Film „War Machine” (Maszyna do zabijania, 2026) – Recenzja

2

„War Machine”, lub bardziej dosadnie brzmiący polski tytuł – „Maszyna do zabijania”, to militarny akcyjniak science-fiction, który najlepiej działa, gdy nie próbujesz traktować go zbyt serio. Netflix wrzucił tutaj do jednego worka amerykańskich twardzieli o bolesnych doświadczeniach, temat elitarnych szkoleń i parcia do samorozwoju, zabójczą maszynę z kosmosu, survivalową akcję i sporą dawkę testosteronu podlanego „patosowym” sosem rodem z amerykańskiego kina wojskowego.

Punkt wyjścia jest prosty i właściwie streszcza cały seans: oddział żołnierzy kontra kosmiczny terminator w nieskończonym trybie ‘scan-target-destroy’. W praktyce przypomina to mocno wariację na temat „Predatora”, ale w wersji technologicznej – mechaniczny przeciwnik ściga bowiem grupę ludzi przez coraz bardziej niegościnny, dziewiczy teren, a film dokłada do tego kolejne starcia, ucieczki – czy nazwijmy to lepiej „przegrupowania” – oraz momenty desperacji bohaterów.

Jeśli podejść do tego z odpowiednim nastawieniem, można się przy tym całkiem nieźle bawić. Jest tu sporo nawiązań i mrugnięć oka do fanów gatunku: echa „Aliens”, „Wojny światów” czy „Na skraju jutra”, a znajdziemy też sporo dynamiki znanej z gier akcji, gdzie napięcie wynika z samej fizyczności starcia. Wbrew pozorom działa to całkiem dobrze, zwłaszcza gdy przestaje się oczekiwać czegokolwiek poza prostą gatunkową przyjemnością. Wtedy dwie trzecie filmu naprawdę potrafi wciągnąć, a samą katastrofalną końcówkę można wybaczyć.

Na osobną uwagę zasługuje sama kreatura – kosmiczna maszyna będąca głównym antagonistą tej historii. Projekt mecha nie jest może szczególnie oryginalny, ale działa dzięki temu, jak film buduje wokół niego napięcie. Są momenty, w których nagłe pojawienie się maszyny lub aktywacja jej systemów czy charakterystyczny dźwięk skanowania przestrzeni – potrafią wywołać ciarki na plecach. W takich scenach twórcy umiejętnie grają ciszą, tempem montażu i świadomością widza, że za chwilę coś się wydarzy. To właśnie wtedy „Maszyna do zabijania” najbliżej podchodzi do atmosfery technologicznego horroru, zanim znów wraca do bardziej klasycznego kina akcji.

Przez sporą część seansu „War Machine” nie udaje, że jest czymś więcej niż sprawnie zrealizowanym akcyjniakiem z elementami science fiction. Tempo jest solidne, sceny starć są czytelne, a całość opiera się w dużej mierze na fizyczności akcji. Nie ma tutaj przesytu CGI (on występuje i jest średniej, 'telewizyjnej’ jakości, ale nie zalewa ekranu) czy chaosu montażowego.

„Maszyna do zabijania” ma w sobie coś ze starej szkoły widowiskowego survivalu: żołnierze reagują instynktownie, przemieszczają się, walczą, tracą przewagę, a następnie próbują ją odzyskać. Trochę jak w grach akcji i muszę przyznać, że w takich momentach film działa dobrze, jako bezpretensjonalna rozrywka, którą ogląda się z przyjemnością, szczególnie w trybie „piątkowego seansu”, kiedy nie ma się siły ani ochoty na ciężkie kino, tylko na czystą gatunkową energię i – mówiąc kolokwialnie – dosadną „rozpierduchę”.

Na plus działa też samo otoczenie pola walki – plenery Nowej Zelandii, z surowymi dolinami i rzecznymi kanionami, potrafią momentami naprawdę zauroczyć. Ta dzika, niemal dziewicza przestrzeń świetnie buduje klimat odosobnienia oddziału, który musi radzić sobie tutaj sam, ścigany przez kosmicznego zabójcę.

