Film „King Kong” (1933) – wizualnie zachwyca nawet dzisiaj [recenzja]

1
  • Tytuł: King Kong
  • Reżyseria: Merian Cooper i Ernest Schoedsack
  • Scenariusz: Merian Cooper i Edgar Wallace
  • Kraj produkcji: USA
  • Rok produkcji: 1933
  • Czas trwania: 100 minut
  • Zwiastun ⇓

Film „King Kong” z 1933 roku nie jest ani pierwszą, ani najoryginalniejszą produkcją sci-fi w historii. Niemniej jednak, w moim odczuciu, jest to jedno z najważniejszych (jeśli nie najważniejszym) z widowisk filmowych jakie kiedykolwiek powstały. Dlaczego tak uważam? O tym dowiesz się, drogi czytelniku, z dalszej części niniejszej recenzji.

 

Film King Kong (1933) – Recenzja / Opinia

 

Po blisko dziewięćdziesięciu latach od ukazania się filmu wydaje mi się, że nie muszę obawiać się o spojlery – fabuła recenzowanej produkcji stanowi swego rodzaju parafrazę klasycznej baśni Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve z 1740 roku pod tytułem „Piękna i Bestia”. Otóż zmagająca się z problemami finansowymi i mająca niewielkie doświadczenie Ann Darrow, ze względu na swoją olśniewającą urodę zostaje dostrzeżona przez ekscentrycznego reżysera filmowego Carla Denhama i zaaranżowana do głównej roli żeńskiej w jego nowym filmie. Na miejsce akcji filmowiec wybiera sobie niezbadaną i owianą złą sławą Wyspę Czaszki. Na miejscu okazuje się, że faunę wyspy stanowią dinozaury, ogromne insekty i tytułowy Kong, czczony przez tubylców, ogromny goryl. Przy pierwszym spotkaniu ekipy filmowej z autochtonami ci dostrzegają niesamowitą urodę Ann i postanawiają porwać ją oraz złożyć w ofierze Kongowi. Filmowcy chcą uratować dziewczynę, jednak wówczas jeszcze nie mają pojęcia, z czym przyjdzie im się mierzyć…

Tak po krótce prezentuje się zawiązanie akcji filmu „King Kong” z 1933 roku. Jak już pisałem, prawdopodobnie historia jest znana większości widzów, więc nie ma sensu więcej na ten temat pisać. Jeżeli jednak nie fabuła, to co wyróżnia „King Konga” z szeregu innych ówczesnych produkcji filmowych? Odpowiem krótko – fenomenalne wręcz efekty specjalne, na które nawet dziś patrzy się z podziwem. Scenografia jest niesamowicie klimatyczna – większość krajobrazów to pieczołowicie przygotowane miniatury, które nawet dziś potrafią zrobić wrażenie przywiązaniem do szczegółów. Postacie Konga i jego przeciwników są animowane poklatkowo, co w moim odczuciu jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż przebranie aktorów w gumowe kostiumy, ponieważ daje to twórcom znacznie większe pole do popisu w temacie choreografii lalek.

Walki Konga z przeciwnikami zrealizowane są po mistrzowsku – patrząc na to dosłownie czuć siłę i agresję animowanych monstrów. Również tutaj, podobnie jak w przypadku scenografii, twórcy zadbali o szczegóły – po wygranej walce Kong zawsze sprawdza, czy przeciwnik na pewno nie żyje sprawdzając „luz” w przetrąconej szczęce tyranozaura czy trącając truchło pokonanego przed chwilą krokodylopodobnego jaszczura.

Wspaniale wyglądają również wszelkie efekty typu ‘greenscreen’ czy też ‘bluebox’ jak to się wówczas nazywało. Różnice w odcieniach między poszczególnymi planami są ledwie dostrzegalne, oraz – stwierdzam to z pełną odpowiedzialnością – wyglądają nie gorzej niż w niektórych współczesnych produkcjach, gdzie aktorzy potrafią dość znacząco odróżniać się od tła. Bez dwóch zdań wizualia są zdecydowanie najmocniejszą stroną recenzowanej produkcji.

Jak mówi znane przysłowie, w każdej beczce miodu znajdzie się łyżka dziegciu. Nie inaczej jest też w przypadku „King Konga”. Otóż tutaj najsłabszym elementem okazują się aktorzy. Fay Wray, wcielająca się w postać Ann Darrow, chociaż urodę ma naprawdę zjawiskową, to jednak na ekranie pojawia się tylko po to, żeby krzyczeć wniebogłosy i co chwilę mdleć ze strachu. Nie lepiej wypada też reszta ekipy, która gra mocno teatralnie. Rozumiem, że to tak naprawdę były początki kinematografii i aktorzy swoje doświadczenia wynosili właśnie z teatrów i oper, ale jednak w dzisiejszych czasach to mocno razi i w porównaniu z nimi najbardziej chyba znany ze swojego ‘overactingu’ Nicolas Cage wydaje się być w swojej grze niesamowicie naturalny.

Dziwi mnie również sama konstrukcja filmu, ponieważ rozpoczyna go trwający nieco ponad cztery minuty utwór muzyczny któremu towarzyszy statyczna plansza z napisem „Ouverture” – przez chwilę myślałem nawet że coś jest nie tak z samym filmem, jednak po tych czterech minutach z hakiem pojawiło się w końcu logo wytwórni filmowej. Jest to o tyle dziwne, że w innych produkcjach z tamtego okresu na początku pojawiały się trwające nie dłużej niż minutę czy dwie skrócone „creditsy”.

Podsumowując, mimo bardzo słabej gry aktorskiej i dość pretekstowej, nawet jak na ówczesne realia, fabuły moim zdaniem „King Konga” powinien obejrzeć każdy, niezależnie od wieku czy preferencji filmowych. Po pierwsze dlatego, że bardzo jasno pokazuje on czemu Hollywood bywa nazywane „Fabryką snów”, a po drugie po to, żeby zobaczyć, jak prezentuje się pradziadek widowiskowych blockbusterów, bez którego prawdopodobnie nie byłoby dziś ani niesamowicie spektakularnej (i równie niesamowicie absurdalnej) serii Transformers czy oszałamiających wizualnie produkcji Marvela. Także film „King Kong” (1933) gorąco, gorąco polecam.

 

OCENA :

Harap

 

 

Trailer / Zwiastun

 

RECENZJE FILMÓW SF >>

Ciekawy artykuł? Doceń naszą pracę:
[Głosów: 4 Średnia: 4.8]
Zobacz także
1 komentarz
  1. chrumcio

    To co mnie zawsze w tej starej wersji podobało najbardziej, to właśnie końcowa scena gdy kong wspina się na wieżowiec…
    W porównaniu z wersją z 2005 miała sobie moc.

Dodaj komentarz

Klikając "Wyślij komentarz" wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych wpisanych w formularz komentarza w celu publikacji, moderacji i udzielenia odpowiedzi na komentarz zgodnie z Regulaminem Serwisu i Polityką Prywatności.