Opowiadanie SF: „Error Scan”

ERROR SCAN
Paweł ALASTOR

 

< Poprzednia strona

 

II

 

– Jesteśmy na miejscu małpoludzie. – oznajmił AriaZ.

– Dobra, ale co ze mną teraz? Dostane jakieś zakwaterowanie? Odprawę? Według kontraktu…

– Tak, tak, uspokój się.

 

Znajdowaliśmy się na terenie o wiele pustszym niż centrum, zdominowanym przez fabryki i wielkie, ciągnące się wzdłuż ulic kable, czy też gazociągi. Weszliśmy do jednego z zakładów, który okazał się być moim nowym miejscem pracy na przyszłe kilka lat.

 

– Co to ma być do chuja?! – z przerażeniem zawołałem przewodnika, gdy ujrzałem rozległą na wielkość boiska produkcję mięsa.

– Hmm, jakby ci to wytłumaczyć… Genetycznie to głównie krowa czerwona z domieszką słonia afrykańskiego.

– Jakiego słonia?! To są zwierzęta? – Staliśmy na mostku, a pod nami rozpościerały się rzędy równo ułożonych mięsnych kluch, rzeczywiście wyglądających jak spłaszczony słoń, chociaż nie posiadały kończyn.

– Widzisz czarną rurę przymocowaną od przodu? To dopływ karmiący, a widzisz rurę wychodzącą z tyłu? To jest…

– Rozumiem już. Chyba nie musisz mi tłumaczyć. Domyślam, się, że leżą tak od urodzenia, aż po mięsne zbiory? – AriaZ spoglądnął na mnie ostrożnie dostrzegając, że mnie zemdliło.

– Tak. Dokładnie po trzech tygodniach są gotowe. – Agent spojrzał w dal na jednego z pracowników i przywołał go za pomocą impulsu.

– To Klon A400, jeden z pracowników.

– Klon, czyli jeden z setek takich samych pracowników?

– Oj tam zaraz takich samych, podobnych tylko. I nie setek, a milionów.

– Klonie jak to jest być tak bardzo nie wyjątkowym? – zapytałem dryblasa w kombinezonie roboczym.

– Normalnie. Nie narzekam – odparł zimnym głosem.

– Ale nie razi cię to, że jesteś Klonem, wykorzystywanym, którego jedyną robotą jest ta mięsarnia?

– Pozwól, że ci wyjaśnię. – Klon przemilczał chwilę w zamyśleniu, sięgając do sieci po dane o przeszłych wydarzeniach. – Tak, więc gospodarka podatna na różne etapy, raz przeżywa stagnację, czyli moment, w którym ceniony jest pomyślunek i indywidualizm, a w innym rozwój napędzany efektywną produkcją. Dziś mamy czasy produkcji. Na swój sposób czasy spokojne. Ja zostałem stworzony by produkować. Praca fizyczna i trwanie w działaniu daje mi największą satysfakcję i dostawy dopaminy. Tak samo z moim ciałem, mięśniami i posturą. Wszystko po to, by być dobrym pracownikiem. Nie wykazuję inicjatywy, bo nie widzę w niej sensu. Tak zostało to udoskonalone przez lata pracy nad moją genetyką.

– Ale nad moją genetyką nikt nie pracował. Jestem 100% bio-natural. AriaZ, do kurwy nędzy, nie chcę pracować w zdymanej mięsarni. Przecież to praca dla robotów. Już w moich czasach była znacznie bardziej zautomatyzowana. Widziałem, jak wygląda centrum miasta. Wszystko tutaj mogłoby się obejść bez wysiłku człowieka. O co tu w ogóle chodzi z tą praca fizyczną!?

– Spokojnie, Paweł. Ciśnienie ci skoczyło o 7% powyżej normy. Zrozum, że, żeby uzyskać pracę w bardziej zmiennych warunkach musiałbyś zdobyć doświadczenie i edukację. Możemy ci ją wgrać, ale wtedy musisz się zgodzić na zamontowanie chipu sieciowego w mózgu.

– Pierdole to.

– Inaczej nie masz drogi do utrzymania się. Firma Frozz&Go oferuje jedynie pomoc w organizacji noclegu i pracy, ale nic, poza tym.

– Jezu AriaZ, ja nie jestem robotem! – Agent popatrzył spokojnie i wrócił do gaszenia mojego stanu emocjonalnego.

– W Europolis istnieje pewna zasada o nazwie „50/50”. Oznacza ona równy podział w pracy na rzecz całego systemu. Wiesz, przez kilkaset lat, gdy ty spałeś ludzkość borykała się z różnymi problemami natury syntetycznej.

– Natury syntetycznej? Brzmi ciekawie.

