Recenzowanie nowelizacji gry Alien Isolation to trudny temat, ponieważ nie wiadomo od jakiej strony go podejść. Czytając tę książkę, odniosłem wrażenie, że autor miał dokładnie taki sam dylemat w trakcie pisania. Creative Assembly, tworząc grę, nie zastanawiali się, czy ich grywalne dzieło będzie się nadawało do adaptacji na medium, które funkcjonuje na kompletnie innych zasadach. IGN próbowało z niej zrobić web-serię i poległo. Czy autor Keith R. A. DeCandido, też poległ? I tak, i nie. Wiem, że to jest słaba i wymijająca odpowiedź, ale zaraz wytłumaczę dlaczego ma w tym przypadku sens.
Książka Alien Isolation (Obcy: Izolacja) – Recenzja / Opinia
Zanim zacznę recenzować i opisywać, jak wypadła książka „Alien Isolation”, muszę najpierw napisać kim jest autor. Keith DeCandido nie był przypadkowym wyborem. Autor ma na koncie nowelizacje takich serii jak Star Trek, Spider-Man, Warcraft, Dungeons & Dragons, Stargate, Resident Evil, itd. oraz ponad 25 lat doświadczenia. To jest bardzo imponujące CV. Keith miał również do czynienia z Obcym, dostarczając opowiadanie „Deep Background”, które zostało opublikowane w zbiorze pt.: „Aliens: Bug Hunt”.
Wydaje się zatem, że to kandydat idealny. Ale…
Czytając pierwszy lepszy wywiad z DeCandido, przeprowadzony w związku z premierą książki „Alien Isolation”, dowiedziałem się, że autor nie grał w grę ani przed, ani w trakcie, ani po napisaniu książki. Jak sam bowiem przyznał – nie jest graczem (!). Twórca nowelizacji Resident Evil, Command & Conquer, czy StarCraft nie jest graczem… DeCandido, próbując wyjaśniać, tłumaczy, że w procesie twórczym miał do dyspozycji wszystkie materiały związane z grą oraz obejrzał świetny gameplay na YouTube… Czar pryska coraz bardziej.
Wydawcą książki jest Titan Books, którzy mają w swoim repertuarze już kilka powieści związanych z franczyzą Alien oraz sporą ilość albumów. Książka ma ok. 330 stron i z jakiegoś powodu podzielona jest na trzy części. Pomijając prolog (pt.: Discovery), pozostałe części to: Determination (ok. 100 stron), Isolation (ok. 120 stron) oraz Redemption (ok. 80 stron). Nie mam pojęciu czemu służy ten podział.
Główną bohaterką jest oczywiście Amanda Ripley, córka Ellen Ripley, która udaje się w podróż kosmiczną na stację handlową Sevastopol, w celu przejęcia czarnej skrzynki statku Nostromo, który w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął wraz z jej matką.
Całość zaczyna się interesująco od wydarzeń, które w grze opowiadane są bohaterce w jakiejś 1/3 rozgrywki. Załoga statku Anesidora ląduje na LV-426 i odnajduje opuszczony wrak z pierwszego filmu. To właśnie oni przywiozą na pokład stacji kosmicznej Sevastopol osobę, z której „wykluje się” Obcy.
Uważam, że to był słuszny pomysł aby tak otworzyć książkę. Stanowi to dobry wstęp, który tutaj działa idealnie, a w grze z wielu względów byłoby inaczej.
Pierwsze kilkadziesiąt stron książki jest naprawdę obiecujące. Autor nie stara się usilnie odtwarzać każdej sekundy gry, a do tego uwzględnione są flashbacki dotyczące przeszłości Amandy (których w grze nie było). Keith DeCandido wplata nawet postać Zuli Hendricks, która pojawia się w komiksach z serii Aliens Defiance i Aliens Resistance, czyli kontynuacjach gry „Alien Isolation”. Na tym etapie, nowelizacja prezentuje się dosyć świeżo, ale to szybko się zmienia. Kiedy akcja dociera do momentu, w którym bohaterka trafia na Sevastopol, robi się dziwnie. Znika gdzieś świeżość i pojawia się bolączka pozostałej części książki.
