40 lat filmu „Obcy: decydujące starcie”. Jak Cameron zdefiniował uniwersum Obcego
Czterdzieści lat… Tyle mija od kinowej premiery „Aliens” Jamesa Camerona.
Dokładnie 14 lipca 1986 roku film po raz pierwszy został zaprezentowany publiczności podczas premiery w Los Angeles.
Paradoks polega na tym, że największy wpływ tego filmu na uniwersum Obcego jest dziś niemal niewidoczny. Stał się tak oczywisty, że przestaliśmy to dostrzegać.
Większość fanów uniwersum Obcego zna ten film na pamięć. Cytujemy dialogi, pamiętamy kolejne sceny, doskonale wiemy, jak wyglądają elementy kolonii na LV-426. Wydaje mi się jednak, że rzadziej zastanawiamy się nad tym, jak przez te cztery dekady pomysły Camerona przestały być kojarzone z samym filmem, a stały się po prostu oczywistą częścią świata Obcego.
Popatrzmy – działka pulsacyjne, APC, motion tracker, industrialna Hadley’s Hope, kolonialni Marines USMC, królowa Obcych, Power Loader itd.
Dzisiaj trudno wyobrazić sobie uniwersum bez tych elementów, bo tak mocno wrosły w jego DNA. Szkopuł w tym, że w 1986 roku nic z tego jeszcze nie istniało.
Cameron nie dopisał zatem kolejnego rozdziału do historii stworzonej przez Ridleya Scotta. W dużej mierze zdefiniował sposób, w jaki przez następne dekady wyobrażaliśmy sobie całe uniwersum. Wystarczy spojrzeć na gry, komiksy, powieści czy kolejne filmy. Znaczna część z nich porusza się po ścieżkach wyznaczonych właśnie przez „Aliens”.
Cały paradoks polega na tym, że wpływ tego filmu stał się tak ogromny, iż niemal przestał być zauważalny.
Podobnie jest z Królową Obcych. Dziś trudno wyobrazić sobie biologię Ksenomorfów bez tej postaci. Tymczasem przez siedem lat od premiery „Obcego” nikt nie wiedział, skąd właściwie biorą się jaja. Cameron odpowiedział na to pytanie jednym pomysłem, który wydaje się tak naturalny, jakby istniał od samego początku, mimo że scena z odnalezionym Dallasem z wersji reżyserskiej pierwszej części sugerowała zupełnie inną, znacznie bardziej makabryczną drogę rozmnażania Obcego.
Lubię też wracać do „Aliens”, bo przypomina, że dobre kino nie starzeje się od efektów specjalnych. Owszem, widać wiek monitorów, komputerów czy części efektów praktycznych. Łatwo da się odczuć, że to połowa lat osiemdziesiątych. Dla młodszych odbiorców może to wyglądać przedpotopowo i szczególnie dziwnie biorąc pod uwagę kreację przyszłości. Osobiście uwielbiam jednak tę retrofuturystyczną estetykę. Dzięki swojej analogowości świat przedstawiony wydaje mi się bardziej namacalny niż wiele współczesnych futurystycznych wizji. Odpalając „Obcy: decydujące starcie” czuję się zatem jak w domu. A jeśli komuś analogowa i namacalna technologia nadal przeszkadza, po kilkunastu minutach przestanie na to zwracać uwagę, ponieważ film przedstawia znakomicie opowiedzianą historię.
Cameron doskonale rozumiał, jak budować napięcie. Wprowadza teoretycznie wyszkolony oddział marines, daje im broń, pojazdy, technologiczną przewagę, dzidy i atomówki, po czym systematycznie odbiera im kontrolę nad sytuacją. To nie było takie oczywiste. Intuicja podpowiadała, że skoro przeciwko potworom staje oddział żołnierzy uzbrojonych po zęby, horror powinien ustąpić miejsca widowiskowej akcji. A tutaj dzieje się coś niemal odwrotnego. Akcji nie brakuje, ale im więcej siły ognia dostają ludzie, tym bardziej przerażający stają się same Kseny. Jedną z najważniejszych kulminacji tego procesu pozostaje spotkanie z Królową Obcych.
