesięciu latach Phoenix ucieka, a że ówczesna policja nie przywykła do stosowania przemocy, władze zmuszone są odmrozić „wariata, żeby ścigał wariata”, jak to stwierdzają w filmie.
źródło: kadr z filmu „Demolition Man” (1993)
Aby John nie czuł się w nowym świecie zdezorientowany do pomocy dostaje młodą, zafascynowaną latami ’80 i ’90 XX wieku policjantkę (w tej roli urocza jak zawsze Sandra Bullock) i nieporadnego policjanta Alfreda Garcię, w którego wcielił się Benjamin Bratt. Historia, jak to standardowo bywa w akcyjniakach, jest prosta jak budowa przysłowiowego cepa, jednak nawiązując do poprzedniego akapitu, odpowiedzialni za fabułę Peter Lenkov i Robert Renau niepokojąco trafnie przewidzieli świat początkowych dekad XXI wieku. Po ulicach jeżdżą wspomniane już elektryczne, autonomiczne auta, których kokpity wyglądają jak… Hm… No z grubsza tak, jak wspomniany już w tekście model Mercedesa – ogromne tablety, możliwości rozmów przez komunikatory itp. Drugą, nawet bardziej uderzającą rzeczą jest wręcz niepoprawna poprawność polityczna świata przedstawionego – wszyscy są dla siebie ekstremalnie uprzejmi, odzież jest unisex, mężczyźni nieco zniewieścieli a jedzenie produktów zwierzęcych stało się zabronione. Wypisz wymaluj przyszłość, która nadejdzie ;).
W kwestii gry aktorskiej w „Człowieku demolce” jest całkiem nieźle, oczywiście tylko biorąc pod uwagę z jaką produkcją mamy do czynienia. Sylvester umie się wcielać w twardzieli rzucających onelinerami jak mało kto, podobnie zresztą jak Wesley Snipes. Nie wiem, czy to było zamierzone czy nie, ale jego postać ma zdecydowanie więcej charyzmy niż John Spartan. Garcia odgrywany przez Bratta jest odpowiednio nieporadny, przez co dość zabawny, a Lenina w wykonaniu Sandry… trochę sztuczna. Ale aktorka ta ma w sobie tyle ciepła i uroku, że i tak chce się ją oglądać.
źródło: kadr z filmu „Człowiek demolka” (1993)
Jeśli chodzi o sprawy techniczne – trzeba przyznać, że efekty specjalne w „Demolition Man” są całkiem niezłe, typowo dla blockbustera tamtych czasów. Świat przedstawiony wygląda przekonująco. Kostiumy to takie „najtisowe” wyobrażenie przyszłości, a budynki i auta z grubsza przypominają to, co widać dziś – więc jest dość trafnie. Najbardziej spodobało mi się muzeum XX wieku, które zostało zaprojektowane tak, że bez problemu byłbym w stanie uwierzyć w jego autentyczność.
Dźwięk jest na wysokim poziomie, jednak w filmie nie pojawia się żaden motyw muzyczny, który zapadałby w pamięć – ot, przyzwoita, rzemieślnicza robota.
Kila słów podsumowania…
Generalnie muszę przyznać, że film „Człowiek demolka” zestarzał się znacznie lepiej, niż myślałem. Mało tego, spodobał mi się teraz znacznie bardziej, niż naście lat temu, kiedy go ostatnio oglądałem. Jest bardzo przaśny i „kwadratowy”, ale chyba właśnie przez to seans daje mnóstwo radości, niekoniecznie założonej przez twórców. Dla fanów kina klasy „B” jest to pozycja obowiązkowa, a co do reszty… wydaje mi się, że warto, ponieważ to jeden z ostatnich filmów sci-fi, w których efekty są praktyczne, a wszystko to, co widzimy na ekranie, zostało stworzone ludzkimi rękoma, a nie zostało wygenerowane przez komputer. Polecam.
Zwiastun / Trailer HD