Swoją rolę w budowaniu tej energii spełnia także muzyka. Jest dynamiczna, głośna i bardzo wyraźnie podporządkowana rytmowi akcji. Problem w tym, że pod względem kompozycyjnym brzmi jak zestaw schematów dobrze znanych z kina militarnego i science fiction ostatnich kilkunastu lat, a może i kilku dekad. To soundtrack wtórny jak cholera – powiela utarte przez lata rozwiązania, pulsujące bębny, syntezatory i patetyczne wejścia orkiestry. Trudno tu mówić o jakiejś świeżości, ale jednocześnie nie można odmówić mu skuteczności. W momentach konfrontacji czy pościgów muzyka potrafi podbić emocje i dodać scenom odpowiedniej intensywności.

 

Problem pojawia się w chwili, gdy film zaczyna próbować udawać, że pod tą prostą konstrukcją kryje się coś więcej. Scenariusz sygnalizuje tematy, które mogłyby być naprawdę interesujące – autonomiczne systemy wojskowe, etyka użycia sztucznej inteligencji do zabijania czy też militarna automatyzacja w przyszłych konfliktach zbrojnych. W praktyce nie ma w tym filmie przestrzeni na rozwinięcie tego w żaden przekonujący sposób i te elementy pozostają jedynie dekoracją dla kolejnych starć.

Szczególnie widoczne jest to również w dialogach, które momentami brzmią jak techniczna ekspozycja albo stereotypowe wojskowe one-linery, co paradoksalnie może momentami fajnie działać – patrz „Termodynamika… motherf*”. Chwilowo rzucanie takim one-linerem przyprawić widza o szczery uśmiech, ale tez dobrze oddaje to charakter całej narracji – ma być efektownie, ale jednocześnie bardzo, ale to bardzo powierzchownie.

Najbardziej problematyczna okazuje się jednak końcówka. Tam, gdzie film mógłby spróbować zbudować sensowną kulminację, pojawia się nagły przypływ ciężkostrawnego patosu i fabularnych uproszczeń tak mocnych, że aż zęby zaczynają boleć. Wątki zostają domknięte w sposób zaskakująco naiwny, jakby twórcy w ostatnim akcie postanowili mocno doprawić całość heroiczną legendą o żołnierskiej determinacji.
W efekcie można się też zastanawiać, dlaczego główny bohater, będąc już w bazie, nie wzywa natychmiast pomocy dla rannego i targanego kilometrami towarzysza, tylko niemal teatralnie dociera tam, gdzie miał dotrzeć dla dobra scenariusza? Albo kwestia jeszcze bardziej fundamentalna: dlaczego właściwie maszyny chcą dokonać inwazji na Ziemię? Film „War Machine” sugeruje wielkie zagrożenie, ale nigdy nie rozwija jego przyczyn ani kontekstu. Takie skróty narracyjne mogłyby działać w kinie science fiction sprzed czterech dekad, kiedy sama wizja technologicznego wroga była wystarczająca. Dzisiaj aż prosi się o choć minimalne poszerzenie perspektywy.

Mimo oczywistych zastrzeżeń trudno uznać „Maszynę do zabijania” za seans nieudany. Przez dobre dwie trzecie filmu działa on dokładnie tak, jak powinien działać popcornowy akcyjniak z elementami sci-fi: jest bardzo dynamicznie, bezpretensjonalnie, akcja nie pozwala oderwać oczu od ekranu, a dodatkowo mamy wyraźne ukłony w stronę klasyki gatunku. To produkcja, która na pewno nie zapisze się w historii kina science fiction, ani nie wniesie nic nowego do dyskusji o technologii w wojsku itp. Jednak potrafi dostarczyć solidnej, choć bardzo powierzchownej rozrywki. Ostatecznie to właśnie najuczciwsza charakterystyka tego filmu: bez szału, bez wielkich ambicji, ale i bez udawania tego czym nie jest – jako piątkowy seans z dużą dawką akcji i nostalgicznymi odniesieniami do klasyków gatunku – smakuje całkiem przyzwoicie.

 

OCENA :

2+/4 (mały plusik dla fanów gatunku)

dr Gediman
 

Zwiastun / Trailer

 

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 2 Średnia: 5]
Zobacz także
2 komentarze
  1. chrumcio

    Aż przypomniały się czasy VHS :P
    https://www.youtube.com/watch?v=wgKqKggYdDE

    1. Dr Gediman

      Robot Jox zawsze na propsie :)

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.