DeCandido zaczyna wówczas bawić się w przydługawe i zbyt dosłowne „przepisywanie gry”. Opisuje w jaki korytarz Amanda skręciła, co podniosła, a nawet wymienia składniki z jakich w grze można skonstruować bombę dymną. 80% dialogów jest żywcem przepisane z gry. Oczami wyobraźni widzę jak facet siedzi przed kompem i robi notatki oglądając gameplay na YouTubie, co chwila pauzując i powtarzając sobie pod nosem kwestie, które właśnie wypowiedziała jakaś postać. Są takie fragmenty książki, które dosłownie wyglądają jak opis przejścia gry.
Z drugiej strony DeCandido ma czasami przebłyski, takie jak np. ujęcie wydarzeń związanych ze spotkaniem Dr. Kuhlmana. Przypomnę, że w grze jest to lekarz, który siedzi sobie za szybą i instruuje nas zdalnie, jak zdobyć kod i kartę do centrum medycznego. W książce, Kuhlman ma złamaną nogę i wcale nie ukrywa się w oszklonym gabinecie. Jego motywy są też zupełnie inne, co będzie stanowiło niespodziankę dla znawców „Alien Isolation”. Autor świetnie przerobił ten urywek, aby miał więcej sensu po wyjęciu go z kontekstu gry. To właśnie nazywam dobrą adaptacją i chciałbym żeby takich przykładów było w tej książce więcej. Niestety, jest ich tyle, co kot Jonesy napłakał.
To jednak nie jest jeszcze największy problem…
Im dalej w las, tym bardziej autor zaczyna iść na skróty. Kiedy mając za sobą 250 stron (z 330) zauważyłem, że jesteśmy dopiero w połowie gry – zacząłem się niepokoić. Niestety tak to wygląda już do końca tej nowelizacji. Czuć niemal, że DeCandido miał już dosyć, więc skracał i ucinał wszystkie możliwe fragmenty, jakie dało się uciąć nie rozbijając sensu fabuły.
Podam Wam przykład. Pamiętacie ten segment gry, w którym Amanda dostaje się do głównego komputera matki, po czym zmuszona jest do odwiedzenia reaktora stacji Sevastopol, gdzie odkrywa ul, który zrobili sobie Obcy? To był naprawdę istotny i mocno stresujący fragment gry, który dłużył się niesamowicie, bo przecież niemal wszyscy czołgaliśmy się tam po ziemi i bawiliśmy z androidami w kotka i myszkę.
W książce to wygląda mniej więcej tak: Amanda wpada do pomieszczenia z reaktorem – szwendają się tam dwa androidy. Ripley w biegu wysadza jednemu głowę ze strzelby, drugiemu zresztą też. Wpadła do ula, jęczy, wypada z ula, macha dźwigienką i .. koniec. Dosłownie kilka stron.
Tutaj właśnie wyłazi najbardziej kwestia braku osobistego uczestniczenia w grze Keitha DeCandido. Jego opis idealnie pasuje do tego, jak odbiera się „Alien Isolation”, kiedy ogląda się na YT gameplay doświadczonego gracza. Wszystko tam idzie bardzo swobodnie, tu sobie ktoś strzela do androida, tu ukryje przed Obcym, itd. Dopiero kiedy samemu musimy zagrać, zalewa nas ogromna fala stresu. I tego napięcia nowelizacja kompletnie nie oddaje. W książce, będąc w ulu, Amanda strzela do facehuggera ze wspomnianej wcześniej strzelby i nie alarmuje to absolutnie żadnych Obcych. To jest rażący błąd, który nigdy nie przydarzyłby się komuś kto faktycznie grał w grę, i wiedział, że trzeba się w niej liczyć z każdym szurnięciem buta. Nie wspominając nawet o tym, że Amanda zabija jednego z Obcych miotaczem ognia. Opisy bywają czasami tak pobieżne, uproszczone, kompletnie pozbawione emocji, że chyba nie dało się bardziej odejść od klimatu pierwowzoru.