– Bunty maszyn krótko mówiąc. Przekazywaliśmy zadania robotom i sztucznej inteligencji. Odciążaliśmy chirurgów, urzędników, służby tak, by zadania wykonywane były na jak najwyższym poziomie, ale to nie wystarczało. Z czasem obarczono AI funkcją polityczną. Ogromna siła obliczeniowa komputera miała dokładnie badać na jakie problemy społeczeństwa powinien reagować system prawny i optymalizować go na bieżąco. Wtedy Sztuczna Inteligencja przestała być sztuczna. Musiała mieć ego, zaczęła pragnąć. Pojawiła się chęć władzy i ambicje. Długo by tłumaczyć, ale to z czym ty kojarzysz obrazy filmowe Matrix, czy Terminator, zwykli ludzie przeżywali w życiu realnym, jeszcze dwieście lat temu.

– Czyli teraz mamy coś w rodzaju sojuszu z maszynami?

– Nie sojusz, a pełna współzależność. Ogromna moc obliczeniowa i perfekcja komputera łączy się z abstrakcyjnym myśleniem i przypadkowością ze strony ludzi tworząc system.  Gdyby nie ludzie, nie byłoby ewolucji i inspiracji dla maszyn. Roboty również muszą mieć sens istnienia, a nic nie ma dla nich większego sensu niż efektywne rozwiązywanie problemów ludzi.

 

***

 

Po paru dniach pracy przy swoim stanowisku, przy krajalnicy przypomniałem sobie moment, w którym ostatni raz przyszedłem do kliniki hibernacyjnej. Wszystkie formalności były już załatwione. Oszczędności życia przelane, a nieruchomość, której byłem spadkobiercom oddana na pokrycie kosztów zabiegu. W standardowych okolicznościach i to wszystko by nie starczyło, ale otrzymałem sporą zniżkę, jako że zezwoliłem na użycie mojego przypadku do celów marketingowych firmy. Zarząd Frozz&Go był zachwycony, że to oni zrealizują kontrakt na najdłuższy w historii zamarznięty sen człowieka.

Ludzie hibernowali się z różnych powodów. Jedni byli ciekawymi świata przyszłości fanatykami sukcesu, z przygotowanym planem na życie lub chcieli być świadkami zjawiska astronomicznego przewidzianego na sto lat w przód. Kolejni to nieuleczalnie chorzy. Zasypiali z nadzieją, że nowa cywilizacja przywita ich panaceum i uwolni od cierpienia. Zdarzali się, też tacy co ze swoim jurnym, młodym organizmem chcieli po prostu przeskoczyć trzydzieści, czterdzieści lat, aby potem w zuchwały sposób objawić się swoim życiowym rywalom, pomarszczonym i schorowanym.

Ja natomiast wsiadając do kapsuły nie miałem jakichkolwiek oczekiwań. Kładłem się zdemotywowany, pogrążony w obłędzie nijakości. Znudzony przemijaniem myślałem o zmarłych bliskich, o rozczarowaniach w relacjach z ludźmi i o osobistych porażkach. Wyobrażałem sobie uniwersum, które opuszczałem: odkryte kontynenty, wyeksploatowaną naturę, toczące się pomniejsze konflikty, oczywistość wszechrzeczy, jałowość społeczności, własną próżność. Nie planowałem się wybudzać. Jakoś tak wyszło. Nieprzygotowany na cokolwiek jestem teraz.

Wiem, że ekscytacja, którą odczuwam jest chwilowa. Widzę jaki to świat. Sterylny i bez miejsca na wolność. Jednak niepewność poruszania się w nim sprawia, że doznaję ciągłej stymulacji, dopaminy poznawczej, jedynej w swoim rodzaju euforii eksploratora.

Poznawanie nie będzie trwać wiecznie, a już teraz dostrzegam oznaki bezsensu egzystencji na który cierpiał co drugi mi podobny onanista w dwa tysiące siedemdziesiątym roku. Wszelkie cechy i możliwości jakie posiadam zostały zgładzone przez zrównanie mnie z klonem w fabryce mięsa.

Otrząsnąłem się niespokojny i odepchnąłem się od panelu taśmy produkcyjnej. Uświadomiłem sobie, że naszły mnie pierwsze objawy monotonii, które zaraz przerodziłyby się w melancholię. Wiedziałem już, że muszę się oderwać od rutyny tak bardzo obecnej jakbym wcale się nie przeniósł w czasie.

 

– Pawle, zdrętwiałeś! – oznajmił za moimi plecami A400.

– Em, no tak. Wybacz zamyśliłem się.

– To nic. Każdemu się zdarza.

– Naprawdę?

– Znaczy, tak mi się wydaje, że komuś pewnie się zdarzyło. Mi akurat nie.

– Rozumiem. Nie narobiłem strat czy coś?

– Nie. – Klon wpatrywał się analizując co mi siedzi we łbie. – Słuchaj, Paweł. Myślę, że już się wprawiłeś w pracę. Czas, żebyś się trochę oderwał. Co ty na to?

– Czytasz mi w myślach czy coś w ten deseń? W sumie bym się nie zdziwił, rok trzytysięczny, wszystko możliwe.