Jest taka scena, w której słyszymy, że jej-wysokość bestia nadchodzi, wyłania się jakiś kształt w mroku przy schodach. Coś widzimy, ale tylko zarys i nagle dostajemy błysk wyładowania elektrycznego (Cameron miał fioła na tym punkcie, co podkreślał w Terminatorze) – genialne proste rozwiązanie. W tym momencie widzimy łeb Królowej wyłaniający się z karapaksu i ten las zębów, zaraz potem niemal koci ruch głową i syk w stronę kamery… To było coś genialnego, aż ciarki przechodzą na samo wspomnienie. A jeszcze pomnóżmy to doznanie przez fakt, że pierwszy raz widziałem tą scenę na VHS u kolegi będąc dzieciakiem, który tak naprawdę niewiele jeszcze w życiu widział…
Zresztą nie było w tym nic wyjątkowego. Choć świat poznał „Aliens” latem 1986 roku, polska premiera kinowa odbyła się dopiero w sierpniu 1990 roku. Dla ogromnej części mojego pokolenia pierwszym spotkaniem z filmem nie było więc kino, lecz kaseta VHS z charakterystycznym lektorem, oglądana u kolegi albo wypożyczona z osiedlowej wypożyczalni. Dlatego wspomnienia związane z „Obcym: decydującym starciem” mają w Polsce trochę inny smak niż na Zachodzie.
Uwielbiam też prostotę motion trackera. Dzisiaj podobne sceny pewnie wypełniłyby komputerowe efekty i dziesiątki ujęć potworów. A tymczasem Cameron pokazuje jedynie migający ekran i każe słuchać charakterystycznego sygnału oraz obserwować twarze bohaterów. Resztę dopowiada wyobraźnia widza, która nadal pozostaje znacznie skuteczniejszym narzędziem niż najbardziej spektakularne efekty komputerowe. Doskonale ten element wykorzystali twórcy gry „Alien: Isolation”.
Jest jeszcze jedna rzecz, której z wiekiem zacząłem doceniać jeszcze bardziej.
Cameron nie próbował poprawiać filmu Ridleya Scotta. Nie tłumaczył wszystkiego od nowa, ani nie zmieniał zasad tego świata oraz nie chciał usilnie udowodnić, że ma lepszy pomysł. Zadał sobie znacznie prostsze pytanie:
co wydarzyłoby się, gdyby ktoś wrócił na miejsce koszmaru z pierwszego filmu, dysponując pełnoprawnym wojskiem, najlepszą technologią i świętym przekonaniem, że tym razem wszystko da się kontrolować?
Z tych myśli narodziła się jedna z najwybitniejszych kontynuacji w historii kina.
Ale czy „Aliens” jest filmem idealnym?
Mój wewnętrzny potwór krzyczy w tej chwili – ale jak to nie jest?!
OK – załóżmy, że nie jest idealny. Niektórzy marines są mocno przerysowani (tylko czy nie za to ich kochamy?). Kilka efektów specjalnych wyraźnie zdradza swoje cztery dekady (np. nakładanie lotu Dropshipa). Można znaleźć scenariuszowe uproszczenia i narzekać, że koszmarną pojedynczą zmorę z pierwszej części zamieniono na hordy wroga, którzy giną masowo i bezrefleksyjnie. Tylko po co to wszystko uwypuklać, skoro niewiele z tych rzeczy ma realne znaczenie podczas kolejnego seansu.
Dlaczego wspominam o rysach na krysztale? Ponieważ „Obcy: decydujące starcie” od czterdziestu lat wywołuje spory. Dla jednych pozostanie filmem, który nigdy nie dorówna klaustrofobicznemu horrorowi Ridleya Scotta. Dla innych jest najlepszą kontynuacją w historii kina oraz perełką militarnego science fiction. Co ciekawe, te dwa spojrzenia wcale się nie wykluczają. Mówią po prostu o dwóch zupełnie różnych filmach, które wspólnie zbudowały kanon jednego z najciekawszych uniwersów w historii kina.
Po czterdziestu latach coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że największym osiągnięciem Camerona nie było stworzenie świetnego sequela, ale sprawienie, że dziś bardzo wielu fanów nie zastanawia się, które elementy świata Obcego wymyślił Ridley Scott, a które James Cameron. One po prostu stały się jednym, spójnym uniwersum.
Jeżeli po latach wracacie do „Aliens”, warto zajrzeć również do naszych wcześniejszych materiałów.
Szczegółowo porównaliśmy wersję kinową z edycją reżyserską, pokazując, które sceny rzeczywiście zmieniają odbiór filmu.
Więcej o interpretacji postaci Ripley i Bishopa przeczytacie w osobnym artykule, gdzie prezentujemy także więcej informacji o samym filmie.
Przygotowaliśmy także cykl artykułów poświęconych technologii świata „Aliens” – od uzbrojenia i wyposażenia Marines, przez transportery APC i Dropshipy, aż po Power Loader oraz inne elementy, które przez lata stały się ikonami całego uniwersum.
Miłej lektury i obowiązkowego dzisiaj seansu drugiej części Obcego!