Oczywiście, można użyć argumentu, że przecież książka to nie gra, i tak wygląda adaptacja. Jednak nie kupuję tego. Czytałem wiele książek, nawet o Obcym, w których udało się efektywnie przelać na kartki terror i uczucie zaszczucia. Książka „Alien Isolation” tego nie ma. Nie czujemy tych kilometrów, które Amanda zrobiła na Sevastopolu, nie czujemy ciasnoty szybów wentylacyjnych, którymi się porusza, kompletnie nie czujemy strachu przed androidami, które w książce padają jak muchy, a przede wszystkim nie czujemy obecności Obcego. Co gorsza, odnosi się wrażenie, że autor zwyczajnie się nudzi i pospiesza akcję nie ze względu na pułapki adaptacyjne, ale żeby jak najszybciej dobrnąć do końca.
Na szczęście, DeCandido dołączył chociaż epilog znany z web-serii, dzięki któremu historia nie zostaje zawieszona, tak jak w grze (która miała doczekać się prawdziwej kontynuacji, ale to nigdy nie doszło do skutku i raczej już nie dojdzie).
To jest jedno oblicze powieści.
Książka „Alien Isolation” ma też drugie, które buduje wspomnienia z młodości Amandy Ripley. Na oko, stanowi jakieś 2/5 całej nowelizacji i muszę przyznać, że te fragmenty wypadają zdecydowanie lepiej.
Z tego co wiem, Keith DeCandido odrobił pracę domową w trakcie projektowania młodej Amandy. Opierał się między innymi na notatkach, które Ridley Scott robił na temat życia Ellen Ripley w trakcie kręcenia pierwszego filmu. To nie jest fan fiction, wszystko zgodne jest z trochę niepisanym, ale jak najbardziej wiarygodnym kanonem. Historia dorastania Amandy jest ciekawa. Czuć, że autor miał znacznie większą radość z pisania tych fragmentów, niż z przenoszenia na kartki wydarzeń z gry. Niestety jest to tak odczuwalne, że aż razi. Wygląda to tak jakby Keith DeCandido bardzo chciał napisać powieść o młodej córce Ripley, ale musiał iść na kompromis i połączyć to z nowelizacją gry, w którą nie planował nawet grać.
Inna sprawa to konstrukcja książki. Opowieść znana z gry, przeplatana jest wspomnianymi migawkami z przeszłości. Wydaje się, że autor szukał uparcie pretekstu żeby tych migawek było jak najwięcej i o ile taka przeplatanka była dobry pomysłem, to ostatecznie nie czuje się, aby wszystko to łączyło się w spójną całość. Historia przeszłości bohaterki urywa się w sumie dosyć nagle. Jeżeli te wstawki miały pokazać powody, dla których Amanda zdecydowała się lecieć z Samuelsem na Sevastopol, to te powody było już widać na bardzo wczesnym etapie książki. Powiem więcej. W grze nikt nas nie musi przekonywać o tym, że córce Ripley bardzo zależy na odkryciu losu, jaki spotkał jej matkę. Nie ma tam żadnych przebitek z przeszłości, a jednak w krótkich wypowiedziach, reakcjach, itd., czujemy co bohaterka przeżywa. Myślałem zatem, że te migawki w książce połączą się z innymi wątkami, ale nie. One nakreślają nam tylko, jak wyglądała młodość Amandy, i to jest ok, ale pewnie nie czepiałbym się tego gdyby reszta książki, faktyczna adaptacja gry, była napisana trochę lepiej.
Jeśli chodzi o postacie, to raczej nie wykorzystano szansy, aby nadbudować to, co pojawiło się w pierwowzorze. Pomijając oczywiście Amandę Ripley, chyba jedynie Waits został przedstawiony w przyzwoity sposób. Postacią która pojawia się bardzo często w książce (a której nie było w grze) jest mąż Ellen Ripley i ojczym Amandy – Paul Carter. Niestety został on ukazany tak stereotypowo, jak tylko się da. Kłopoty z alkoholem, awantury w barach, problem ze znalezieniem pracy, uniemożliwienie córce kontynuowania nauki w szkole, itd. Autor się tu nie wysilił.
W inny, acz równie dziwny sposób potraktowano Axela, pierwszego mieszkańca Sevastopola, którego Amanda spotyka na swojej drodze. Nie wiem jak Wy, ale ja go w grze polubiłem. Pojawił się na krótko, był chamski i pyskaty, ale swoim przytomnym podejściem, pomysłowością i ciętymi ripostami, zyskał sobie sympatię niejednej osoby. Gra nie sugerowała nam w żaden sposób, jakie mamy mieć podejście do napotkanych postaci. Tymczasem DeCandido potwornie pastwi się w książce nad Axelem, aż do tego stopnia, że robi nam się go po prostu żal.