– Nie. Prosta analiza mowy ciała, mimiki i tak dalej. Na dziś koniec tej roboty. Chodź, pokażę ci coś.

Wyszliśmy z fabryki i ruszyliśmy do stojących nieopodal garaży u podnóży bloków sypialnych.

– Właź.

– To twój hangar?

– Można tak powiedzieć. Spójrz na to. – Klon odchylił płachtę ukazując mi uwieszony na stojaku egzoszkielet. – Nieźle co!? – krzyknął podniecony.

– No fajne, coś jak strój super-bohatera. To na jakieś cosplay’e? – spytałem stukając paznokciem w tworzywo zbroi.

– Jakie znów cosplay’e? To prawdziwy kombinezon szybujący. Zakładasz i latasz!

– Co ty chrzanisz?

– Naturalnie. Za twoich czasów już były takie kostiumy – Wingsuit. To dokładnie to samo, chociaż z lekkimi modyfikacjami.

– Eee, to nie dla mnie. Boje się wysokości.

– Przecież o to chodzi, żebyś się bał, adrenalina, szok. Wkładaj to i lecisz!

– Ja mam lecieć? Czemu ty nie lecisz?!

– Ja nie mogę. Raz próbowałem. Blokuje mnie, gdy stoję na krawędzi. Po prostu nie mogę. Jak się cykasz trudno, ale jutro w pracy nie wspominaj o tym, że ci to pokazałem. To skrajnie zakazane. Szczególnie w przestrzeni centrum, gdzie mogłoby dojść do kolizji z pojazdami.

– Dobra dawaj to. Nie ma chuja, że wrócę do tej pracy bez solidnego resetu. Gdzie mogę z tym iść?

 

***

 

Byłem trochę zesrany wchodząc na dziewięćsetne (ostatnie) piętro jednego z drapaczy chmur w centrum. Sąsiednie bloki były nawet wyższe, ale nie chciałem zgrywać kozaka za pierwszym razem. Kostium był wygodny. Idealnie dopasowywał się do mojej sylwetki. Przylegał i termoregulował. Pogoda była jak zawsze: zero wiatru, brak słońca, jedynie widna mgła z widocznością na dwieście metrów i charakterystyczne dla krajobrazu przelatujące komety, prawdopodobnie reflektory szybujących auto-lotów.

Postępując zgodnie z instrukcjami Klona dostałem się na dach i wybrałem krawędź, z której będę miał najlepszy widok i przestrzeń do akrobacji. Stanąłem na krawędzi Wszech-miasta. Dla rodziny i świata, który mnie znał odszedłem w niepamięć. Wszystko co mnie otaczało, kształtowało i sprawiało, że jestem kim jestem już nie istnieje. Spojrzałem w głąb czeluści między dwoma kolosalnymi, bezmiernymi wręcz wieżowcami. Dostrzegłem mrygające świetliki czy inne jednostki, które wiem, że nic dla mnie nie miały. Po prostu tam były, mniej niż ja świadome swoje błahości.

Otrząsam się z bezsensu, który przez moment mną zawładnął i skupiam się na swojej zbroi. Syntetyczne receptory wyczuwały moją melancholię w obliczu wyzwania jakim był skok we mgłę. Blaszki na grzbiecie i pod pachami nastroszyły się.

Rozkładam ramiona jak mesjasz, rozluźniam kark, kolana delikatnie uginają się. Oddaję się siłom grawitacji. Nie skaczę, lecz wpadam w przepaść. Lecę głową w dół, a siła pędu wprawia w drganie lotki na plecach. Nie otwieram skrzydeł, nie mam chęci.

Maska lotnicza blokuje nieprzyjemne uderzenie wiatru. Tylko miasto czuję. Jakbym był teraz jego częścią. Czuję, jak przenika mnie jego przestrzeń. Nie odbieram tego zmysłami: ani wzrokiem, ani słuchem. Fale miasta przenikają mnie, ale są bezwonne, niczym delikatne promieniowanie.

Mgła przede mną ściemnia się. Wibracje słabną, a myśli cichną. Odzywają się instynkty: „chcesz żyć panie kolego”! Naprężam wachlarze i odbijam ku górze. Krew nabiega do mięśni, adrenalina rozbudza umysł. Kontroluję kierunek lotu, obieram destynację.

Klon miał racje, tego potrzebowałem. To niesamowite uczucie. Najwyższy akt wolności oraz buntu. To co robię jest tak bezcelowe i piękne zarazem. Ponadto w każdej chwili mogę spowodować wypadek. Nie powinno mnie to cieszyć. Czy po paru sekundach lotu zaczynam mieć moralniaka? Wystarczy, że coś wyłoni się zza wieży…

 

CZYTAJ DALEJ >>

 

źródło grafiki: www.ecopetit.cat/ecvi/mhimix_cyberpunk-city-wallpaper-sci-fi-city-night/

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 10 Średnia: 4.1]
Komentarze (0)
Dodaj komentarz