Szkoda, że autor nie wykorzystał weny, aby trochę popracować nad Ricardo, który niestety został jeszcze bardziej wypłaszczony niż w grze. Widać tu wiele zmarnowanych okazji na uzupełnienie pewnych fabularnych ubytków „Alien Isolation”, z czego autor nie skorzystał, bo skupiał się na opisywaniu tego, jak ojczym Amandy śmierdział piwem. Może jestem zbyt surowy, ale niech to będzie moja zemsta za Axela.
Zbliżam się do końca tej recenzji i tak jak uprzedzałem, i jak pewnie widzicie, próbuję podejść do tego tematu od wielu stron i przyjąć różny punk widzenia.
Kiedy ta książka działa? W tych momentach kiedy autor nie jest zmuszony do adaptowania gry. Zdecydowanie najciekawsze i najlepsze są opisy wydarzeń z dzieciństwa i młodości Amandy Ripley. Keith DeCandido miał tutaj znacznie większą dowolność. Te fragmenty książki czyta się naprawdę dobrze. Nie jest to może do końca satysfakcjonujący element w kontekście całości, ale możliwość lektury na temat konsekwencji zniknięcia Ellen Ripley w pierwszym filmie, to coś co zaciekawi każdego fana serii. Ponadto, nowelizacja służy też jako wplecenie do historii Amandy postaci Zuli Hendricks, która jest bohaterką komiksowej kontynuacji gry. Książka może też być nieco bardziej zjadliwa dla tych, którzy podobnie jak autor – nie są graczami, darowali sobie „Alien Isolation” w formie gry, ale chętnie by poczytali, bo taka forma rozrywki bardziej ich kręci.
W pozostałym zakresie, powieść nieszczególnie działa. Keith DeCandido nawet nie musiał się przyznawać do odpuszczenia rozgrywki, gdyż to łatwo wyczuć podczas lektury. Dla każdego, kto przeszedł, czy nawet po prostu spędził trochę czasu przy tej legendarnej produkcji Creative Assembly, nowelizacja będzie pełna zgrzytów. Będą mocno drażniły fragmenty przypominające dosłowny opis gry, czy niechlujne skrócenia lub usuwanie pewnych kluczowych scen. O tym, że autor nie grał w „Alien Isolation”, wiedziałem zanim zacząłem lekturę, ale dopiero po przeczytaniu książki dotarło do mnie, jak duże to miało znaczenie. Jako wielki fan gry, miałem naprawdę spore nadzieje wobec nowelizacji. To, co finalnie otrzymałem, nie może mnie jednak w pełni zadowolić.
Mimo wszystkich wymienionych wad, nie odradzam lektury książki „Alien Isolation”. Powieści tej nie mogę zbyt gorąco polecić, jednak same fragmenty opisujące młodość Amandy Ripley to już coś, co sprawia, że czas poświęcony tej powieści nie będzie zmarnowany. To nie jest najlepsza książka o Obcym, który stanowi tutaj totalne tło, ale to nie najgorsza opowieść o córce Ellen, a i po części o samej Ellen. Ponadto, jest to dosyć dobry tie-in, jeśli zamierzacie zagłębić się również w lekturze komiksów, będących kontynuacją gry. Większość graczy, zwłaszcza tych, którzy spędzili przy Isolation dużo czasu, będzie przewracać oczami co kilka stron, ale kto wie, może komuś jednak przypadnie do gusty taka forma prezentacji tej historii.
W skrócie – jeżeli lubicie czytać książki i przy okazji szkolić swój angielski, to śmiało możecie zaryzykować z lekturą „Alien Isolation”. Jeśli czytacie rzadko lub dobieracie książki w mocno przemyślany sposób, to raczej powieść DeCandido możecie sobie darować.
Recenzowana książka nie została niestety wydana na rynku polskim, ani przetłumaczona na nasz język. Niemniej można ją zakupić na popularnych serwisach aukcyjnych oraz księgarniach internetowych z literaturą anglojęzyczną. Jak chcecie ją nabyć, na pewno Wam się uda!